Zanim Matejko wymyślił Mieszka
Jak narysować człowieka, którego nikt nigdy rzetelnie nie opisał? Co więcej – jak przekonać czytelnika, by choć na chwilę zapomniał o Mieszku I z obrazu Jana Matejki albo z banknotu o niskim nominale? Bo to właśnie ten wizerunek, od pokoleń nosimy w zbiorowej halucynacji pamięci. Twórcy drugiego tomu cyklu wydawanego przez Muzeum Początków Państwa Polskiego i Egmont stanęli więc przed zadaniem trudniejszym niż opowiedzenie historii pierwszego potwierdzonego z imienia władcy Polski.

Musieli zmierzyć się z jednym z najbardziej utrwalonych mitów polskiej kultury. Mitów, które ustępują tylko zmyśleniu szczerbca. Trzeba przyznać, że wyszli z tego starcia obronną ręką.

Po sukcesie Chrobrego, wydanego z okazji tysiąclecia koronacji pierwszego króla Polski, Muzeum Początków Państwa Polskiego wspólnie z Egmontem Polska kontynuuje jeden z najciekawszych projektów popularyzujących historię pierwszych władców. To nie jest seria wydawana z obowiązku rocznicowego. To świadoma próba opowiedzenia początków państwa językiem współczesnego komiksu. Drugim bohaterem został Mieszko I. Wybór oczywisty. Jednocześnie najtrudniejszy z możliwych.

Jeżeli Chrobry jest dla polskiej historii postacią niemal pomnikową, o tyle Mieszko pozostaje bohaterem ukrytym w półmroku źródeł. Nie wiemy, jak wyglądał. To rzecz jasna podobnie jak w przypadku Chrobrego i innych pierwszych władców. Nie pozostawił po sobie ani jednego własnego zdania. Zostały wzmianki Widukinda, Thietmara jedynie jako ech, późniejszy Gall Anonim, materiał archeologiczny i cała masa domysłów. W przypadku początków państwa polskiego historia częściej zostawia znak zapytania niż kropkę.
Dlatego scenarzysta Maciek Kur nie próbował pisać kroniki. I bardzo dobrze. Zadaniem komiksu historycznego nie jest przecież udawanie monografii czy pracy naukowej. Jego ideą jest raczej stworzenie świata, który pozostaje wiarygodny wobec epoki, nawet tam, gdzie źródła milczą.
Maciek Kur należy dziś do najciekawszych polskich scenarzystów komiksowych. Czytelnicy znają go przede wszystkim jako współtwórcę „Lil i Puta”, ale także autora, któremu powierzono kontynuację legendarnego „Kajka i Kokosza” po śmierci Janusza Christy. Takiego zaufania środowisko komiksowe nie rozdaje przypadkowo.
Chrobry pokazał
Już Chrobry pokazał, że potrafi opowiadać historię bez szkolnego zadęcia. Mieszko I sprawia jednak wrażenie albumu napisanego z większą swobodą. Scenariusz pozostaje zwarty, dobrze rozkłada akcenty i ani przez chwilę nie zamienia się w ilustrowany podręcznik. To szczególnie ważne przy bohaterze, którego biografia składa się bardziej z hipotez niż pewników. Jednocześnie wydarzeń wielowątkowych i zostawiających wieloletnie konsekwencje w kraju Polan.

Na uznanie zasługuje również sposób rozłożenia akcentów. To zapewne efekt nie tylko wyczucia Maćka Kura, ale również bardzo dobrej opieki merytorycznej. Szczególnie widoczna wydaje się tu rola prof. Pawła Żmudzkiego. Dzięki temu komiks nie sprowadza się do opowieści o kolejnych bitwach i politycznych decyzjach. Bardzo przekonująco wybrzmiewa wątek Dobrawy – nie jako biernej księżniczki przybywającej do pogańskiego kraju, lecz kobiety, która staje się dla Mieszka przewodniczką po chrześcijańskiej wrażliwości. Nie chodzi wyłącznie o chrzest. Chodzi o litość, przebaczenie i nowe spojrzenie na człowieka. To jeden z najciekawszych motywów całego albumu.
Maciek Kur świetnie czuje komiksowy rytm. Chwilami odnosi się jednak wrażenie, że jedną ręką prowadzi opowieść, a drugą odgania widmo przypisów. Bo każdy kadr prędzej czy później zostanie obejrzany przez historyków, a co gorsza – nauczycieli historii.
To jednak tylko jedna strona medalu. Jest jeszcze druga – znacznie mniej oczywista. Kur doskonale wie, że jego album będzie oceniany również przez część środowiska komiksiarskiego. I nie chodzi tu o całe środowisko komiksowe. To dwie różne rzeczy.
Środowisko komiksowe jest szerokie. Tworzą je autorzy, rysownicy, wydawcy, badacze, bibliotekarze, kolekcjonerzy i czytelnicy, którzy po prostu kochają opowieści obrazkowe. Środowisko komiksiarskie – w tym znaczeniu, w jakim używam tego słowa – jest znacznie węższe. To ci, którzy próbują wyznaczać granice tego, co „jest prawdziwym komiksem”, a co już rzekomo nim nie jest. Często bardziej pilnują ortodoksji niż cieszą się możliwościami samego medium.
Paradoks jest oczywisty.
Komiks rodził się jako sztuka wolności. Łączył wysokie z niskim, edukację z rozrywką, groteskę z dramatem, realizm z fantazją. Tymczasem część środowiska komiksiarskiego próbuje zamknąć go w katalogu własnych przyzwyczajeń i estetycznych dogmatów. Jakby największą wartością komiksu było nieustanne potwierdzanie tego, co już znamy. Ma to znamiona sekty, rzecz jasna w uproszczeniu i na grubo. My lubimy grube kreski.

Mieszko I świadomie idzie inną drogą. Balansuje na granicy pełnoprawnego komiksu i znakomitej pomocy dydaktycznej. Dla ortodoksów może to być kompromis. Ja widzę w tym siłę. Bo jeżeli dzięki takiemu albumowi nastolatek sięgnie później po książkę historyczną albo odwiedzi muzeum, komiks wygrał. Nie przegrał z dydaktyką. Wykorzystał ją jako kolejne narzędzie opowiadania historii. Podkreślamy wbrew opinii znanych w środowisku troli o nadanym samemu sobie statusu eksperta – jest to komiks nie agitka czy nabijanie statystyk przez muzeum. Są rzecz jasna także obiektywnie dobre odczyty tego zeszytu – patrz Świat Komiksu.
Piotr Bednarczyk należy dziś do grona najpewniejszych rąk polskiego komiksu. Nie wpisuje się jednak do tych rysowników, którzy próbują za wszelką cenę udowodnić, jak wiele potrafią. Rysunek nigdy nie wychodzi tu przed opowieść. Jest jej równorzędnym narratorem. Kreska, kolor i plama mają tu być przede wszystkim efektywne dopiero potem efektowne. Komiks musi się podobać, ale nie za cenę odpustu.
Już sam scenariusz daje Bednarczykowi szansę, by od pierwszych stron pokazać jedną ze swoich najmocniejszych stron – dynamikę. Nieprzypadkowo album otwierają walki z Wichmanem, opisane przez Widukinda. To materiał wręcz wymarzony dla rysownika. Do tego odzwierciedlenie źródeł.
Bednarczyk dostaje do narysowania planszę bitewną i natychmiast wykorzystuje jej potencjał. Już pierwszy panel wprawia historię w ruch. Mieszko wyprowadza cięcie mieczem, którego efektowna smuga niemal przecina kolejne kadry. To drobiazg, ale pokazuje sposób myślenia rysownika. Nie tworzy pojedynczych ilustracji. Myśli energią całej planszy.
Bitwa zawsze jest egzaminem z komiksowego warsztatu. Trzeba oddać kinetykę ruchu, ciężar uderzeń, ekspresję twarzy, kierunek spojrzeń i chaos starcia, nie gubiąc przy tym czytelności. Bednarczyk zdaje ten egzamin bardzo pewnie. Świetnie wypada motyw braci walczących ramię w ramię. To znakomity początek historii. Nie tylko widowiskowy, ale od razu budujący emocjonalną więź z bohaterami.
Na uwagę zasługuje także dbałość o detal. Szyszak Mieszka wygląda niemal jak replika z sal edukacyjnych Muzeum Początków Państwa Polskiego. A są one świetnie odrobione. Co ważne, nie jest to rekonstrukcyjna drobiazgowość dla samej rekonstrukcji. W rysunkach wyraźnie czuć opiekę Igora Górewicza – jednego z najwybitniejszych znawców wczesnośredniowiecznej broni, uzbrojenia i kultury militarnej. Dzięki temu miecze nie wyglądają jak rekwizyty z fantasy, hełmy nie przypominają dekoracji z filmowej wypożyczalni stroje zachowują wiarygodność, nie odbierając komiksowi lekkości.
To mocne wejście utrzymuje tempo przez kolejne plansze. Bednarczyk bardzo świadomie zmienia jednak ton opowieści, gdy pojawia się Dobrawa. Kreska łagodnieje, twarze nabierają większej miękkości, a humor zaczyna odgrywać równie ważną rolę jak dramaturgia. Tu doskonale widać synchronizację z Maćkiem Kurem. Tam, gdzie scenariusz wpuszcza do historii oddech i uśmiech, rysownik natychmiast podejmuje ten rytm.

Sceny rozgrywające się po czeskiej stronie “granicy” mają w sobie coś z charakterystycznego, lekko ironicznego humoru naszych południowych sąsiadów. Trudno nie pomyśleć o Hrabalu czy Haszku. Być może to tylko skojarzenie, ale skoro Czesi od pokoleń potrafią opowiadać historię z uśmiechem, dlaczego nie miałoby go być również w komiksie? Scena, w której Dobrawa “topi: Mieszka niczym Marzannę, należy do najbardziej urokliwych momentów albumu. Piękny kadr z nogą Mieszka wystająca z wody po przewróceniu przez Dobrawę.
Bednarczyk nie pozwala jednak, by lekkość zdominowała opowieść. Chwilę wcześniej musi narysować jedną z najbardziej dramatycznych plansz całego komiksu. Ginie legendarny brat Mieszka, którego imienia nie znamy. Padł przeszyty strzałami wroga. Dramat rozgrywa się nie tylko na twarzach bohaterów, ale również w samej kompozycji planszy. To jeden z tych obrazów, które nie potrzebują wielu słów.
Świetnie wypada również Bolesław Srogi. Bednarczyk portretuje go jako człowieka inteligentnego, przebiegłego i niepokojącego. W jego twarzy można dostrzec subtelne echo Bolesława Chrobrego z poprzedniego albumu. Nie chodzi o dosłowne podobieństwo, lecz o świadome budowanie ciągłości opowieści.
Karta dziesiąta przynosi kolejny popis warsztatowej sprawności rysownika. Bednarczyk podejmuje grę z jednym z najbardziej rozpoznawalnych obrazów polskiej wyobraźni historycznej – „Zaprowadzeniem chrześcijaństwa R.P. 965” Jana Matejki. Nie jest to cytat ani kopia. To świadoma trawestacja. Bardzo odważna.
Matejko pozostaje postacią paradoksalną. Dla jednych najwybitniejszym polskim malarzem historycznym, dla innych artystą, który skuteczniej niż ktokolwiek inny utrwalił w naszej zbiorowej wyobraźni obrazy historii, których nigdy nie było. Obok Wincentego Kadłubka i Henryka Sienkiewicza należy przecież do tych twórców, którzy najmocniej fałszowali nasze myślenie o przeszłości. Tym ciekawiej ogląda się współczesnego rysownika komiksowego, który z tym dziedzictwem nie walczy, lecz twórczo je przetwarza.
Znakomicie wypada również Wichman. Jest odpychający, niepokojący, chwilami wręcz ohydny. Coś pomiędzy rozwścieczonym szogunem a Gargamelem. A jednak ani przez chwilę nie staje się postacią groteskową. To dowód, że Bednarczyk potrafi zbudować charakter bohatera kilkoma kreskami.
Na osobny akapit zasługuje kolorystyka albumu. W porównaniu z Chrobrym – Mieszko I wydaje się komiksem bardziej kontrastowym i odważniej operującym światłem. Bednarczyk nadal nie boi się nocy. Sceny rozgrywające się po zmroku utrzymane są w chłodnych, niemal monochromatycznych błękitach. Kiedy jednak akcja wychodzi w pełne światło dnia, kontrast zostaje świadomie podkręcony. Barwy stają się mocniejsze, światło ostrzejsze, chwilami niemal balansujące na granicy przerysowania. I właśnie dlatego tak dobrze się to ogląda.
Równie świadome pozostaje kadrowanie. Bednarczyk nie ulega modzie na efektowne łamanie rytmu planszy tylko po to, by pokazać warsztat. Kadry prowadzą wzrok płynnie, bez formalnych popisów. Zbliżenia pojawiają się oszczędnie i zawsze wtedy, gdy mają dramaturgiczne uzasadnienie. Zakochane spojrzenie Mieszka na brodzoncą w rzece Dobrawę działa właśnie dlatego, że nie jest nachalne.
Dobrze wypada także liternictwo. Jest klasyczne, czytelne i nie próbuje odwracać uwagi od opowieści. Dymki nie są przeładowane tekstem, dzięki czemu obraz zachowuje należną mu przestrzeń. Gdybym miał wskazać jeden drobny niedosyt, byłaby nim prośba o większą ilość onomatopei. To przecież jeden z najbardziej charakterystycznych elementów języka komiksu. Fragmentów, które kochamy. Na szczęście twórcy potrafią się nim bawić. Rozciągnięte pomiędzy kadrami „Tooodooom!!!”, które niczym dźwięk rogu przechodzi przez całą planszę, należy do najlepszych formalnych pomysłów albumu. Litery nie tylko zapisują odgłos. One go wzmacniają. Na tej samej planszy znakomicie wypadają również przerażone twarze wojowników Hodona.
Po wojennej dramaturgii przychodzi chwila oddechu. Rozmowa Mieszka z Czciborem na wale grodu i wiadomość o narodzinach syna pokazują, że Bednarczyk równie dobrze czuje kameralne sceny, jak batalistykę. Chwilę później wystarczy jedno spojrzenie Dobrawy przy pytaniu o większe zaangażowanie w sprawy cesarstwa. Nie wiadomo, czy więcej w nim złości, niepokoju czy rozczarowania. Jeszcze lepiej wybrzmiewa odpowiedź Mieszka zamknięta w jednym urwanym dymku: „Odp…”. Odpowiedź nawet nie pod nosem a raczej w szepcie wewnętrznym. Takie drobiazgi budują wiarygodność bohaterów.
Nie zdradzając zakończenia, trudno oprzeć się wrażeniu, że jedna z postaci z ostatnich plansz nosi wyraźne rysy Igora Górewicza. Jeżeli to rzeczywiście świadomy ukłon twórców wobec konsultanta, należy do tych smaczków, które najbardziej cieszą uważnego czytelnika.
Całość zamyka bardzo udany szkicownik postaci oraz posłowie prof. Pawła Żmudzkiego. I jedno, i drugie nie pełni roli dodatku „na doczepkę”. Pokazuje drogę od pierwszego szkicu do gotowego bohatera i zachęca, by po zamknięciu albumu zajrzeć głębiej w świat pierwszych Piastów.

Czy ten komiks jest dla każdego?
I tak, i nie.
Na pewno nie będzie to komiks dla komiksowego Zoila. Tego samozwańczego arbitra, który jeszcze przed otwarciem albumu wie, że mu się nie spodoba. Bo wydało go muzeum. Bo stoi za nim Egmont. Bo pracowali nad nim profesjonaliści. No i to nie jego ani kumpla wydawnictwo. Paradoksalnie właśnie brak poważnych argumentów przeciwko takim projektom bywa dla tej części środowiska komiksiarskiego argumentem wystarczającym. Ci którzy kochają komiks są na tak.
Zdecydowana większość środowiska komiksowego spojrzy jednak na Mieszka I zupełnie inaczej. Nie tylko jako na kolejny album na półce, ale jako dowód, że polski komiks historyczny może rozwijać się poza utartymi schematami. Że może powstawać we współpracy z muzeum, nie stając się przy tym ilustrowaną broszurą edukacyjną.
Nie jest to komiks dla przedszkolaków. Około ósmego roku życia zaczyna być w pełni czytelny, a nastolatek ma wszelkie szanse naprawdę się nim zachwycić. Dla nauczyciela historii będzie znakomitym pretekstem do rozmowy. Podkreślam – pretekstem, a nie zastępnikiem podręcznika. Podręcznik odpowiada na pytania. Dobry komiks najpierw je zadaje.
Dorosły czytelnik odnajdzie tu jeszcze coś innego. Echo „Świata Młodych”, wspomnienie „Kajka i Kokosza”, ale przede wszystkim przekonanie, że polski komiks historyczny wreszcie przestał bać się własnej dojrzałości.
Z pewnością nie jest to natomiast album dla turbolechitów ani patriotów tekstylnych, którzy historię wolą nosić na koszulce, niż próbować ją zrozumieć. Co zabawne, kilka plansz Bednarczyka rzeczywiście świetnie wyglądałoby na T-shirtach. Na szczęście twórcy nie schlebiają takim uproszczeniem.
Największą zaletą Mieszka I pozostaje jednak to, że nie został hermetycznie stargetowany. Nie jest komiksem wyłącznie dla fanów komiksu. Nie jest również pomocą dydaktyczną przebraną za album. Nie ma tu edukacji łopatologicznej ani historycznego łowienia narybku podbierakiem. Jest opowieść, która szanuje inteligencję czytelnika. Odbiorcy.
Jeżeli miałbym wskazać kierunek rozwoju całej serii, życzyłbym twórcom jeszcze odrobiny większej odwagi. Więcej onomatopei i stworów legendarnych tak samo prawdopodobnych jak cud odzyskania wzroku. Więcej zabawy językiem komiksu. I tam, gdzie źródła pozostawiają wyłącznie znaki zapytania, nieco śmielszego korzystania z historycznego prawdopodobieństwa z empatii i historii alternatywnej. Nie z historii alternatywnej dla samej zabawy, lecz z twórczej wyobraźni. Bo nie oszukujmy się – o początkach państwa polskiego więcej rzeczy możemy próbować sobie wyobrazić, niż z całą pewnością odtworzyć. Właśnie tam komiks ma przewagę nad wieloma innymi formami opowiadania historii, że nawet dziecięcy czytelnik odróżni tu fakt lub domniemania od legendy. Takie szanse da na pewno kolejny tom Świętosława.
To zresztą największy komplement, jaki można wystawić zarówno Maćkowi Kurowi, jak i Piotrowi Bednarczykowi. Nie próbowali zastąpić historyków. Nie próbowali poprawiać archeologów. Nie stworzyli również patriotycznego obrazka do szkolnej akademii. Zrobili coś znacznie trudniejszego. Ożywili człowieka, którego znamy bardziej z wyobrażeń niż ze źródeł.
I wtedy wraca pytanie z początku tej recenzji.
Jak narysować człowieka, którego nikt nigdy rzetelnie nie sportretował?
Odpowiedź brzmi: nie skupiać się na rysowaniu twarzy. Trzeba narysować jego świat.
Maciek Kur i Piotr Bednarczyk właśnie to zrobili. Nie opowiedzieli historii Mieszka I raz na zawsze. Opowiedzieli ją na tyle przekonująco, że po zamknięciu albumu ma się ochotę wrócić do Widukinda, zajrzeć do Thietmara, przeczytać profesora Żmudzkiego, pojechać do Gniezna, na Ostrów Lednicki albo do Muzeum Początków Państwa Polskiego. A przecież o to chodzi w najlepszej popularyzacji historii. O to by budzić reakcję chodzi też w komiksie.
Bo historia nie zaczyna się w podręczniku. To opowieść dziadka i wspólne z mamą czytanie komiksu.
Zaczyna się wtedy, gdy człowiek po raz pierwszy naprawdę chce ją poznać.
I właśnie dlatego Mieszko I nie jest tylko udanym komiksem historycznym. Jest dowodem, że muzeum może być wydawcą pełnoprawnej literatury graficznej, a nie tylko edukacyjnych materiałów. Że komiks nie musi wybierać między przygodą a odpowiedzialnością, między sztuką a dydaktyką. I że czasem najwięcej prawdy o człowieku, którego historia pozostawiła bardziej w domysłach niż w źródłach, potrafi powiedzieć właśnie dobrze narysowana opowieść. Fantastyczna robota inicjatorki ze strony Muzeum Anny Fabiszak. Koordynacja pracowników Działu Popularyzacji i Edukacji.
Jarek Mixer Mikołajczyk
