Wystawa, która nie zwalnia z emocji, a nie zmusza do zrozumienia
Nie każda wystawa musi być od razu „czytelna”, żeby była mocna. Może być też czytelna poza intelektualnie – empatia i emocjonalność bywają wyrazistym kierunkiem odbioru. Nie każda sztuka współczesna musi tłumaczyć się widzowi ze swojej nieoczywistości. Wystawa Bartosza Muszyńskiego w Galerii MOK w Gnieźnie działa właśnie dlatego, że nie idzie na skróty. Nie oswaja na siłę, nie podpowiada gotowych odpowiedzi, nie prowadzi za rękę. Zamiast tego zostawia przestrzeń: na emocję, na napięcie, na własny odbiór. Wystawę otwarto 11 kwietnia w Miejskim Ośrodku Kultury w Gnieźnie

To jedna z tych ekspozycji, przy których szybko staje się jasne, że nie chodzi o dekoracyjność ani o łatwy zachwyt. Muszyński porusza się między abstrakcją a nową figuracją, ale ważniejsze od etykiet jest to, co dzieje się między obrazem a odbiorcą. Przede wszystkim wspaniale czuje się w kolorze – nie boi się go.To malarstwo pracuje w niedopowiedzeniu. Buduje stan zawieszenia, lekki niepokój, czasem wręcz wewnętrzny opór, ale nigdy nie zamienia tego w hermetyczny pokaz zamknięty dla ludzi spoza świata galerii.

I to chyba największa siła tej wystawy: jest wymagająca, ale nie wyniosła. Intensywna, ale nie efekciarska. Emocjonalna, ale nie histeryczna. Muszyński nie próbuje nikogo przekonać, że oto obcuje z czymś „ważnym”, bo jego obrazy bronią się same. Nie przez hałas, tylko przez konsekwencję, warsztat i umiejętność budowania napięcia tam, gdzie wielu kończy na pustym geście. Możemy oczywiście mówić o neo turpizmie, fluorescencyjnym baroku. Jeśli jest jednak echo memento mori. To ono nie musi przerażać i może mieć kolor.

Sam artysta mówi o malarstwie jako o sposobie docierania do tego, co trudne do nazwania. I to na tej wystawie widać. Te prace nie opowiadają historii a przede wszystkim nie w prosty sposób. One raczej uruchamiają stan. Każą patrzeć dłużej. Przytrzymują uwagę. Czasem niepokoją, czasem wciągają ciszą, ale ani przez chwilę nie są obojętne. Bywają też w głębi radosne.

Wernisaż pokazał zresztą coś jeszcze: że publiczność w Gnieźnie nie potrzebuje wyłącznie sztuki „łatwej”. Potrzebuje sztuki żywej, uczciwej i zrobionej na serio. Takiej, która nie schlebia, ale też nie odgradza się od widza murem pojęć. W Galerii MOK udało się stworzyć spotkanie właśnie na tym poziomie. Bez zadęcia, bez sztucznej elitarności, bez atmosfery kulturalnego obowiązku. Bez quasi establishmentu.
To ważne, wystawa Muszyńskiego jest czytelnym sygnałem, że Galeria MOK potrafi wracać do współczesności nie tylko odważnie, ale i sensownie. Nie przez głośne nazwiska dla samego efektu, tylko przez propozycje, które mają ciężar i zostają w pamięci. Tu zapewne efekt pracy, nadawania kierunku przez kierującą galerią Martę Kalarus – Kuszczak.
– To jest wystawa, która nie próbuje się przypodobać i może właśnie dlatego tak działa. Bartosz Muszyński pokazuje malarstwo dojrzałe, świadome, ale przede wszystkim prawdziwe. I jak pięknie umie w kolory i w plamę. To takie malarstwo, które zostawia widza z emocją i nie koniecznie z podręcznikowym pytaniem co artysta chciał przez to powiedzieć. . A jeśli kultura jeszcze potrafi nas zatrzymać i poruszyć, to znaczy, że wciąż jest potrzebna.

To trafna diagnoza. Bo ta wystawa nie sili się na łatwość. Nie stara się być „miła”. Nie daje poczucia szybkiego odhaczenia kontaktu ze sztuką. Ale właśnie dzięki temu ma temperaturę. Nie zwalnia w emocji, a jednocześnie nie zmusza do natychmiastowego zrozumienia. Co ważne prace Muszyńskiego nie silą się na współczesność. Takie są po prostu bez obliczenia na sensację czy skandal.
Bartosz Muszyński Rocznik ’72, absolwent z wyróżnieniem Wydziału Malarstwa, Grafiki i Rzeźby poznańskiej ASP, dziś Uniwersytetu Artystycznego im. Magdaleny Abakanowicz, od lat buduje własny język artystyczny w malarstwie sztalugowym, monumentalnym i rysunku. To nie jest spontaniczność bez fundamentu. To jest swoboda oparta na świadomości. Mucha jak mówią znajomi, to artysta totalny. Nie kreuje siebie – jest artystycznie sobą spójnym od image, przez muzykę do malarstwa.

Dobrze zagrało też domknięcie wieczoru koncertem „Bartosz Muszyński i przyjaciele”. Niejako dodatkiem z programu, ale jako naturalnym przedłużeniem całego wydarzenia. Obecność bliskich współtwórców, w tym syna Jacka, utwory Ryba & The Witches i kolaboracje z Mateuszem Skrzydlewskim dopełniły obraz artysty, który nie funkcjonuje w jednej estetycznej szufladzie.

Jeśli Galeria MOK ma wracać do sztuki współczesnej w takim stylu, to naprawdę jest na co czekać. Wystawa Bartosza Muszyńskiego pokazuje, że Gniezno nie musi oglądać się na większe ośrodki, żeby doświadczać rzeczy ważnych, aktualnych i artystycznie uczciwych.

A wtedy lokalna kultura przestaje być „lokalna” w tym gorszym znaczeniu. Zostaje po prostu dobra. Nikomu i niczemu nie musi dorównać.
Jarek Mixer Mikołajczyk