Skip to main content

Koncert o czymś

Słyszę krzyki. Mimikyu, LaVenders i „Perlasze”

 |  Basia Kęsowska  | 

Ten koncert nie był po to, żeby było miło. Był po coś. Nie był po to, żeby po chwili rozrywki zapomnieć. Raczej, właśnie przypomnieć, że świat się nie opamiętał jak zapowiadano kolejno: w 1945 r, po Wietnamie, po Afganistanie, po Kosowie. Koncert o tym, że wojny trwają, przemoc ma dziś wiele przestrzeni… Też by przypomnieć, że rock – jeśli jeszcze ma mieć jakikolwiek sens – musi umieć się do tego odnieść. Epoka “sex drugs & rock’n’roll” odchodzi. Kto tego nie łapie pozostanie kombatantem, albo nieudaną kopią. Wieczór „Słyszę krzyki” był opowieścią o energii, formie, lękach, nadziejach i odpowiedzialności za rzeczywistość, w której żyjemy.

Na otwarcie Mimikyu ze Szczecina – młodzieńczo, z nerwem, momentami bezczelnie. Piosenkowy sznyt to tylko powierzchnia kapeli. Pod spodem pracują świetne gitary, tempo i niepokój, a wokalista w najmocniejszych momentach przywołuje skojarzenia z bardzo młodym Robertem „Afą” Brylewskim – jeszcze bez legendy, za to z instynktem i energią.

To granie, które nie uciekało w retro ani w koślawą ironię. Tak brzmi Mimikyu, tak brzmi pokolenie, które wie, że przyszłość nawet jeśli została mu obiecana jest niepewna. Mocne “Winny” i nośne ”Mądre decyzje i głupie pomysły” siadły publiczności szczególnie. Momentami szło trochę Muzyką Końca Lata, czy Akurat, ale przeważnie jednak była to muzyka.

La Venders z Białegostoku postawili na obraz i konsekwencję. Industrialno-robotnicze kombinezony, czerwone jak koszule Kraftwerk…Chłód formy, spójny koncept wizualny, przecinały niemal hardrockowo zeppelinowe riffy, nie brakowało też psychodelii.

To głos Natalii Nosorowskiej był tu kluczowy – rockowy, a jednocześnie delikatny, niosący emocje dokładnie w punkt. To wokal, który naturalnie ustawia ją obok Izy Rekowskiej (Izzy & The Black Trees) w pierwszym szeregu młodych polskich wokalistek alternatywnych.

Z gitarą i dwoma kitkami wyglądała zawadiacko jak Karin Stanek, jakby wyszła z epoki big-bitu, tylko że śpiewała już o świecie po katastrofie, a nie o niewinnych marzeniach. Niesamowicie podbijał wizualnie teatralnymi gestami perkusista, to pozwalało na szaleństwo gitarzysty i basisty. Bardzo dobry koncert.

Finał należał do Père-Lachaise.

To była konfrontacja z teraźniejszością. Zespół zamykał intensywny rok – Wielkopolskie Rytmy Młodych, Jarocin Festiwal, Studio im. Agnieszki Osieckiej w Trójce, sukces Innej Polski, udział jubileuszowej trasie Maleo, występ na XXXV-leciu Radia Afera – ale zamiast celebracji dostaliśmy pytania i muzyczną chłostę.

W ciemności na ekranie pojawił się kogut z Teleranka – symbol telewizyjnego poranka który 13 grudnia 1981 roku, się nie wydarzył, bo ogłoszono Stan Wojenny. Chwilę później PL zagrało cover KSY – Stan wojenny, z wersem brzmiącym dziś szczególnie gorzko:
„Stan wojenny się nie skończył. Stan wojenny nadal trwa.”

I trudno było się z tym nie zgodzić, gdy w myślach wracała Ukraina, zbombardowane miasta, codzienność wojny tuż za granicą, a także Gaza, obrazy zniszczeń i cywilnych ofiar, które świat konsumuje dziś w tempie scrollowania. Père-Lachaise nie mówili wprost nazwami państw i armii, ale sens był czytelny: przemoc nie jest archiwum. Nie jest kroniką filmową. Jest teraźniejszością.

W kluczowych momentach zespół gasił światła i dźwięk, oddając przestrzeń fragmentom kronik filmowych. Wśród nich samospalenie Ryszarda Siwca – samotny akt sprzeciwu wobec inwazji na Czechosłowację. Obraz sprzed dekad, który boleśnie rezonował z dzisiejszym poczuciem bezsilności wobec kolejnych wojen. Nie była to jednak estetyzacja cierpienia. To było przypomnienie ceny milczenia.

Muzycznie Père-Lachaise byli w znakomitej formie. Zjawiskowe wersje Konwalii i Nie krzycz, nie płacz opracowane w Trójce, energetyczny Skowyt z gościnnym udziałem Natalii Nosorowskiej – po raz pierwszy wykonany na żywo właśnie tego wieczoru. Ten numer brzmiał jak zbiorowy krzyk pokolenia, które wie, że nie stać go już na obojętność. ”Nie będę milczeć kiedy słyszę krzyki”. Tytuł Skowyt rzecz jasna nawiązywał do „bitnickiego” poematu Allena Ginsberga – i choć niektóre lęki są tu podobne Perlasze w tekście idą dalej niż tylko kontestacja. Deklarują postawę.

Teksty zespołu dotykają nie tyle polityki, ale bardziej kondycji człowieka epoki przesytu, lęku, depresji, przebodźcowania. Tim Curtis prowadził koncert chwilami jak sesję terapii społecznej – bez nachalstwa mentora, bez podnoszenia głosu. To raczej namysł, inspiracja do przemyśleń, na pewno nie jest to kazanie.  Z pełnym zaufaniem do inteligencji słuchaczy. Père-Lachaise nie robią umizgów do publiczności. Wychodzą i mówią: to jest świat, w którym żyjemy – to nasze emocje. Mamy prawo się “bać kiedy wszystko wokół wreszcie płonie”.

Instrumentaliści momentami zrywali się ze smyczy, szczególnie w aranżacjach znanych ze Studia Osieckiej. I to było potężne granie. Jak nazwał muzykę Père-Lachaise Mirek Szatkowski z Deadlocka i Kryzysu to był monumentalny rock, grany surowo ale też szeroko. Curtis był równie przekonujący na scenie, jak „pod nią” – w pogo, razem z ludźmi, bez dystansu i bez pozy lidera. Gościnny występ Szegetza w Zaufałem światu – przejmujący. „Zielonookie Radio Romans” Variete z Kacprem Stopczyńskim – przyjęte entuzjastycznie. Materiał Père-Lachaise (PKM1, W ciągłym biegu, Mogę się bać) oraz ogniste covery Siekiery – wszystko wybrzmiało z pełną siłą.

Ten koncert pokazał jasno: Père-Lachaise są dziś zespołem gotowym na każdą dużą scenę. Ale ważniejsze jest to, że są zespołem gotowym brać odpowiedzialność za czas, w którym grają.

Bo krzyki, które było słychać tego wieczoru, nie dochodziły tylko ze sceny. One dochodziły z Charkowa. z Gazy i z serc nieobojętnych ludzi. I z każdego miejsca, w którym świat próbuje udawać, że nic się nie dzieje. To było piękne choć szorstkie zamknięcie roku w C.K. eSTeDe. Po koncercie PL zaprosiło do Dziupli na Pogotekę. 

zdj. : Kasia Dzionek, Jarek Mikołajczyk, Mateusz Musioł

tekst: Basia Kęsowska

Basia Kęsowska
Basia Kęsowska