Tristis Diabolis…”Szamburski gra Wichę” na Latarni
Paweł Szamburski nie zagrał koncertu w klasycznym sensie. W ostatnim dniu sierpnia na Latarni na Wenei stało się jasne artysta projektuje doświadczenia emocjonalno-intelektualne, w których muzyka i tekst i artysta są równorzędnymi aktorami, a publiczność – bez większego ostrzeżenia – staje się świadkiem, statystą, a czasem wręcz oskarżonym czy choćby obserwatorem. Na scenie Latarni na Wenei, zagrał monodram „Tristis Diabolis” – inspirowany tekstami Marcina Wichy. Nie był to występ do potakiwania w rytm. To był dramat, dyskurs wewnętrzny jednoosobowy ubrany w klarnet, głos i elektronikę, gdzie niemal każda fraza Wichy miała swoją kontrapunktową odpowiedź w muzyce.

Centralną figurą tej opowieści jest Diabeł, Czort, Bies – ale nie w wersji operetkowej, kiczowatej czy podszytej religijną grozą lub wizją demona. Ten Diabeł to postać głęboko ludzka, zmęczona rolą, w którą została wepchnięta przez kulturę.

Sam Szamburski w zapowiedzi monodramu podkreśla, że punktem odniesienia dla jego Diabła jest Chrystus Frasobliwy – figura nie tyle zbawiciela, co istoty, która niesie ciężar i jest tym zwyczajnie zmęczona – zafrasowana. Ta interpretacja przenosi akcent z demonologii na egzystencję. W efekcie Diabeł staje się nie kimś obcym, ale kimś, kto jest bliżej nas niż ktokolwiek by chciał przyznać, być może bywa w nas, może to my bywamy Nim.
Szamburski nie gra roli – on ją konstruuje dźwiękowo. Używa klarnetu, przetworzonego głosu i elektroniki jak aktor teatru fizycznego używa ciała: precyzyjnie, rytmicznie, z dramaturgiczną logiką. Teksty Wichy – błyskotliwe, złośliwe, głęboko empatyczne – nie są cytowane ani ilustrowane, tylko współistnieją z muzyką. Ich rytm i ironię performer wykorzystuje jako punkt wyjścia do dźwiękowych przesunięć – raz intymnych, raz groteskowych, raz bolesnych. A czasem – ciepłych, zaskakująco współczujących. Jeden z fragmentów, w którym Diabeł powtarza, że jest „małym czartem”, był zagrany tak, że przywodził na myśl melancholijny wdzięk „Małego pieseczka” z repertuaru Piotra Machalicy. Nie ironia, nie pastisz – raczej liryczna dziecięcość, podszyta znużeniem i samotnością. To był ten moment, w którym widz nie wiedział, czy się uśmiechnąć, czy się wzruszyć – więc robił jedno i drugie.

W całym monodramie dało się wyczuć coś, co można by nazwać paradoksalnie ludyczną nabożnością, a diabeł staje się niemal świątkiem. Opowieść nie uciekała od rytuału, ale przepracowywała go poprzez humor, prostotę i gesty współczucia. Bywało groteskowo, bywało zabawnie – ale Szamburski nie śmiał się z postaci Diabła, tylko z ciężaru, jaki na niego nałożyliśmy może z nas. Jednocześnie współczuł i jemu i trochę nam.
Na scenie nie było rekwizytów, poza jednym silnym znakiem – makatą z postacią Diabła, która pełniła funkcję quasi-ikony. Nie jako dekoracja, ale jako symboliczna rama całej opowieści. Ten wizualny znak współgrał z muzyką i słowem – jakby scena Latarni stawała się na chwilę pustelniczą celą, w której rozgrywa się tragikomedia ludzkiego sumienia. Finałowe otulenie się w nią, w Diabła przez artystę jakże wymowne poruszające…

Dramaturgia przypominała klasyczny pięcioaktowy model – od narodzin symbolu, przez społeczne i religijne projekcje, aż po zmęczenie, ucieczkę i ciszę. Ale kluczowe było przesunięcie akcentu: Diabeł w tym spektaklu nie jest potworem – jest lustrem. Czasem ironicznym, czasem smutnym. Zawsze nadmiernie obciążonym. Czart boi się tylko ciszy – niesamowicie mocny moment delikatnie diaboliczny bardzo jakby wywiedziony z Requiem.

To wszystko wybrzmiało na Wenei z wyjątkową mocą. Otwarte niebo, bliskość historii – katedra, prokuratura, moderna bryła Muzeum na drugim brzegu jeziora – nadały tej opowieści lokalny rezonans. Latarnia na Wenei nie potrzebowała nic więcej poza obecnością. A ta – w wykonaniu Szamburskiego – była całkowita, organiczna i bezkompromisowa.
W tym, pełnym wydarzeń „roku rocznicowym: warto nie przeoczyć wydarzeń tak ważnych, tak makro-ludzkich, tak niekoronowanych jak to.
Wydarzenie zostało zorganizowane przez Bibliotekę Publiczną Miasta Gniezna oraz Latarnię na Wenei – i trzeba przyznać, że to jedno z tych spotkań, które idealnie pokazały, jak sztuka współczesna może dialogować z ludycznym kontekstem, historią i przestrzenią.
Wydarzenie zorganizowane we współpracy z Biblioteką Publiczną Miasta Gniezna w ramach projektu Laboratorium Słowa 2025. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.

Jarem Mixer Mikołajczyk
Zdjęcia Sebastian Uciński