Książkowe shoty #4

Historia czarnego cierpienia i architektura szczęścia

 |  Kamila Kasprzak-Bartkowiak  | 

Jak to jest, że z jednej strony człowiek zdolny jest do najgorszego zła i krzywd względem drugiego, a z drugiej potrafi tworzyć najpiękniejsze utopie postulując dobro i harmonię?

Na te pytania próbują odpowiadać kolejne, dość nieoczekiwanie zestawione książki w naszym recenzenckim dziale. Książki, a właściwie eseje Reni Eddo-Lodge pt. „Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry” oraz „Pełnia architektury” Waltera Gropiusa.

Pierwsza z nich to więc zapis refleksji i historii krzywd jakie potrafią wyrządzić ludzie swym bliźnim, gdy różni ich „tylko”, a może „aż” kolor skóry, czyli coś co nigdy, podobnie jak inne różnice, nie powinno być pretekstem do zadawania jakichkolwiek cierpień. Jednak historia i życie pokazuje coś zgoła innego i co sugeruje nawet tytuł, który jak tłumaczy we wstępie autorka, pochodzi od jej blogowego wpisu na temat dzisiejszego rasizmu. Bo jak udowadnia ta brytyjska dziennikarka i blogerka, rasizm w XXI wieku nadal ma się dobrze, w tym ten strukturalny, gdzie za „uniwersalne doświadczenie” ciągle uchodzi to co „białe”, a „czarne” przeżycia, odczucia, refleksje czy historia to jakieś odstępstwo nie zasługujące na uwagę. I choć niewolnictwa czy wyrażanej wprost pogardy już nie ma, to ciągle „niebiały”, czyli inny traktowany jest podejrzliwie czy wręcz roszczeniowo. Wynika to zapewne z mentalnej wyższości utrwalanej przez lata, bądź, jak to określa Eddo-Lodge, „białego przywileju” widocznego także w instytucjach, środowiskach i organizacjach, które z zasady powinny być lub same mienią się jako równościowe.

Dalsze strony eseju buduje zatem siedem rozdziałów w których autorka z wnikliwością badaczki i polemiczną zaciętością pokazuje skalę problemu w wielu dziedzinach. Począwszy od brytyjskiej historii kolorowych, która w przeciwieństwie do afroamerykańskiej przeszłości, nadal zdaje się odkrywana i opisywana, poprzez przykłady systemowej dyskryminacji w szkole, pracy, a nawet w szpitalu, definicję „białego przywileju”, którego sednem zdaje się nieobecność każdego „innego” oraz skutków rasizmu w perspektywie białych czy ksenofobiczne lęki konserwatywnych polityków, a skończywszy nawet na wykluczeniu w feministycznych kręgach, co smuci podwójnie albo związkach rasy z klasą społeczną i pragnieniu sprawiedliwości.

„Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry” Reni Eddo-Lodge

Tym zaś, co najbardziej poruszyło mnie w książce Eddo-Lodge, to właśnie ten ogrom „czarnego cierpienia” i to na każdym poziomie, gdzie najpierw krzywdę czyniło pośrednie niewolnictwo, a następnie „status taniej siły roboczej”, która najlepiej niech nie pokazuje się na oczy w „białych dzielnicach” i nie wyraża emocji, a już na pewno tych negatywnych, bo inaczej biali sąsiedzi rękami swych skinheadzkich bojówek lub policji pobiją czy sami już utopią w miejskim zalewie. Nie, to nie fikcja i analogia do morderstwa George’a Floyda z 25 maja 2020 roku w USA jak najbardziej wskazana, choć książka odnosi się przecież do faktów, które miały miejsce na Wyspach. Jednak mechanizm wykluczenia ciągle pozostaje ten sam, co szczególnie boli w XXI wieku, po czasach niewolnictwa, kolonializmu, apartheidu, segregacji rasowej czy innych form „soft rasizmu”. Kolejna rzecz, która wprawia w zaskoczenie, to zaś wspomniane odkrywanie historii niebiałych mieszkańców Wielkiej Brytanii, gdzie zamiast ikon w postaci Martina Luthera Kinga czy Rosy Parks, mamy np. doktora Harolda Moody’ego, który poza niesieniem pomocy chorym, walczył choćby o możliwość przyjmowania kolorowych pielęgniarek na staż do Królewskiego Szpitala w Manchesterze albo równe traktowanie swego syna w… wojsku. Podobnych przykładów jest oczywiście więcej, a jako ponury fakt warto też odnotować, że wszelkie poznawanie przeszłości utrudniała swego czasu Margaret Thatcher, która w swej neoliberalnej krucjacie obcięła także fundusze na Miesiąc Czarnej Historii.

Natomiast „Pełnia architektury” to zupełnie przeciwległy biegun, czyli rzecz przywracająca raczej wiarę w ludzi. Miód na serce humanistów oraz ideowa podstawa dla projektantów, zarówno architektury jak i przedmiotów codziennego użytku. Zbiór esejów Waltera Gropiusa, założyciela słynnego Bauhausu i jednego z guru modernizmu, który z jednej strony postanowił zerwać towarzyszące jego szkole łatki i przypomnieć raz jeszcze jej założenia oraz wypowiedzieć się na temat ówczesnego kształcenia, z drugiej przyjrzeć się postaci samego architekta i jego roli, by następnie rozwinąć swe socjologiczno-modernistyczne idee przy planowaniu i mieszkalnictwie, a wszystko zwieńczyć wizją architektonicznej czy wręcz egzystencjalnej pełni. I choć pod względem formalnym publikacja przypomina nieco pedagogiczny podręcznik, to po zagłębieniu się w treść, trudno nie odmówić jej ponadczasowej i egalitarnej mocy. Bo czegóż tu nie znajdziemy?

Już przy omawianiu Bauhausu, który jak wiadomo stał się ikoną, dostajemy prosto w twarz zaprzeczenie żeby istniało coś takiego jak „styl Bauhausu”, bo jego celem „nie było upowszechnianie jakichkolwiek stylów, systemów czy dogmatów”, tylko „znalezienie nowego podejścia zachęcającego do kreatywnego postrzegania świata, a w ostatecznym rozrachunku prowadzącego do odmiennego pojmowania życia.” Jednak żeby to osiągnąć potrzebna była niesamowita innowacyjność i otwartość w kształceniu, ale też rozumienie zmieniających się realiów i współpraca. Dlatego pewnie edukacyjne idee wraz z figurą kreatywnego i pomocnego pedagoga czy twórczymi i otwierającymi uczniów praktykami, opisane zostały tak wnikliwie, że dziwnym trafem pozostają aktualne aż do dziś… Natomiast temat współdziałania zostaje pociągnięty przez Gropiusa choćby przy krótkim omówieniu najważniejszych architektów w Europie, gdzie obok ich nazwisk oraz indywidualnych dokonań, zawsze umieszczony jest zespołowy kontekst. Ten ostatni ma pokazać, że sama jednostka niewiele by zdziałała gdyby nie wspierający ją, inspirujący albo po prostu kibicujący jej inni, w myśl zasady, że nowe idee i trendy poza twórcą potrzebują cały zastęp orędowników. I tylko trochę niesprawiedliwie w tym wszystkim potraktowany zostaje słynny Le Corbusier, który owszem, swej szkoły nie założył, a do tego nie był specjalnym wzorem zespołowego działania, lecz dzięki wizji i charyzmie, nie brakowało mu naśladowców i zwolenników na całym świecie. Zresztą wystarczy przywołać choćby fakt wpływu Le Corbusiera na Oscara Niemeyera czy uwaga, współpracę z Jerzym Sołtanem.

„Pełnia architektury” Walter Gropius

Jednak tym co najbardziej urzeka w tej książce są wspomniane socjologiczno-modernistyczne idee przy planowaniu i mieszkalnictwie, gdzie Gropius biorąc na warsztat zmieniającą się rolę rodziny, demografię, emancypację kobiet czy stosunki pracy i przemiany obyczajowo-kulturowe, zestawia to wszystko z nową urbanistyką i architekturą. Te ostatnie mają w sobie oczywiście modernego ducha, który w czasach, gdy interes publiczny był przed prywatnym, zawsze stawiał ludzi ponad zyskiem. Poza tym uzbrojony w wizję funkcjonalności i zachowania wysokich standardów, nie obawiał się wszelkich innowacji w postaci wyższych niż wcześniej budynków, komfortowych, ale niedużych mieszkań, gdzie jednak każdy mieszkaniec znajdzie swoje odosobnione miejsce czy wreszcie planowania zgodnego z hasłami: światło, zieleń, przestrzeń! Natomiast z drugiej strony przemyślenia Gropiusa przez swój socjologiczny akcent daleko wykraczają poza jego profesję. Bo stawiając człowieka ponad zysk albo podkreślając znaczenie centrów społecznych, a nawet wspólnej uprawy gruntu, by w końcu polemizować z faktem zbyt wysokich czynszów dla niezamożnej większości społeczeństwa czy ambicjami podboju kosmosu (Gropius pisał swe eseje w latach 50. XX wieku), podczas gdy „nie rozwiązaliśmy jeszcze wszystkich ziemskich spraw” – staje w jednym szeregu z całym zastępem powojennych twórców państwa dobrobytu czy zwolenników Nowego Ładu. Idei, których podobnie jak dobrej urbanistyki i architektury, potrzeba nam także dziś.

Fot. K. Kasprzak-Bartkowiak

Kamila Kasprzak-Bartkowiak
Kamila Kasprzak-Bartkowiak

© All rights reserved. Powered by Liber Media.

Do góry