Ta szekspirowska fraza i jednocześnie tytuł filmu Ernsta Lubitscha z 1942 roku, po raz kolejny pokazuje swoją ponadczasowość. Tym razem w środowisku aktorów na początku drugiej wojny światowej w okupowanej Warszawie.
„Być albo nie być” Lubitscha, to kolejna propozycja DKF Offeliada im. Andrzeja Ciążyńskiego, która stała się tematem lutowego spotkania w Miejskim Ośrodku Kultury. I choć tytuł obrazu nawiązuje do początku monologu Hamleta stworzonego przez Wiliama Szekspira, a jego akcja dzieje się w czasie wojny, to wbrew pozorom nie jest on dramatycznym dziełem.

Wszystko zaś za sprawą „Lubitsch touch”, czyli konwencji przyjętej przez reżysera o której więcej opowiedział w swej prelekcji przed filmem członek DKF Offeliada Paweł Bartkowiak. W „Lubitsch touch” bowiem nie brakuje zarówno komediowych wątków romantycznych, jak i ostrej satyry społecznej czy politycznej. Objawia się to m.in. tym, że główna bohaterka, aktorka Maria Tura (w tej roli niezapomniana Carole Lombard), która ma męża i adoratora, i gdzie jedna z relacji okaże się niemożliwa do spełnienia, nie rozpacza za bardzo z tego powodu, bo to ona o wszystkim decyduje, a w przypadku panów cała rywalizacja przybiera formę zabawnych gagów. Co więcej, podobnie z humorem potraktowana zostaje walka wszystkich aktorów z Teatru Polskiego w Warszawie z nazistowskim okupantem, którzy jeszcze przed wojną planowali wystawić sztukę ośmieszającą Hitlera i gestapowców, ale już trakcie niej robią to naprawdę obnażając swą sprytną walką zaślepienie i głupotę wroga. Na ten wątek, ale i na amerykańskie przedstawienie stolicy Polski, gdzie m.in. na tablicach i afiszach obok polskich napisów funkcjonują również te angielskie, zwracała też uwagę wraz z prelegentem liczna publiczność.



Natomiast sam Lubitsch był także ciekawą postacią, czyli niemieckim reżyserem, który wyjechał do Stanów Zjednoczonych na fali popularności i zainteresowania przez Hollywood, a nie uciekając przed wojną. Poza tym wywodził się z teatru, bo zanim został filmowcem, to w młodości występował na scenie w słynnym zespole Maxa Reinhardta. Z kolei kiedy stanął za kamerą to zrealizował w latach 1914-1945 aż 75 filmów, co było możliwe dzięki innemu sposobowi produkcji niż dzisiaj. No i w końcu to człowiek, który dzięki emigracji mógł zrobić swój antywojenny film w czasie wojny oraz otrzymał honorowego Oscara za całokształt twórczości, który okazał się niemal dosłownie zwieńczeniem jego życia.
Fot. DKF Offeliada i Miejski Ośrodek Kultury