Taniec wewnętrzny na Ethno Porcie
Są kapele, które budują muzykę z melodii. Są takie, które opierają ją w zamysłach kompozytorskich na riffach. Alameda od lat należy do tych formacji, które ufają pulsowi i elektronice. Nie prostemu, służącemu do odliczania taktów, rytmika a czasem polirytmia Alamedy siedzi w time, ale metronom mógłby wątpić. Pulsowi rozumianemu niemal pierwotnie – jako sile organizującej przestrzeń, emocje i uwagę słuchacza. Podczas Ethno Portu ten świat spotkał się z muzyką Noumassana Dembele z Burkina Faso. Spotkanie okazało się znacznie bardziej naturalne, niż można było przypuszczać.

Alameda. Powstały w 2014 roku bydgoski kolektyw skupiający muzyków znanych ze Starej Rzeki, Innercity Ensemble, HATI, T’ien Lai, Javvy czy 3moonboys od dawna porusza się po terenach transu, progresywnej elektroniki, improwizacji i muzyki wymykającej się gatunkowym definicjom. W ich twórczości równie ważne jak pojedyncze dźwięki są procesy. Muzyka rozwija się powoli, narasta, zagęszcza i stopniowo wciąga słuchacza do swojego świata.

Nieprzypadkowo muzycy podkreślają znaczenie Bydgoszczy dla swojej tożsamości. Choć dzisiejsza Alameda dawno odeszła od estetyki kojarzonej z legendarnym Variété i zimnofalową tradycją miasta nad Brdą, w ich muzyce pozostało coś z rzecznego nurtu pulsu rzecznych portów. Jest płynność, jest cierpliwość, jest konsekwencja. Nurt ale i repetytywność. Nie ma pośpiechu. Są fale.

Na Ethno Porcie do tego nurtu dołączył Noumassan Dembele – wybitny multiinstrumentalista, wokalista i mistrz kory pochodzący z Burkina Faso. Artysta, który już jako piętnastolatek dołączył do zespołu Fasso Djigui, od lat prezentuje publiczności bogactwo tradycji muzycznych Afryki Zachodniej. W Polsce pojawił się po raz pierwszy w 2008 roku podczas festiwalu Cross-Culture, a później wielokrotnie współpracował z polskimi muzykami.

Warto przy tym pamiętać, że muzyka Burkina Faso i sąsiedniej Ghany nie opiera się wyłącznie na melodii, którą europejska wyobraźnia często łączy z korą. Jej fundamentem jest rytm, wielowarstwowość i dialog między instrumentami – muzyka wspólnoty, ruchu i pamięci, w której puls jest równie ważny jak dźwięk. Właśnie dlatego spotkanie z Alamedą od początku miało w sobie coś nieuniknionego.
Kora Dembele, zwykle postrzegana jako instrument subtelny i melodyczny, w tym zestawieniu ujawniła inne oblicze. Nadal była nośnikiem pięknych fraz, ale równie silnie uczestniczyła w budowaniu rytmicznego szkieletu utworów. Afrykański puls nie zderzał się z transowością bydgoskiego zespołu – oba światy zaczęły oddychać jednym tempem. Nie mamy tu prostego mostu prowadzącego w stronę Afrobeat – to nie jest muzyka Feli Kutiego. Choć przecież geograficznie to sąsiedztwo Dembele.

Kompozycje zaprezentowane podczas Ethno Portu łączyły jazzowe-industrialne brzmienie Alamedy z motywami wywodzącymi się z tradycji Burkina Faso. Długie, transowe formy rozwijały się niespiesznie. Elektronika, bas i perkusja tworzyły hipnotyczny fundament, nad którym rozpościerały się partie kory i śpiew Dembele i gitara Ziółka. Chwilami muzyka przypominała rozgrzaną ziemię Afryki Zachodniej, by za moment zanurzyć się w chłodniejszych, bardziej syntetycznych przestrzeniach.

Najbardziej imponowała jednak spójność tego przedsięwzięcia. Alameda nie porzuciła swojej tożsamości – nadal budowała napięcie poprzez repetycję, zagęszczanie struktur i transowe narastanie form. Dembele natomiast wszedł w ten język bez cienia dekoracyjności, pozostając pełnoprawnym współtwórcą, a nie gościem „od kolorytu”. Dał wprawdzie kilka momentów tej subtelnej kory, a jednak stawał się częścią jednej muzycznej machiny.

W pewnym momencie koncertu wydarzyło się coś, co na długo zostaje w pamięci. Łukasz Jędrzejczak, dotąd zanurzony w elektronicznej warstwie zespołu, przejął na chwilę rolę przewodnika całego zdarzenia. Z niewielkim dzwonkiem w dłoni zszedł ze sceny, wszedł między publiczność, a następnie przykucnął na jej froncie, jakby sprawdzał puls całej przestrzeni czy bacznie ja obserwował. Nie był to gest efektowny – raczej rytualny, skupiony, niemal medytacyjny. Na moment zatarła się granica między sceną a widownią, a koncert zaczął przypominać wspólne słuchowisko, w którym każdy uczestnik ma swoją rolę w utrzymaniu napięcia.
Może właśnie dlatego tak mocno powracała podczas tego wieczoru metafora wody. Fale dźwiękowe przesiąknięte brzmieniem Brdy spotkały się z wodami niesionymi przez Czarną Woltę. Nie jako ilustracja egzotyki, lecz jako obraz dwóch nurtów, które – choć ukształtowane w innych geografiach – rozpoznają w sobie ten sam rytm przepływu. Metafora rzeki nie jest tu nawiązaniem do wspaniałej kapeli Stara Rzeka – Kuby Ziółka, rzecz raczej w metodzie.

Choć od pierwszych minut można było odnieść wrażenie, że koncert zmierza ku tanecznemu finałowi, na Dziedzińcu Zamkowym królował przede wszystkim taniec wewnętrzny. Kilka osób rzeczywiście podjęło próbę ruchu pod sceną, ale większość publiczności pozostała w bezruchu, choć tylko pozornym. W rzeczywistości trwało tam intensywne słuchanie ciałem – kołysanie głów, zamknięte oczy, skupienie, które trudno pomylić z dystansem.
Alameda, mimo że formalnie na drugim brzegu świata etno, w swoim rdzeniu nosi wyraźny atawizm. Nie melodie są tu najważniejsze, lecz puls. Nie efekt, lecz proces. Nie riff, lecz wspólne zanurzenie w rytmie. Spotkanie z Noumassanem Dembele tylko tę cechę wydobyło i wzmocniło.

Niedługi, zwarty koncert zaczarował Dziedziniec Zamkowy zarówno w momentach niemal medytacyjnych, jak i wtedy, gdy elektronika zagęszczała powietrze, a sekcja rytmiczna nadawała całości bardziej fizyczny ciężar. W tych fragmentach szczególnie stabilnie pracowali Piotr Michalski i Jacek Buhl, utrzymując konstrukcję w ryzach i pilnując, by nawet najbardziej odległe muzyczne podróże nie straciły wspólnego pulsu.

To był jeden z tych koncertów, po których nie zostaje w głowie pojedyncza melodia. Zostaje rytm. I on jeszcze długo nie pozwala wyjść z Dziedzińca Zamkowego.

Niezwykle ważnym w tym wydarzeniu było to poczucie wolności odbierania po swojemu. Słuchacze czuli się chyba znowu po prostu u siebie, nikt nie zmuszał się do ochów i achów, do trzymania miny znawcy konesera. Muzyka słuchana emocją. Momentami wciągała Alameda muzyka w 100 % koncentrację – jakiś specyficzny hiper fokus, momentami słuchacze mogli odejść myślami z tego co działo się tu i teraz. Ktoś trwał w delikatnym zasłuchanym uśmiechu, ktoś podszedł do tyłu zamienić słowo z niewidzianym dawno znajomym. Tu nic niczego nie rozbijało. Nawet fotografowie/grafki umiejętnie bez syndromu paparazzi. To jednak temat na felieton o ekipie Ethno Port i tworzonej przez nią atmosferze.
Tekst Jarek Mixer Mikołajczyk
Zdjęcia Jarek Mixer Mikołajczyk & Nikon Z30
