Skip to main content

Od Cisnej przez Jarocin po FAMĘ. Między krzykiem świata a poszukiwaniem światła.

Père-Lachaise. Sztuka bez odwracania wzroku od człowieka

 |  Jarek Mikołajczyk  | 

Od Cisnej przez Jarocin po FAMĘ. Między krzykiem świata a poszukiwaniem światła.

Są zespoły, które pojawiają się nagle. Jeden singiel, kilka tysięcy odsłon, trochę szumu w mediach społecznościowych i równie szybkie zniknięcie albo mega kariera okupione często śpiewaniem o niczym. Są też takie, które mozolnie budują własny świat. Krok po kroku. Koncert po koncercie. Rozmowa po rozmowie.

Père-Lachaise należy zdecydowanie do tej drugiej kategorii.

Patrząc dziś na ich kalendarz trudno uwierzyć, że jeszcze rok temu była to grupa przyjaciół próbujących znaleźć własny język pomiędzy zimną falą, post punkiem, rockową alternatywą i czymś, czego na polskiej scenie właściwie nie było. Muzyką zaangażowaną nie w ideologie, ale w człowieka.

Nie bez powodu zespół od początku nosi nazwę jednego z najsłynniejszych cmentarzy świata. Nie chodziło nigdy o fascynację śmiercią. Raczej o pamięć. O pytanie, co po nas zostanie. O przekonanie, że warto żyć tak, by zostawić po sobie coś więcej niż tylko ślad w algorytmach.

Stąd jeden z najważniejszych wersów w historii grupy:

„Żyjmy tak, żeby za pięćdziesiąt lat pochowali nas na Père-Lachaise.”

To zdanie często było traktowane jako przewrotna prowokacja. Dziś coraz bardziej przypomina manifest. Nie jest opowieścią o sławie. Nie ma nic wspólnego z marzeniem o miejscu obok Jima Morrisona, Edith Piaf czy Oscara Wilde’a. To wezwanie, by żyć tak, żeby coś po nas zostało. W pamięci ludzi. W relacjach. W czynach. W muzyce. Żyć tak by kiedykolwiek przyjdzie odejść mieć poczucie spełnienia. I nie jest to żaden hedonizm. 

Bo jeśli przyjrzeć się historii krótkiej zespołu, trudno nie zauważyć pewnej konsekwencji.

Nie było wielkiej wytwórni. Nie ma menedżerskich układów. Nie było telewizyjnego talent show. Nie twierdzą, że droga przez Talent Show jest zła część z nich kibicuje 

Były za to próby, własne pieniądze inwestowane w nagrania, godziny spędzone nad produkcją materiału i wiara, że wciąż można śpiewać o czymś ważnym bez moralizowania i bez pozycji wszystkowiedzącego guru. Bez nachalstwa.

Pierwsze szlify Père-Lachaise zdobywał podczas Młodego Przeglądu Zespołów Rockowych im. Mikołaja Matyski. Potem były gostyńskie Rockowania. Następnie przyszedł Jarocin.

I właśnie Jarocin okazał się momentem przełomowym.

Najpierw Wielkopolskie Rytmy Młodych. Potem znalezienie się w gronie laureatów obok zwycięskiej Cafetraumy. Benefis Piotra Banacha u boku Wojciecha Waglewskiego, Renaty Przemyk i BAiKA. Wreszcie koncert na dużej scenie festiwalu.

Dla wielu młodych kapel byłoby to wystarczające osiągnięcie.

Dla Père-Lachaise okazało się dopiero początkiem. Tym ciekawsze, że to nie był cel, że stało się w wyniku pracy trochę mimochodem choć nie bez wysiłku. 

Publiczność przyjęła ich wtedy tak, jak przyjmuje się zespoły, które mają coś własnego do powiedzenia. Bez sztucznych fajerwerków. Bez celebryckiego zaplecza. Bez modnych kostiumów. Prostota białe koszule i czarne spodnie jak zespół studniówkowy. 

Za to z emocjami.

Kilka chwil później Tim Curtis stanął obok Dariusza Malejonka, wykonując kultowy utwór „Nikt” zespołu Izrael, wykonując własną zwrotkę. Dla muzyków wychowanych na historii polskiej rockowej alternatywy był to moment niemal symboliczny. Chwila, gdy pokolenie Jarocina lat osiemdziesiątych podało rękę pokoleniu urodzonemu już w zupełnie innej przestrzeni.

Potem wszystko zaczęło przyspieszać, ale bez galopu.

Fragment trasy związanej z jubileuszem 40-lecia Maleo. Urodziny Radia Afera. Koncert w Trójce u Piotra Metza. Zaproszenie na festiwal Zew Się Budzi. Kolejne koncerty. Coraz więcej ludzi pod sceną. Świetny koncert po drodze na Latarni na Wenei. 

A równolegle praca.

Bo Père-Lachaise nigdy nie był zespołem, który żyje wspomnieniami.

Debiutancki album „Wszystko wokół wreszcie płonie” powstał niemal całkowicie dzięki własnemu zaangażowaniu muzyków. Bez wielkich budżetów. Bez sztabu specjalistów od marketingu. Z pomocą przyjaciół i ludzi wierzących, że niezależna muzyka nadal ma sens. Świetny młody fotograf Łukasz Walczak jak członek zespołu, jego dziewczyna Aleksandra Smorawska ogarniająca booking…Rodzice pod sceną. 

Płyta została zauważona przez krytyków.

Leszek Gnoiński, autor między innymi „Encyklopedii Polskiego Rocka”, umieścił ją wśród pięciu najważniejszych polskich płyt 2025 roku. Dla zespołu była to ważna wiadomość, ale nie powód do samozadowolenia. Raczej sygnał, że warto dalej iść własną drogą. Tą samą, na której od początku ważniejsze od modnych trendów pozostawały emocje, autentyczność i człowiek. Przede wszystkim człowiek, jego emocje nadzieje i zagubienia.

Jeszcze ciekawsze jest jednak to, co dzieje się teraz.

Nowa płyta powstaje w profesjonalnym studiu.. Muzycy nie chcą jeszcze zdradzać wszystkich szczegółów, ale wiadomo już, że będzie ostrzej. Mocniej. Odważniej. Zwłaszcza w tekstach. 

Bo świat wokół nie daje dziś wielu powodów do komfortu. Choć jest światem przesytu. 

W jednym z nowych utworów słyszymy:

„Pokojowe nagrody, gorące oklaski,
atak na Wenezuelę, tony spekulacji.
Atak na Palestynę ze wsparciem korporacji,
atak na Ukrainę, w kraju maszerują nazi.
Paruje głowa, krzyczę hasła na protestach,
tasuję wartości, spokój wchodzi na piedestał.
Dzieje się za dużo, nie potrafię znaleźć miejsca,
wszystko wokół wreszcie płonie niezależnie od podejścia.”

To nie jest publicystyka.

To jest zapis stanu umysłu człowieka żyjącego w połowie lat dwudziestych XXI wieku. Człowieka, który codziennie budzi się w świecie pełnym wojen, kryzysów, medialnego hałasu, informacyjnego przeciążenia i nieustannego poczucia napięcia. Świata, który jednocześnie jest światem przesytu.  

W dalszej części utworu padają słowa:

„Dzieje się za dużo, nie potrafię znaleźć miejsca.”

I właśnie w tym zdaniu kryje się klucz do zrozumienia “nowego” Père-Lachaise. Przy czym to nowe to kontynuacja.

Bo choć zespół nie ucieka od tematów globalnych, jego prawdziwym bohaterem pozostaje Człowiek.

Nie państwo. Nie partia. Nie ideologia. Nie aktywizm. 

Człowiek. Jego samotność. Jego zagubienie. Jego lęki. Jego próby odnalezienia sensu.

Muzycy coraz częściej mówią o kierunku, który pół żartem, pół serio określiliśmy mianem antropopunka. To nie jest punk polityczny w klasycznym znaczeniu. Nie jest też punkiem społecznego gniewu, choć zawiera go w sobie. To muzyka pochylająca się nad człowiekiem. Nad jego historią. Nad emocjami. Nad próbą odnalezienia własnego miejsca w świecie, który nieustannie przyspiesza. Może to neo punk?

Nie bez znaczenia jest fakt, że Tim Curtis na co dzień pracuje jako psycholog. To nie jest jednak rock terapeutyczny. To nie jest coaching z gitarami. To nie jest muzyka samopomocowa, choć może nią bywa. Choć obok studentów powiązanych z realizacją dźwięku grają tu, realizator własnego studia, Animator kultury, edukator muzealny i wspomniany psycholog, nie ma tu łopatologii edukacyjnej. 

Jest w niej przekonanie, że warto reagować na cierpienie drugiego człowieka. Że warto słuchać. Że warto być obecnym. Père-Lachaise to zespół towarzyszący Człowiekowi. 

Dlatego jednym z najważniejszych zdań nowej płyty pozostaje:

„Nie będę milczeć, kiedy słyszę krzyki.” Ze Skowytu nagranego z Natalą Nosorowską. Choć nie wiadomo jeszcze czy utwór wejdzie na płytę.

To zdanie brzmi dziś niemal jak deklaracja programowa. Jednocześnie Père-Lachaise nie chce pozostawiać słuchacza wyłącznie z poczuciem katastrofy. Obserwuje świat i nazywa jednak nie krzyczy tylko by krzyczeć. Symboliczne wydaje się, że jednym z utworów poprzedzających nową płytę stał się właśnie dynamiczny „Kurs na kraksę”, nagrany na poznańską składankę My Name Is Poznań.

W jego refrenie pojawiają się słowa:

„Widzę cel i światło.” (Kurs na kraksę)

I może właśnie w tym zawiera się cała filozofia Père-Lachaise.

Widzieć świat takim, jaki jest. Nie odwracać wzroku od pożarów. Nie udawać, że wszystko jest dobrze. Nie milczeć, kiedy słychać krzyki. Ale mimo wszystko szukać światła. Nie spalać się w aktywizmie ale nie stać z boku.

Przed zespołem najbardziej intensywne lato w dotychczasowej historii grupy.

Już w ostatni weekend czerwca zagra na festiwalu Zew Się Budzi w Cisnej. Na wydarzenie został zaproszony przez Piotra Metza i Program Trzeci Polskiego Radia. W line-upie znalazły się również takie legendy alternatywy rockowej jak Variete i Closterkeller oraz znakomicie przyjmowana na świecie Trupa Trupa.

11 lipca muzycy pojawią się podczas Męskiego Grania w Poznaniu na scenie Radia 357.

Potem przyjdzie czas na powrót do Jarocina. Miejsca szczególnego. Nie tylko dlatego, że właśnie tam wydarzyły się najważniejsze rzeczy w dotychczasowej historii zespołu. Także dlatego, że Jarocin od początku pozostaje symbolem muzyki, która nie boi się zadawać pytań. Tu grupa chce w tym roku zdziałać więcej i kompletnie nie chodzi o sukcesy sceniczne. 

Na zakończenie wakacji Père-Lachaise zagra podczas FAMY w Świnoujściu. Dziś już szóstka z Gniezna jak nazwał ich Aleksander Olo Karwowski nie myśli o 10-tym miejscu i kilku tygodniach  na Liście Przebojów Trójki, które zajął kawałek Inna Polska

Po drodze będzie jeszcze premiera składanki Najmłodsza Generacja 2 wydawanej przez legendarne niezależne wydawnictwo Zima Records, składanka My Name is Poznań oraz dalsza praca nad albumem, który ma nosić tytuł „Spirala”.

To słowo dobrze opisuje sytuację, w której znalazł się dziś zespół. Jest jednak bardziej metodą budowania dramaturgii na płycie i odzwierciedleniem kondycji młodego człowieka XXI wieku. 

Bo wszystko zaczęło się od kilku ludzi próbujących opowiedzieć własną historię. Sześciu zupełnie innych ludzi z zupełnie innych „dobrych domów”. Dziś ta historia zatacza coraz szersze kręgi. Powoli Perlasze oddają miejsce w swojej opowieści na historie ludzi podobnych do siebie. 

A jeśli wierzyć nowym piosenkom Père-Lachaise, najciekawsze rzeczy dopiero zaczynają się wydarzać.

Zawsze jednak macierzystym portem jest Gniezno, tu w MOK odnieśli pierwszy „sukces” tu w C.K. eSTeDe znaleźli schronienie.

Oliwier Czajkowski – gitary

Filip Głowski – gitary, chórki

Jakub Grzechowiak – moog, elektronika

Tim Curtis – wokal

Michał Stefański – bas, chórki

Mikołaj Stopczyński – perkusja

napisał: Jarek „Tata Mixer” Mikołajczyk

zdj. Łukasz Walczak, Jarek Mikołajczyk grafiki festiwali.

Jarek Mikołajczyk
Jarek Mikołajczyk