Magnetyzujący adepci metalowego mroku
To było jedno z tych wydarzeń, które pozwala na mniej bolesne przejście z wakacyjnego czasu słonecznej laby do niepewnej aury codziennych obowiązków. I choć nazwa imprezy „Metalowe rozpoczęcie rocku”, zdaje się zawężać grono odbiorców, to przy baśniowo-gamerskim Alembiku czy piekielnie energetycznym Misguided, dobrze bawili się fani ciężkich brzmień w każdym wieku.
Aż trudno uwierzyć, że to były już ostatnie koncerty w nieocenionej Latarni na Wenei, która zdaje się mieć ofertę nie tylko dla różnych osób, ale też o różnorodnych zainteresowaniach muzycznych czy szerzej – artystycznych. Nie dość wspomnieć, że w tym siódmym już sezonie można było skorzystać m.in. z warsztatów wycinanki, luksografii czy tradycyjnych już zajęć z rękodzieła prowadzonych przez członków Środowiskowego Domu Samopomocy „Tęcza”, wziąć udział w niezapomnianych spotkaniach autorskich z Janem Mencwelem, Olgą Drendą, Karoliną Sulej lub Alinem Szewczykiem, a także wysłuchać eksperymentalnych dźwięków Yunisa, folkowo-rockowego Jarzma czy właśnie okołometalowych wyziewów Alembika i Misguided. Choć to oczywiście nie wszystkie propozycje jakie pojawiły się w tym roku w LNW.








Tymczasem ostatni występ, którego tytuł był kontynuacją idei z ubiegłego roku, czyli „Metalowego zakończenia rocku”, otworzył krakowski duet Alembik, poruszający się rejonach gatunku dungeon synth, który jest niczym innym jak połączeniem muzyki elektronicznej z black metalem oraz innymi mrocznymi brzmieniami. Co ciekawe, często takie zestawienie działa też na zasadzie kontrastu, gdzie bardziej pogodna elektronika rodem z gier komputerowych ściera się z ciężkim i niepokojącym dźwiękiem. I tak też było w przypadku tej dwójki muzyków, którzy przyodziani w czarne płaszcze z kapturami, tudzież pentagramy, rozpoczęli swój wykon utworem, gdzie pierwsze akordy zamiast grozy przywodziły na myśl melodię z dziecięcej pozytywki, zaś kolejne dźwięki to już bardziej rozbudowane „baśniowe formy”, które zwieńczyły groźne pomruki. Następne kawałki to z jednej strony skoczne kompozycje rodem z jakiejś „sagi o rycerzach” podbite rytmicznym bitem, zaś z drugiej rozhulane, energetyczne klawisze „ze starych gierek” przechodzące w psychodeliczne klimaty. No i nie zabrakło oczywiście kompozycji „Przyjdź Królestwo”, która między innymi zapowiadała ten koncert w mediach społecznościowych Latarni. Ten epicki w swej melodyjności utwór zdaje się najpełniej wyrażać stylistykę Alembika, gdzie wesoła i skoczna nuta przeplata się z pewnym patosem, tajemnicą i mrocznymi akcentami.





Natomiast pochodzący z Torunia Misguided to zupełnie inna strona metalowego medalu, czyli jak to znów precyzyjnie ujęli organizatorzy koncertu – zmetalizowany hardcore. W związku z tym mocne uderzenie towarzyszyło chłopakom od początku do końca, tylko z nielicznymi przerwami na oddech. Misguided to bowiem trio z nadającą rytm i tempo perkusją oraz towarzyszącymi jej gitarami. Dokładnie tak i w tej kolejności, gdyż to opętańcze uderzenia perkusisty w bębny i talerze, podbijały dopiero moc czy agresję gitar. Poza tym odbiór zespołu polepszał też wokal, który z całym szacunkiem do kapel instrumentalnych, zawsze wprowadza więcej życia. Panowie zaś zagrali swój materiał z albumu „Condemnation”, który jeśli spojrzymy na ich dorobek, zdaje się w pełni dopracowanym i spójnym dziełem. Co więcej, toruńscy muzycy mają też tę zaletę, że na żywo brzmią inaczej niż na płycie oraz łatwo nawiązują kontakt z publicznością. Ten pierwszy fakt stawia więc ich umiejętności na artystycznej wyżynie, zaś druga rzecz to jakże niezbędna do życia, działania i rozwoju interakcja z odbiorcami, bez której przecież nie istnieje żaden twórca. Zresztą o tym chyba najlepiej świadczyło szaleńcze pogo młodych i nie tylko słuchaczy, jakie rozpętało się pod latarniową sceną, a następnie prośby o bisy.
Fot. Paweł Bartkowiak