Skip to main content

W bezruchu wydarza się wszystko

Variete: między chłodem a światłem. Koncert w eSTeDe

 |  Jarek Mikołajczyk  | 

Są koncerty, które się ogląda i tak po prostu słucha. Się na nich jest i już. I są takie, które rozgrywają się gdzieś pomiędzy — między dźwiękiem a jego brakiem, między tym, co już było, a tym, co jeszcze nie zdążyło wybrzmieć. W tym wszystkim brak dźwięku też nie jest przypadkowy. W CK eSTeDe Variete nie odegrało koncertu. Raczej ustawiło przestrzeń dźwięku, słowa i światła.

Od początku stało się jasne, to nie będzie wieczór odhaczania tytułów. „Sycylia” pojawiła się wcześnie, jak światło, które nie razi, tylko powoli przyzwyczaja oczy, filtrowane wilgocią. „Chleb, wino i przestrzeń” nie próbowało niczego ani burzyć ani budować, przetoczyło się bez rozpędu — raczej zostawiało miejsce. A „Księżniczka” przyszła jak moment skupienia, w którym orientujesz się, że słuchasz utworu otwartego, dzieje się proces.

Bo „Sieć Indry” — grana na żywo — nie jest zbiorem kompozycji. To sposób myślenia. O dźwięku, o ciszy, o tym, ile naprawdę trzeba, żeby coś zadziałało. A raczej jak nie wiele trzeba.

I nagle zaczynasz słyszeć osobno.

Gitary Marek Maciejewski nie budują ściany. One ją rozrzedzają. To nie jest nerwowość Ribota ani przekombinowanie Steve Vaia. To coś bliższego decyzji niż emocji. Jedno szarpnięcie, jeden akord, który nie kończy się w momencie wybrzmienia — tylko zostaje, pracuje, rozchodzi się jak światło po powierzchni, jak krew pod skórą. Mikrodrgania budują napięcie, które nie eksploduje — tylko narasta. Oczywiście jest też rockowizna gdy trzeba.

To nie jest granie efektów. To jest granie sensu. Jak u Miles Davis — cisza nie jest pauzą. Jest treścią.

Pod spodem bas Grzegorza Korybalskiego nie „trzyma dołu”. On prowadzi narrację poboczną. Dzięki niemu utwory nie idą do przodu — one trwają.

Perkusja Eva Lanche to nie tylko podanie rytmu. Ona nim oddycha. Bez popisu, bez gestu, bez potrzeby pokazania czegokolwiek. To jest granie, które wie, że mniej znaczy dokładniej. Konkret i mięcho nie wykluczają tu finezji.

I właśnie w tym „mniej” zaczyna się napięcie. Bo masz wrażenie, że wszystko już wiesz. Że zaraz nic się nie wydarzy. I dokładnie wtedy — coś się przesuwa. Minimalnie. Wystarczająco.

Syntezatory i elektronika nie są tłem. Idą równolegle albo lekko się rozmijają, jakby ktoś przesunął obraz o ułamek sekundy. Pojawia się lekki niepokój. Taki, którego nie da się uchwycić, ale trudno zignorować.

Saksofon Alan Balcerowski wchodzi rzadko. I właśnie dlatego zostaje. Czasem prowadzi melodię, czasem tylko zmienia gęstość powietrza. Jak fala, która nie musi być wysoka, żeby zmienić rytm wszystkiego wokół.

A nad tym wszystkim unoszą się słowa — albo raczej wracają.

Teksty i głos Grzegorz Kaźmierczak nie próbują być na pierwszym planie, choć są cholernie ważne ustawiają perspektywę. „Mgła”, „światło”, „plan”, „przestrzeń”, „ale nie”, „jak” — te słowa nie znaczą tyle, co brzmią. Piszemy o tym już po raz kolejny. Wracają, przesuwają się słowa, budują coś w rodzaju języka wewnętrznego. Kaźmierczak nie opowiada świata. On go kadruje — krótkimi frazami, powtórzeniami, akcentami, które działają jak znaki na pięciolinii. I coś się tu zmieniło: coraz mniej w tym melorecytacji, coraz więcej śpiewu. Nawet jeśli to śpiew bliski, kontrolowany, niemal prywatny — to jednak śpiew. Głos jako instrument, nie nośnik.

Druga część koncertu — „Ejła”, „Trasa WZ”, mocna „Europa” — z tym jednym, celnym komentarzem Kaźmierczaka — tylko pogłębiała efekt. A finał…

„Bohater liryczny”, „Zielonookie radio”kolejność zapamiętania inna pewnie niż track lista, potem „Kamienie” — ulotniejsze niż kiedyś, mniej ascetyczne, bardziej cielesne. I wreszcie „Klaszcze w dłonie”.

Nie jako bis. Jako domknięcie. Nie jako hit. Jako punkt ciężkości. Wykonanie najlepsze z kilkunastu, które słyszeliśmy na żywo.

Bo to nie był koncert, który miał się podobać. To był koncert, który miał zostać. I został — gdzieś między dźwiękiem a ciszą, dokładnie tam, gdzie Variete od lat robi swoją muzykę. I rzecz jasna początkiem jest Słowo.

Niezwykle zgrany z nazwą zespołu był przekrój wiekowy publiki, od młodych, którzy zatańczyli momentami, jakby przepłynęły jednorożce, „nieco poza średnim wiekiem” – fani zimnej fali z lat 80. XX wieku ale i przedstawiciele klubu seniora. I wszyscy byli na swoim miejscu.

Zdj. J.Mikołajczyk

Jarek Mixer Mikołajczyk

Jarek Mikołajczyk
Jarek Mikołajczyk