Koncert na pełnej koncentracji. Centrum Kultury Zamek

Renesans totalnie współczesny. Gesualdo ponowiony

 |  Jarek Mikołajczyk  | 

Ostatni przed wakacjami JazZamek wypełniła muzyka totalna. Trio: Gadt, Chojnacki, Gradziuk zahipnotyzowało publiczność swoim programem: “Renaissance Gesualdo”. To była niezwykle gęsta godzina gry w pełnym skupieniu. Mimo usystematyzowanej kompozycji, wpasowaniu każdego dźwięku w swoje konkretne miejsce i brzmienie, forma koncertu nie pozwala na „filharmoniczne odegranie nutek”. Muzycy poza grą, skupiali się na wzajemnym uważnym słuchaniu partnerów. O ile muzyka choć zapisana, wymagała pewnego komponowania, a raczej dokomponowywania na bieżąco, bliżej jej do muzyki intuicyjnej niż typowej improwizacji w rozumieniu jazzowych popisów. 

Mocny początek koncertu, bardzo osadzony w ascezie śpiewu i samym Gesualdo, z biegiem kompozycji Psalmu XXX zaczynał wyłaniać pozostałe części tria. In Te Domine Speravi w istocie wprowadza w pewną “nabożność” zdarzenia. Nie mamy tu jednak mimo materii pieśni – żadnej dewocyjnej naleciałości, jeśli rodzi się duchowość, czy misterium mają one wymiar uniwersum.  

Akordeon Chojnackiego, mimo że wnosi „potęgę organów kościelnych” i ich powietrze, nie jest jedynie oddechem, już przy Madrygale. W całości programu bywa, że to Chojnacki: jego miech, guziki i elektronika – budują rytm, kiedy Gradziuk bywa wolny od metronomu. Wokal Anny Gadt malowniczo, „matowy dęciak”… Dłoń rysuje w powietrzu Madrygał. To też jest muzyka. Przerzucona harmonia, przenicowany Gesualdo…

Sam Neapolitańczyk z Venossy opanował na lutni zarówno dysonanse jak łączenie akordów rozrzuconych o sekundę, to pozwala na przygotowane „niewspół-brzmienia”, które wzmacniają kompozycję. Anna Gadt, w totalnej zgodzie z ideą Gesualdo oswaja tzw. dźwięki obce, kiedy jednak „jest wewnątrz koncertu”, kiedy się w nim zanurza – znikają dumania, czy była by tu alteracja, czy może symbol chromatyczny…

Gęsta od dźwięków przestrzeń pomiędzy grającymi, a słuchaczami, falowała jak emocje i natężenie dźwięku. Wyciszenie i wzruszenie nie pozbawione niezwykle współczesnej neurotyczności, może po prostu dynamiki? Poruszało do łez i dreszczu, innym razem wywoływało niesamowitą dźwiękową ciekawość: co będzie? Podążanie za kompozycją, za muzykami… Oczekiwanie, nie tyle na rozwiązanie kompozycyjne, słuchacz znając Gesualdo i wsłuchując się w namysł kompozytorski Anny Gadt, wrażliwość Chojnackiego i Gradziuka mógł się spodziewać…To raczej nie „co” ale „jak” nastąpi, budziło niecierpliwość. W jaki sposób pożądane sekwencje dźwięków zagrają, wywołają, spreparują akordeonista i perkusista…

Po Madrygale, z miejscami ładnymi nawet dla randomowego słuchacza, scenę anektowały dźwięki Monumentum. Jak daleko od tego Gesualdo i jego tragiczne życie i kompozycje, na ile Anna Gadt odczytuje w tym utworze włoskiego księcia przez pryzmat Igora Stravińskiego?

Pytanie raczej z niepotrzebnych, a jednak około połowy utworu Chojnacki zbliża się elektroniką i akordeonem do III części Monumentum pro Gesualdo da Venosa Igora Strawińskiego. Rzecz jasna asocjacje to dość osobiste przekleństwo. Z biegiem utworu niezwykle renesansowe robią się, nieoczywiste rozwiązania perkusyjne. 

Oddzielanie utworów, obserwacja kiedy co się dzieje – stają się coraz bardziej niewykonalne. Materiał staje się spójną kompozycją.

Czy Krzysztof Gradziuk zsiadł z taboretu teraz czy w kolejnym utworze? To kompletnie bez znaczenia, zapamiętujemy, że grał też z poziomu podłogi. Nie do końca wiemy na czym: oprócz statywów od bębnów i różnych “klocków” – nie ma to żadnego znaczenia, że nie wiemy. Ważne, że Gradziuk wiedział gdzie i jak uderzyć. Gdzieś po drodze „zasłyszamy” Anna Gadt momentami niemal beatboxuje.

Ten zestaw ludzki i instrumentarium, ta kompozycja, ten wokal i to ustawienie sali – sprawiły, że wykonanie było niezwykle efektywne. Trio Gadt/Chojnacki/Gradziuk po blisko 62 latach od premiery Monumentum pro Gesualdo da Venosa Igora Stravińskiego, ponownie wyważyło szuflady. Przez lata zamknęliśmy w nich Gesualdo z fiszką: madrygały i klasyka. Zamordowany muzycznie: wywrotowiec i awangardzista (przy tym faktycznie sam morderca żony), przewietrzony przez kompozytorskie i wokalne intencje i umiejętności Anny Gadt zabrzmiał niezwykle nowocześnie, współcześnie. Wrażliwość tria przełożyła go na język muzyki jutra, choć wcale nie był czerstwy, raczej tylko zapomniany, bo nie tak gibki jak Monteverdi. 

Mniej więcej w połowie koncertu opowieść o górze nieświadomej swojej wielkości. “A mountain doesn’t know it’s tall” – mocno pocięty rytmicznie, ale bez hałasu.  Preparowana, odczytywana niestandardowo perkusja, buduje nerw tej kompozycji. Gadt z Chojnackim i Gradziukiem – jako wytrawni intuicjoniści przenieśli tu emocjonalność renesansu. Przede wszystkim przełożyła się porywcza natura (być może zaburzona osobowość) włoskiego księcia. Niezwykle skondensowana, ale i otwarta dla improwizacji kompozycja wybrzmiała w Poznaniu na Zamku bardzo jazzowo, intuicyjnie. 

Dramaturgia koncertu na szerokim diapazonie rosła przy Dolora. Ta część wydaje się jedną z najgęstszych w materiale. Rozpiętość emocjonalna w “O dolorosa gioia” u samego Gesualdo – ból bywa słodki, a radość pełna bólu, martwa i żywa jednocześnie.  Dolora – Anny Gadt niesie emocje pełne tęsknoty i smutku, ból jest tu jednak piękny.

Wokalnie w początku utworu mamy mocną rytmizację wespół z basowym brzmieniem. Z potoczystym rozwojem utworu, miejscami możemy pójść w skojarzenia z Jay Clayton, to jednak mimowolna ubogość naszej erudycji muzycznej pozwala nam by poczuć się bezpieczniej porównując. Dolora chroni też od zestawienia z Lauren Newton – Anna Gadt nie wpada w pułapkę przerysowywania dźwięków wysokich.

W Dolorze oprócz wspomnianych basujących wokaliz, pojawia się jakiś układ quasi językowy, do tego element narracji niemal beatboxowych. Ten utwór pozwolił rozpędzić się Chojnackiemu w przetwarzaniach akordeonu, miejscami to on utrzymuje pewną klasyczność klimatu. Perkusja Gradziuka ma tu do zagrania perkusję niezwykle motoryczną, miejscami niemal post rockową.

Gadt pod koniec utworu obok reszty tria prowadzi jakiś monolog wewnętrzny, a może nawet dialoguje sama ze swoją emocją.

Trudno w tym „spektaklu impro – a jednocześnie bardzo na temat” szukać tego co poruszało najmocniej. Mimo wszystko to był niezwykle dynamiczny, fakturowy a nie płaski, nie kartonowy koncert, bez epatowania jednym burdonem. 

Zamknięcie smutkiem. Przyniosło nadzieję. Z gesualdowego „Mój umysł jest smutny”, Gadt pozostawia sam smutek. Tristis, bo czy jest potrzebne dopełnienie smutku, czy potrzebny przymiotnik, przydawka i orzeczenie?

Gęsto od środków wyrazu, a jednak tak czysto. Sprytny koniec koncertu.

Nie było jak po Tristis prosić o bis. W niepełnej sali wielkiej, wielka muzyka i owacje na stojąco. Absolutne Piękno – taki był ten koncert.  

zdj. Ewelina Jaśkowiak

Jarek Mikołajczyk
Jarek Mikołajczyk

© All rights reserved. Powered by Liber Media.

Do góry