Z dużą dozą pokory i pasji doprawionej jeszcze większą porcją profesjonalizmu i zaangażowania oraz autentyczną filmową erudycją prowadzącego – tak wyglądało spotkanie z reżyserem Janem Holoubkiem z którym rozmawiał Piotr Buratyński w magnetycznej przestrzeni Latarni na Wenei.
To było jedno z tych „wydarzeń roku” i kolejne z tych „wielkich, filmowych”, które przyciągnęło tłumy Gnieźnian i nie tylko, a które dobre dwa lata temu zapoczątkował Dyskusyjny Klub Filmowy Offeliada, zapraszając najpierw wraz Centrum Kultury Scena To Dziwna Andrzeja Seweryna, a następnie wraz z Latarnią właśnie Krzysztofa Skoniecznego. Trend ten jak widać chwycił, co zresztą nie powinno dziwić, gdyż film to jedna młodszych i „najważniejszych sztuk”, jak zresztą określił go ponad 100 lat temu pewien klasyk, zaś w dzisiejszej rzeczywistości wszędobylskich rolek czy platform streamingowych, rzecz jak najbardziej pożądana. Temat platform pojawił się też podczas dyskusji, ale o tym za chwilę.










Tymczasem całe spotkanie rozpoczęło się tradycyjnie od przedstawienia gościa na podstawie jego biogramu z portalu Culture.pl, co zresztą podkreślił prowadzący Piotr, choć wcześniej padło też równie zwyczajowe pytanie o wizytę w Gnieźnie, na co już Jan Holoubek odpowiedział, że to jego pierwszy raz i nie załapał się nawet na wycieczkę szkolną. Po takim powitaniu można więc było przejść już do konkretów, a nawet spraw fundamentalnych, czyli kwestii czym jest dla gościa sztuka filmowa. Jak się okazało, robienie filmów to dla niego przede wszystkim zabawa, która pozwala na tworzenie różnych światów w które można uwierzyć i w które wierzą także inni. Co więcej, tej sztuki można, a nawet warto uczyć się w szkole filmowej, ale też przez oglądanie dzieł innych, zarówno tych dobrych, jak i chłamu, co też młody Holoubek czynił namiętnie w latach 90., kiedy to po transformacji ustrojowej, pojawił się ogrom filmów dostępnych na kasetach VHS, a światowe premiery trafiały prawie od razu do polskich kin.







Jednak dzisiejszy twórca takich dzieł jak film i miniserial „25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy”, serial „Wielka woda”, film i miniserial „Doppelganger. Sobowtór” czy w końcu serial „Rojst” oraz najnowszy i głośny miniserial „Heweliusz” – przyznał, że długo „bał się reżyserii”, dlatego najpierw i także za namową rodziców, poszedł na kierunek operatorski. Ten ostatni pozwolił mu zarówno okrzepnąć, jak i dał doświadczenie w kolejnej, filmowej dziedzinie. A jak wygląda przepis na dobry film? Na tak postawione pytanie gość wyliczył, że trzeba mieć bardzo dobry scenariusz, taką samą obsadę i budżet oraz trochę szczęścia. Choć otwierający wszelkie drzwi zdaje się właśnie pierwszy punkt, czyli scenariusz w którym „zaklęty jest świat”: – Myślę, że widzowie, nawet podświadomie wybierają takie dzieła, gdzie porywa ich świat i wchodzą w niego do końca – stwierdził reżyser. Poza tym liczy się też profesjonalizm na planie, czyli przygotowanie zamiast wymyślania scen na planie, co generowałoby tylko koszty, bo w filmie wbrew pozorom wszystko jest wyliczone. Natomiast osobnym tematem stała się pewna nostalgia filmowców za masowym chodzeniem widzów na ich filmy do kin, mimo że sam Holoubek zrealizował produkcje dla jednej z popularniejszych platform streamingowych. Wszak duży ekran to ta prawdziwa „magia kina”.







I w końcu nie zabrakło też bardzo konkretnych pytań, zarówno od prowadzącego jak i licznej publiczności, już o poszczególne produkcje. Było więc o tym jak przekonująco zatopić prom na ekranie („Heweliusz”), w czym pomogło jedyne takie w Europie belgijskie studio podwodne stworzone przez operatora wodnego i dofinansowane przez tamtejsze państwo, znaleźć złoty środek pomiędzy prawdą, a fikcją (ostatnie produkcje Holoubka powstałe na podstawie najnowszej polskiej historii) czy jak w kostiumie wcześniejszej epoki, powiedzieć coś bardziej uniwersalnego dziś o nas, tym bardziej, że ciągle nie uczymy się na błędach przeszłości.
Fot. Paweł Bartkowiak