Wojna, która mówi wierszem
Wieczór w Bibliotece Pedagogicznej w Gnieźnie nie był spokojny, choć panowała cisza. Cisza, którą przynosi poezja — ta, jednak, która nie łagodzi, lecz odsłania – momentami oswaja. W ramach Festiwalu Endemity spotkaliśmy się z Iją Kiwą — ukraińską poetką, tłumaczką, dziennikarką, kobietą, która od lat próbuje nazwać to, co w Ukrainie dzieje się naprawdę, a jednocześnie jako dziennikarka pisze poezję.
Prowadzący spotkanie, Dawid Jung z „Zeszytów Poetyckich” i Jarosław Mikołajczyk z Popcentrali, wprowadzili publiczność w dwa światy, które w Iji Kiwie są nierozerwalne: świat języka i świat oporu. Jung, jak zawsze precyzyjny w słowie, pytał o rytm, granice języka i o to, jak mówić o wojnie, nie tracąc wrażliwości. Mikołajczyk — o siłę kobiet, o opór, który nie potrzebuje broni, żeby był skuteczny. O „Wściekłą Mawkę”, kobiecą figurę buntu, która w Ukrainie stała się symbolem gniewu i czułości zarazem. Opór słowem rzucanym na mury, grafiką, czarnym humorem i terrorystyczną akcją opartą na przenikaniu do kuchni Rosjan i dodawanie środków przeczyszczających.

Ija Kiwa mówiła cicho, ale każde jej zdanie było bardzo emocjonalne. Urodzona w Donbasie — przemysłowej, górniczej części wschodniej Ukrainy, naznaczonej kopalniami i zagrożeniami ekologicznymi — Kiwa nosi w sobie surowość tej ziemi. Po podróżach do Kijowa, a później do Lwowa, doświadczyła też zachodniej Ukrainy, której rytmy i tradycje wplatają się też w jej wiersze, nadając im głębię i wielowymiarowość. Pianie, żeby nie zwariować — jest w tym tyle zwykłej prawdy, że trudno dodać coś więcej. Poetka podkreślała jednak, że choć wojna wyznacza wiele, środki i narzędzia pisarskie oraz sama wrażliwość są poza wojenne. Pisarz jest pisarzem, niezależnie od czasu wojny czy pokoju. Jedynie inaczej kształtuje się emocjonalność.
Kiedy Jung pytał o język, o to, czy można pisać o wojnie z dystansem, Kiwa odpowiedziała, że nie potrafi. Wojna wchodzi w ciało, w kręgosłup, w żołądek, w skórę. „Nie mogłabym pisać o wojnie, gdyby nie przechodziła przeze mnie fizycznie. Właściwie od czasu pełnoskalowej inwazji, kiedy o niej myślę czuję mdłości i to fizyczny stan, tak jakby zbierało mi się na wymioty.” — przyznała. Opowiadała o bólu, bezsenności, o napięciu mięśni, drżeniu rąk; o tym, że ciało jest pierwszym miejscem oporu i pierwszym polem bitwy. To w nim rodzą się pierwsze reakcje. Poezja rodzi się z ciała, które nie umie zapomnieć. Jest też transgeneracyjna trauma. W rozmowie Junga zagrał jego absolutny słuch poetycki i wrażliwość na niuanse.
A zaraz potem dodała coś jeszcze: w Ukrainie nikt nie pozwala sobie na płacz. Nie dlatego, że brakuje bólu, lecz dlatego, że łzy paraliżują, a przetrwać można tylko wtedy, gdy oswoi się śmierć i strach czarnym humorem. Ponadto to milczenie jest spuścizną po czasach radzieckiego zamordyzmu. To też wynik traumatycznego lęku przed powtórką Hołodomoru. „Śmiejemy się z rzeczy, które w normalnym świecie byłyby nie do pomyślenia. To też jest obrona. Nasz sposób, by przetrwać” — powiedziała.

Z jej tomów, „Czarne róże czasu” i najnowszego „Wędrowny ptak wojny”, wybrzmiewa nie tylko wojna, ale też pytanie o język, który musi unieść ból, nie zamieniając go w patos. Jung cytował fragmenty, zatrzymując się na pojedynczych słowach, jakby każde było punktem oporu. Publiczność słuchała z napięciem — takim, które nie jest niepokojem, lecz skupieniem. Był też czas na autorskie czytanie wierszy.
W drugiej części rozmowy ton się zmienia. Mikołajczyk pytał o traumę i pamięć — o to, jak żyć w kraju, który wciąż milczy, nie chce opowiadać o głodzie, o zbrodni, o dzieciach uprowadzonych z domów. Ija Kiwa nie mówiła o polityce. Mówiła o codzienności kobiet, które gotują, piszą, opatrują rany, uczą dzieci i milczą wtedy, gdy mężczyźni walczą. O milczeniu, które też jest formą oporu. Nie unikała też traumy Hołodomoru, wskazała, że o tym się nie mówi. O ile sporej części Ukraińców o pochodzeniu żydowskim dotyczy też Holokaust, nim się mówi. Wielki Głód jest zdecydowanie trudny, bo w wielu rodzinach dochodziło do zjadania zmarłych z rodziny. Mikołajczyk wspomniał książkę Wasilija Grossmana – Wszystko płynie, która opisując Hołodomor przybliża Polakom przeświadczonym często o swojej jedyności w cierpieniu Ukraińców. Ija Kiwa zwróciła uwagę na to, że nawet ta książka pomijana jest w Ukrainie.

W jej oczach było zmęczenie, ale też niezwykła determinacja. Taka, która nie potrzebuje wielkich słów, by być rewolucyjna.
Na zakończenie spotkania Dawid Jung i Jarosław Mikołajczyk wręczyli Iji Kiwie Nagrodę im. Ferdynanda Ossendowskiego, przyznaną po raz pierwszy przez redaktorów Zeszytów Poetyckich i Popcentrali. Patron tej nagrody nie jest przypadkowy — Ossendowski, przez lata jeden z najczęściej wydawanych polskich pisarzy, został wymazany przez PRL za swoją bezkompromisową krytykę bolszewizmu.
“Ferdynand Ossendowski (1878-1945), który przemieszkiwał również u swojej rodziny w Gnieźnie, był jedną z najbarwniejszych postaci polskiej literatury międzywojennej. Pisarz, podróżnik i publicysta, zdobył międzynarodową sławę dzięki łączeniu reportażu, przygody i refleksji filozoficznej. Jego dzieła tłumaczone były na kilkadziesiąt języków, czyniąc go jednym z najczęściej przekładanych polskich autorów pierwszej połowy XX wieku (do dzisiaj to niepobity rekordzista po Sienkiewiczu, łączny nakład wydrukowanych książek na świecie wyniósł aż 80 milionów egzemplarzy)” (za rynek-ksiazki.pl). Dlatego twórcy nagrody pragną ją zadedykować przede wszystkim tłumaczom.

Uhonorowanie Iji Kiwy jego imieniem brzmi dziś jak gest symboliczny: słowo znów przeciwstawia się przemocy, a poezja staje się aktem odwagi, choć jest też formą uleczenia.
Spotkanie odbyło się w Publicznej Bibliotece Pedagogicznej w Poznaniu Filia w Gnieźnie. Organizatorem było Stowarzyszenie Antropologów Kultury „Etnosfera”.
Basia Kęsowska
fot. Irmina Kosmala
grafika: Wściekła Mawka