Skip to main content

płyta prawie doskonała, cyzelowane dźwięki

Variété – „Sieć Indry”

 |  Jarek Mikołajczyk  | 

„Sieć Indry” to album, który zaskakuje spokojną, wyważoną intensywnością. Dzianiem się bez natłoku: uderzeń, szarpnięć, przedmuchów, słów i dźwięków. To nie jest muzyka krzykliwa ani ekstrawagancka — każdy dźwięk, każda przestrzeń między nimi jest przemyślana, świadoma. Tak Variété gra co najmniej od płyty „Nie wiem”. Chłód już dawno zastąpiła asceza, a raczej czystość. Album utkany jest z dźwięków jak z migoczącego światła. Nie tylko singlowy utwór „Sycylia” skwierczy drganiem zmrużonych słońcem i solą powiek. To jednak nie rodzi to bólu.

Variété — jeden z niewielu zespołów, które, podobnie jak ja, nie zestarzały się, tylko dojrzały. Większość kapel, które poznałem w 1983 r. i głównie w Jarocinie 1984 r., została w tych latach 80. XX wieku — mentalnie, ale i formalnie. Przecież ja nie jestem już Mixerem z 1984 r., nie piję jaboli i nie wącham TRI. Nie zachwycam się Stachurą i Witkacym, a przynajmniej nie jedynie nimi. Przeczytałem od tego czasu: Borgesa, Poe, Sartre’a, Tagorego, Eliota, Murakamiego, Elif Shafak, Andę Rottenberg, Leonardo Sciascię, Ulę Zajączkowską, przenicowałem Kawafisa i wielu innych. Przesłuchałem pewnie tysiące płyt. Zobaczyłem tysiące zachodów słońca, ukąsiła mnie od tego czasu pokaźna liczba komarów, kleszczy, pocałowało kilka kobiet…
Nie jestem „Jarek 84”, ale to ten sam ja — kilka tysięcy kroków w innym miejscu. Dlatego kocham Variété — nie stanęło w miejscu. Życie to proces, ale to to samo Variété. Sztuka w procesie.

Gitary Marka Maciejewskiego wprowadzają specyficzną czystość formalną, inną niż u Marca Ribota, ale równie doskonałą. Nie potrzeba popisów ani kaskady dźwięków i godzinnych solówek jak u Gary’ego Moore’a – wystarczy pojedyncze szarpnięcie struny, by zbudować napięcie, emocje i charakter utworu. Akord oddycha, każde echo w przestrzeni jest częścią narracji, a mikrodrgania tworzą puls, który nie jest epileptyczny jak u Joy Division, a raczej narasta podskórnie. Potrafisz grać — to nie musisz szaleć. Jak Miles Davis wiesz, że czasem potrzebna jest cisza. Ona jest częścią świadomej kompozycji. Każdy dźwięk można wygrać do końca, bo zasługuje na szacunek. No i ten mix, mastering i brzmienia gitar — w punkt. Obok powietrza i filtrów „Sycylii” ta płyta jest o szacunku. A może nawet jest z niego — z szacunku do dźwięku, muzyki, kompozycji i ludzkiej przebodźcowanej codzienności percepcyjnej.

Sekcja rytmiczna — bas Grzegorza Korybalskiego i perkusja Evy Lanche — nie tylko podtrzymuje puls, ale nadaje mu organiczny wymiar. To oddech kompozycji, powietrze. Połączenie precyzji i naturalnego flow, które sprawia, że muzyka Variété pozostaje żywa i nieprzewidywalna, choć masz wrażenie słuchając, że wszystko już wiesz, że wiesz, co nastąpi. Myślisz: tu się nie wydarzy nic więcej. Nawet jeśli masz rację — jesteś zaskoczony. Ich gra łączy energię bydgoskich portów z południowym światłem Italii. Nawet gdyby za zestaw perkusyjny usiadł sam śp. Neil Peart, nie byłoby tu miejsca na popisy — liczy się rytm, puls i konsekwentna narracja, a nie bieganie po beczkach. Konkret. To rytm, który oddycha razem z resztą instrumentów, nadając całości spójność i transowość. Trochę ambient, trochę jazz — w pełni Variété. Syntezatory i elektronika idą czasem równolegle, czasem z delikatnym neurotycznym przesunięciem.

Saksofon Alana Balcerowskiego – pojawia się w wybranych momentach jako subtelny kontrapunkt. Nie dominuje melodii, lecz wprowadza dodatkową warstwę przestrzeni i oddechu, podkreślając transowy rytm przypominający fale Morza Śródziemnego. Jego frazy nie są ozdobą — są mikroaktem, który scala puls całego albumu. Nie zabrakło jednak odjazdów, zwłaszcza w mocno transowych fragmentach.

Teksty Grzegorza Kaźmierczaka są integralną częścią tej sieci: nigdy nie dominują aranżu, ale wyznaczają kierunek muzyki i nadają formę przestrzeni, w której gitary, bas, perkusja, elektronika i saksofon oddychają razem. Frazowanie i śpiew Kaźmierczaka, brzmienie konkretnych słów są jak klucze na pięciolinii. Charakterystyczne frazy — „mgła”, „światło”, „plan”, „przestrzeń”, „ale nie”, „jak” — powracają w różnych wariacjach, scalając album w spójną narracyjną tkankę. To język Grzegorza i brzmienie słów bywają osią. Niesamowicie kaźmierczakowe powtórzenia. Głos też jest instrumentem, nawet jeśli czasem jednostajnym. Od kilku płyt coraz tu mniej melorecytacji, nawet jeśli Kaźmierczak śpiewa bliskim polem, to jest to śpiew w pełnym tego słowa znaczeniu. To właśnie równowaga między ascetyzmem instrumentów a precyzją tekstu Kaźmierczaka sprawia, że „Sieć Indry” nie jest zbiorem utworów, lecz jedną kompozycją, której każdy element ma znaczenie.

Czy jest to mini suita? Tak i nie. Na szczęście Variété wolne jest od magicznego manieryzmu prog rocka. Pewna mistyka płynie tu z czystości, jakiegoś „laickiego przemodlenia” namysłu całości — może jedynie z uważności wolnej od szarlatanerii mindfulness.

Album jest więc miejscem spotkania: puls Bydgoszczy i południowe światło, mikrodrgania gitar i oddech saksofonu, ascetyzm i transowość, cisza i precyzja fraz tekstowych. Wszystko jest połączone, a mimo to nie traci lekkości ani naturalnej przestrzeni. To muzyka wymagająca uważnego słuchania, ale nagradzająca cierpliwość głębią i niuansami.

Album otwiera „Plan”, wprowadzając słuchacza w przestrzeń dźwięku. Można rzec — typowe varietéowe otwarcie utworu, ten rozpoznawalny puls rytmiczny. Gitary Maciejewskiego kreują delikatne frazy i mikrodźwięki, sekcja rytmiczna Korybalskiego i Lanche podtrzymuje puls, a elektronika w subtelny sposób dodaje kontrapunkt i przestrzeń. Tekst Kaźmierczaka, choć minimalistyczny, wyznacza kierunek narracji, scalając pierwszy kontakt ze światem albumu. Około 2:40 saksofon podbija elektroniczne szumy i schodzi delikatnie, ascetycznie z planu gry.

W „Sycylii” pojawia się kontrast światła i cienia, transowy puls jak fale Morza Śródziemnego oblewające wyspę. No i wszystko wprowadzają bębny — proste, delikatne, głębokie. Szumy i trzaski przenoszą akcent. Gitary wprowadzają drobne napięcia, syntezatory idą w stronę okolic sercowych drgań — około 136,10 Hz, a saksofon nadaje lekko eteryczną warstwę. Teksty Kaźmierczaka powtarzają motywy zapachu pościeli suszonej na sznurze, ciągłego mówienia o miłości do Sycylii. I to pytanie, które oczywiste, ale mógł je postawić tylko ten konkretny poeta: „Czy kochasz mnie naprawdę — jak zwierzę, jak matka, czy nie?”. Kolejne balansowanie na krawędzi banału i geniuszu. Piękno prostych porównań. W połowie utworu gitary rozrywają „prawie niczym”.

„Sygnał” buduje napięcie krótkimi frazami gitar, pulsującym syntezatorem, basem i perkusją. Tekst pozostaje minimalistyczny, dlatego znaczący, podtrzymując atmosferę albumu. „Nic nigdy nie ginie, tylko zmienia się w coś innego, tak jak my będziemy falą, kiedy już nie będzie ciała… staniemy się sygnałem znów, staniemy się sygnałem znów…”. Niemal sentencje filozofów, pozbawione patosu impresje. I na zejściu ta gitara uprzedza synth.

„Chleb, wino i przestrzeń” rozwija medytacyjny, transowy charakter. Bas, bas… Gitary tworzą subtelne linie, sekcja rytmiczna utrzymuje puls i harmonię, saksofon wplata się dyskretnie, a tekst współgra z rytmem i przestrzenią. Proste słowa — codzienność — jest piękna u Kaźmierczaka, bo nie przeintelektualizowana. Życie nie jest niczym więcej jak „chleb, wino, wino, wino i przestrzeń. Niebo przechodzi z czerwieni w czerń”. Elektronika jak świerszcze lub cykady. No i musi być wiatr… „Na końcu wyspy zawsze wieje”… Piękne wyznanie: „Interesuje mnie tylko to, co jeszcze nie istnieje”. Żadnej kwadratury koła muzycznie, raczej koło, walec bolera. Oszczędność.

„Waikiki” jest falujące i egzotyczne. Gitary i sekcja rytmiczna budują transowy przebieg, trochę klubowy początek. Saksofon wprowadza dodatkową warstwę przestrzeni. Jest plastycznie, obrazowo. Niemal muzyka teatralna. Nie brak filmu, nawet w tekście, który wprowadza obrazy podróży i refleksji. Poezja wokalisty to zapis urwanych obrazów — ponownie kojący impresjonizm. Wschodnio, trochę sitarowo, może trochę gilmourowo idą gitary. Idealnie działa niepiosenkowa struktura kawałka. Żadne tam zwrotka–refren typu „yeah, ye”. Bar Waikiki to amerykańska mekka surferów, Kaźmierczak raczej jednak śpiewa o Lourdáta. „Idę nad morze po bazaltowych rynkach, za oknami greckie rzeźby śpią pod prześcieradłami”… Snuje się ta opowieść, miękko, a jednak się nie szwenda. I ta genialna fraza: „po bazaltowych rynkach”… pięknie się powtarza — i znowu saksofon.

W „Księżniczce” płyta staje się baśniowa i tajemnicza. Puls na wstępie… gitary i saksofon tworzą eteryczne linie, puls sekcji rytmicznej pozostaje subtelny, a tekst Kaźmierczaka wprowadza niedopowiedzenia i obrazy, mgły oraz światła. „Nad Polską sypia Księżniczka na siedmiu warstwach chmur i nie może się wyspać”. Delikatny efekt na wokalu. No i słowo z ulubionych — dach. „Kiedy śpię na dachu, kiedy śpię…” Powtórzenia, elektronika, repetytywność fraz i linia melodyczna saksofonu. Nie ma tu Coltrane’a, ale nie ma też smooth jazzu.

„Dobra droga” jest spokojna i refleksyjna. Gitary pozostają stonowane, rytm sekcji subtelny, saksofon w tle wprowadza delikatny oddech. Tekst minimalny, ale nadaje kierunek i spójność całej narracji. Tekst przez moment ucieka do Ejły… skojarzenie mimowolne, ale nie natrętne. Tam było: „Robiłem już wszystko i nigdzie nie chciałem wracać, niczego powtarzać…” Tu jest: „Miałem już kilka żyć…” Tekst taki też niby nic, żadnej literatury, taki zapis tylko: „Upał pachnie bardziej niż ciała spod rozpiętych bluz tuż przed wejściem na zabawę”. Elektronika jak z epoki telewizyjnej „SONDY”. Piękne, metalicznie punktowanie basu… Pięknie. Relaks, ale nie seans relaksacyjny.

„Satelity” wprowadzają eksperymentalny wymiar, z mięsistym, głębokim basem i varietéową perkusją. Tekst Kaźmierczaka, scalający narrację, pozostaje metaforyczny i delikatnie prowokujący do refleksji. Wspomnienia, tęsknoty… „Czasem chciałbym wrócić do rodzinnego miasta, lecz oczywiście wiem, że nie można się zatrzymać… i powtórzenie: „lecz oczywiście wiem, że nie można się zatrzymać.” Kaźmierczak, w przeciwieństwie do nauczycieli polskiego, wie: repetytywność to forma — środek wyrazu, a nie zwyczajne powtórzenie. „Nic nigdzie na mnie nie czeka. To, co pamiętam, już nie istnieje.” Niepokojące elektroniki, miarowe, matowo przykrywa pastelowy saksofon. Oniryczność — sen, a nie koszmar.

Album zamyka „Taka miłość nie jest dla mnie” — melancholijna, refleksyjna kompozycja. I ten otulający puls, bas jest tu koryfeuszem, może nawet narratorem. Dobór słów epicko maluje: „miękki hol”, „przed kinem jest łąka, morze, góry i sad”, a potem wbija Kaźmierczak w szyszynkę to swoje charakterystyczne, tak nam znane: „które nigdy nie… nie”, jak w jednym z kawałków „ale nie nigdy nie”. Tu nie rzecz w zbitce, ale w podziale, w pauzie, wyczekiwaniu w wersie. I wydaje się, że jak w tekście — „jedyną bazą jest brak końca”. Saksofon pozostawia echo transowej przestrzeni, a jednak zaklina węże — a może to już klarnet jest?, perkusyjne albo elektroniczne przy-szmery… Kropka należy do saksofonu. A jednak w pamięci pozostaje: „Jeśli muszę się targować, wymieniać miłość na wolność — taka miłość nie jest dla mnie.”

fot. J.Mikołajczyk Bydgoszcz – premiera płyty. Na ekranach obraz z klipu Sycylia.

Podsumowanie
Sieć Indry” funkcjonuje w pojedynczych kawałkach. Trudno powiedzieć — piosenkach, bo już nas ogłupiły struktury przebojów: zwrotka, refren, zwrotka, refren — i szybciej, bo nie zagrają w radiu

Jest też jak jedna spójna kompozycja: transowy rytm, puls sekcji i elektroszmerów, mikrodrgania gitar i saksofonu, minimalizm i ascetyzm.

Po stokroć warto wysłuchać w całości, dać sobie ten luksus obcowania z muzyką, tekstem i samym sobą. Światło, mgła, niepokój, słońce, wyspa i miłość, puls Bydgoszczy i ciepło Sycylii łączą się w wyjątkową, niemal rzeźbiarską jakość brzmienia. To jest cyzelowanie.

Każdy element albumu współgra z pozostałymi, tworząc sieć, w której dźwięki, teksty i przestrzeń oddychają razem. To płyta prawie doskonała. Prawie — bo to wszak nie ostatnia płyta zespołu.

Variete – Sieć Indry

Mistyc Production 2025

Grzegorz Kaźmierczak – śpiew, elektronika, Marek Maciejewski – gitary elektryczne i akustyczne, Eva Lanche – perkusja i instrumenty perkusyjne, Grzegorz Korybalski – gitara basowa, Alan Balcerowski – saksofony sopranowy i tenorowy.

Jarek Mixer Mikołajczyk

Jarek Mikołajczyk
Jarek Mikołajczyk