Szkic recenzencki.

GAZ! Puzzle nie tego obrazka

 |  Jarek Mikołajczyk  | 

Zacznę od końca. Tak wiem ¾ widowni wstało, łez jednak nie widziałem. Nie wstałem, bo nie obrażam aktorów przyzwyczajeniem. To byłoby taką samą nieprawdą jak kłamstwo sceniczne. Przyznam się. To ja, kiedy pani powiedziała po dwóch godzinach, że spotykamy się za 15 minut rzuciłem w eter: chyba ich pogięło! Naprawdę, chciałem nie wracać. Dawno nie czułem się tak niekomfortowo. Ok. Nie o komfort w teatrze idzie.

Sztuka posługuje się samplem. Kompozycja, nie tylko muzyczna, to odpowiednie układanie paternów. Nikogo to nie dziwi, gdy wszystko do siebie pasuje. Zdarza się, że te puzzelki choć może i każdy element sam w sobie doskonały – pasują do siebie nijak. Taki fałsz. Niby bez fałszu. W układance, albo wszystko jest do dupy i to nawet czasem do siebie pasuje tylko oglądać szkoda. U Fredry – raczej nie grozi. Trendy artystowskie przeniosły się nad inną rzekę. 

Bywa, że nie wszystko jest złe. To taki wariant najczęstszy i wtedy też się jakoś klei, zwłaszcza jak to co nie jest złe, jest piękne i tego jest więcej u Fredry. 

Dobrego i (jeszcze raz powtórzę, bo zawsze o tym piszę) RZETELNEGO teatru. Czasami jest jednak, jak jasna cholera, że niby wszystko dobrze, a spawy kaleczą oczy i serce i dłonie. 

No jest jeszcze tak, to bywa bardzo rzadko – że ludzie wstają do owacji ze łzami w oczach – to jest święto. Bywa tak też u Fredry. Jeśli jednak nie ma łez poruszenia, a ludzie wstają to wszystko wskazuje, że jest porażka – przyzwyczajenie widza, bo wypada…

 

Zatem. 

Zacznę od końca. Tak wiem ¾ widowni wstało, łez jednak nie widziałem. Nie wstałem, bo nie obrażam aktorów przyzwyczajeniem. To byłoby taką samą nieprawdą jak kłamstwo sceniczne. Przyznam się. To ja, kiedy pani powiedziała po dwóch godzinach, że spotykamy się za 15 minut rzuciłem w eter: chyba ich pogięło! Naprawdę chciałem nie wracać. Dawno nie czułem się tak niekomfortowo. Ok. Nie o komfort w teatrze idzie.

Aktorzy? Głębocy i uczciwi w pierwszej części, pierwszej części, pozwolili mi zapomnieć o tym czego; już nie odsłyszę i nie odzobaczę. 

Nigdy nie da się ocalić faktu, że mamy jeden antrakt, zatem reżyser mówi nam, że mamy 2 części spektaklu, a jednak w drugiej części pierwszej części jest coś jakby świat równoległy, i niestety jest nieprzystający. 

Nieprzystający, ani do tego pięknego, choć słuchowiskowego początku. Takiego trochę teatru ubogiego, ascezy – słowa, bez grotowszczyzny ale i bez zadreptywania, ani…

Reżyser w tej części zaufał aktorom. 

I dobrze zrobił, to była moc spektaklu. Martyna Rozwadowska, w tym mimochodem, mało teatralnym – naturalnym  monologu – wstępie. To było coś, po co chadza się do teatru: prawda emocjonalna…Martyna – Olga Strzelecka tę prawdę niesie już do końca. 

Kolejni konkretni bohaterowie z rozterkami nie wydłubanymi z nosa, rodzinnymi kłótniami niekoniecznie małżeńskimi, a jednak trochę jak u Albee’go. Przerażająco piękne momenty, kiedy są takimi zaczynamy się zastanawiać, czy aby, ktoś nie przeniósł na scenę naszych domów. Tu właśnie bym wstał. Niby taki teatr bez grania, bez aktorstwa, a jednak to jest gra, to jest aktorstwo. Podskórnie z chrobotaniem na karku.

Pojawiają się kolejne pary, pojawia się troje rodzeństwa, jest Dziki, jest Staszek, Gawlikowie…. 

Dobek i Stela – Gołębiewscy – rzetelnie w punkt podany tekst, nie odarty z emocji. Neurotyczna Wera – to moc, której szukam w teatrze, nieco rozedrgana na myśl o dziecku – panicznie ludzka. Adam Gołębiewski – Pawła Dobka przekonuje – wyrachowany, a jednak prawdziwy, scenicznie prawdziwy. Już gdzieś pisaliśmy – idzie w nim aktorstwo pierwszej wody i jest coraz bliżej. 

Rodzeństwo Czernin – tu trzeba pisać o każdym oddzielnie. 

W przypadku Marcina Bikowskiego początkowo mamy delikatne jechanie stereotypem, przykurcz ręki, ruchy mimowolne: takie najprostsze pokazanie niepełnosprawności. Nie mniej, nie ma przekraczania granic, nie ma śmieszności, wręcz przeciwnie: jest czułość wobec granego Michała. Bikowski rozwija swoją postać nadając jej wiele godności i wymiaru. W tej części sporo namysłu nad postacią. Brak cięcia bohaterów z kartonu. 

Jooana Żurawska jako Agata. Bez pudła, dreptania, przyruchów i pustego krzyku. To jest kolejna dobra kreacja Żurawskiej. To ważne: kreacja bez dmuchania balona, koturnów i nadmiernej kreatywności. Teatr. Aktorstwo. Rzemiosło.

Zostawiam treść, jak zawsze, więc tęczowy dodatek ani mi potrzebny, ani mnie razi. Trochę to Netflixa poprawność. Nie ma znaczenia jednak. Jak wątek aborcji, który gdzieś też się tu pojawia.

Łukasz Czernin – ten brat, którego “tu” nie ma zagrane po prostu tak jak trzeba. Minimalny egocentryzm, bez stereotypu i przerysowań. (Tu akurat ma znaczenie tęcza) – Marcin Bartnikowski gra człowieka bez żadnych przegięć, (człowiek ma po prostu rozterki i swoje powody emigracji), żadnych różowych skarpetek i fatałaszków. Wyczucie i wyobraźnia – to ma dobry aktor lalkowy. 

I nie dlatego mi się podoba, że Malabart Hotel, z którego tu co najmniej trójka. (Sprawa Dantona)

W pierwszej części prawda czasu, prawda człowieka – kumuluje się w…Dlaczego nas to nie dziwi? W Wojciechu Kalinowskim. Jego Bogdan Strzelecki kompletnie nie ma fałszu. Jest taki jaki jest Bogdan, jakiego znamy ze swojej wsi pod Gnieznem, ze swojego fyrtla w Gnieźnie i w każdym innym mieście, miasteczku, osadzie…Jest taki jak np. Bogdan Mikołajczyk z Pogorzeli.

Aktor pogodzony z byciem mistrzem własnego podwórka jest z nim z godnością, jakiej pozazdrościć mogą mistrzowie metropolii. Nie jest Stanem Gudeyko – nie ten film, nie ta przestrzeń – jest jednak tak prawdziwy jak był tylko Robert Brylewski w historii polskiej sztuki.

Maciej Hązła – cholera jest Staszkiem. Tylko i aż, tego wymaga ten spektakl. Nie ma tu pola jak w Piaskownicy. Jeśli aktor gra to co powinien to po prostu jest dobrym aktorem. 

Rodzina Gawlików. 

Znamy to z życia, przynajmniej niektórzy z nas. Ta “trojka” już dawno nie ciągnie wspólnych sań i dobrze to oddaje na scenie. 

Beata – Iwona Sapa zachowawczo, ostrożnie to jednak raczej świadoma decyzja aktorki i pewnie reżysera. Gra prosta podskórna, czekanie na moment, który ma nadejść – nadchodzi i telepie widza. Tak. To piękny moment ten z – przepraszaniem Zbyszko. 

Zbyszko. Postać pojemna, sporo tu można odcieni. Alkoholik to wdzięczna rola, ale też łatwa do położenia. Roland Nowak jej nie kładzie. Kilka półcieni, świadomość żelaznej oldschoolowej Kultury Żywego Słowa – wykorzystuje swój aparat głosowy, nie robi wygibasów, pitu pitu, ani dreptania czy furii. Idealny w tej części tej części. Aktorskie fajerwerki były by z innego świata. 

Wreszcie Dziki.

Postać kocham, kojarzy mi się z Dzikim i Skałą (tymi, którzy w 1991 roku zostali spałowani w Wawie w Pierwszy Dzień Wiosny (w 1991 albo 92 roku), albo z polską ekipą Ryb Pił z Kalisza).

Michał Karczewski trochę gra siebie. Trudno wyłączyć oglądając sztukę obrazki z Facebooka – prawda. Na Boga jednak nie dla tego gra energetycznie i w punkt, że ratuje psy! Gra ciekawie i emocjonalnie z dwu powodów, pozwala mu postać, jest dynamiczna – to jeden powód. Drugi jeszcze prostszy i bardziej oczywisty – jest dobrym młodym aktorem. Świetnie ustawiona postać i przez Justynę Bilik, Daniela Sołtysińskiego – autorów scenariusza i reżyserującego Marcina Wierzchowskiego. Ostatecznie jednak po prostu świetnie zagrana przez Karczewskiego. 

Pani Grażyna z korpo “Strefa Gazy”, czy jakoś tak? Najbardziej niewdzięczna rola. Takie panie muszą być niewyraziste, inaczej nie będą skuteczne. Obca, ale umiarkowanie. Kusi, bo musi, udaje, że w sumie to nie jej interes, a wieśniaków. Zuzanna Czerniejewska – Stube, gra dobrze. Równo. Brak tu miejsca na brawurową kreację. Taka rola. Aktorka musi umieć zagrać wszystko nawet Grażynę. I umie. 

A już tak ładnie żarło…

Tak śpiewa Marszałek Pizducki w jednej z piosenek. Przemilczmy jak to szło dalej bo było coś: ale zdechło…

Nie jest też tak, że zoil co to pisze musicalu nie przepadał. “Hair” to z 3 razy w wersji teatralnej, a wielokrotności filmu i odsłuchania winyla “nie policzyłby nikt”. Z “West Side Story” też miłość po grób

Część, części w części, narastała powoli, równolegle do poczucia bezradności i znużenia. Sedno nie w tym, żeby aktorzy nie umieli śpiewać, że melodie złe, czy źle ustawione wokale. 

Nic z tych rzeczy. Muzycznie to się trzyma. Musical tu jednak po tym psych-słuchowisku jak pięść do oka, jeśli pasuje to śliwa wielka zostaje. Trudno traktować te piosenki jako kontrapunkt czy interludium. Nie kontrastują i nie są pomiędzy, to znaczy chyba są tylko nie widać. 

Zaśpiewane dobrze, momentami bardzo dobrze, opracowanie też całkiem. Nie można mieć pretensji to roboty Anny Steli i Kamila Tuszyńskiego. Niektórzy ze śpiewających w punkt, dobrze i nawet lepiej. Ale to nie ten obrazek. I proszę nie piszmy, że ten quasi Disneyland, bez wróżek i brokatu był przewrotny. Nie nie był. Przynajmniej w niedzielę na drugiej premierze nie był. Sądzę, że miał być. Broniłbym gdyby może Kolęda Nocka z tego wyszła – nie wyszła, choć momenty były. Zwłaszcza u Marcina Bikowskiego i Michała Karczewskiego. 

Tło ruchowe, powiedzmy grzecznie: nie bardzo. Takie zbiorowe podrygi czasem działają pięknie. No, coś nie pykło – jak mawia kolega Szegets. Nuda, albo teatr poezji z lat późno 70. tych XX wieku, czyli…Powtórzenie treści pierwszej części części w piosenkowej wersji – ani tu sarkazm, ani Skrzypek na dachu. Łez jak przy Pamięci – Jennifer Hudson, też trudno ukulać. Ciary na plecach jak przy Aquarius czy Let the Sunshine In w wykonaniu The 5th Dimension też nie przeszły. Gdyby to był oddzielny mini spektakl…Jednak. Pierwsza część przez te śpiewanki, podkreślam dobrze zrobione, dobija do dwóch godzin i to tak od pół godziny przed antraktem faktycznie zaczyna dobijać. Nie sądzę, że tylko przez rygor sanitarny i maski. Może gdyby tak szekspirowski oniryczny był to sen o piosence…potędze…

Po antrakcie. Krócej, konkretniej. Dym na szczęście ciężki, więc zostaje na scenie. Post apokalipsa, tak jakby ziścił się sen Olgi. Mimo dymu, kombinezonów z tyweku w tym odczłowieczonym świecie – ponownie sporo człowieczeństwa. Gołębiewski niemal w obłędzie, dziecko, które jest albo go nie ma, które w wózku, a ma już 11 lat. Olga, z poczuciem winy, bo przecież ojciec zdecydował się pić tę wodę znaczy płyn rozszczelniający…

Cudowna scena ojca i córki. Świetny moment p. Grażyny i Olgi. Wraca warstwa psychologiczna spektaklu. Człowieczeństwo i to dojmujące poczucie winy. Łukasz i Michał – przejmujące rozdarcie braci wykluczonych.

Nieporadność miłości. Agata, Staszek, Olga, Dziki – oj Pięknie. Tu jest kłębowisko ludzi z poczuciem winy, emocje w tych krótkich, granych blisko siebie scenach, znowu aktorzy ogołoceni, gdyby nawet byli bez tej żółtej walizki, bez kombinezonów niosą to co zostało. Są piękni bo ludzcy.

Jaki był ten dzień, co darował co wziął, czy mnie wyniósł pod niebo czy zrzucił na dno? 

Nie wiem skąd mi w głowie ta piosenka. Odpowiedzi jednak nie znam. Trzy bite godziny, zmęczenie, a przecież były chwile, był Teatr. To nie jest jednak kwestia czasu, na Marzycielach u Lupy też się dupsko zaczęło mnie niecierpliwić, ale nie głowa. 

Czytałem, że było fajnie – pisali ci co się znają. Na to szczęście mieszkam z dala, nie pisuję do liczących się. Mam taki komfort, którego nie sprzedam. Nie muszę, więc mogę. Skoro mogę, to nie jest prawdą, że to je ładne co się komu podoba. Jeśli pomieszać puzzle: Big Bena, Wieży Eiffla i Noter Dame nie ułoży The Globe. 

Zatem.

Tak. Po trzykroć TAK dla aktorów. 2 x Tak i 1 x NIE dla reżyserii. Bez niezłego musicalu byłoby spójnie, głęboko i chyba Pięknie.

PS. Tak czy owak już tęsknię, za ponownie zamkniętym teatrem.

Tak czy owak jasne, że treść, aktualne i…

zdj. Dawid Stube

Jarek Mikołajczyk
Jarek Mikołajczyk

© All rights reserved. Powered by Liber Media.

Do góry