Nie wszyscy aktorzy potrafią opowiadać. Daniel Olbrychski zdecydowanie umie w opowieść. I w anegdotę. Blisko dwie godziny w amfiteatrze Centrum Kultury eSTeDe w Gnieźnie minęły tak, jakby ktoś przewracał kolejne rozdziały historii polskiego kina.

Spotkanie zorganizowane przez Centrum Kultury eSTeDe w ramach projektu Wajdalizm, będącego częścią Festiwalu Wyobraźni, od pierwszych minut złapało właściwy rytm. Pytania Joanny Łacińskiej-Stube nie zamieniały się w klasyczny wywiad z gwiazdą. Były raczej zaproszeniem do świata wspomnień, ludzi i miejsc, które współtworzyły historię filmu. Olbrychski z tej propozycji skorzystał znakomicie.

Pierwsza część spotkania niosła tempo dobrej gawędy. Była gęsta od historii, pełna energii, ale jednocześnie ciepła i zaskakująco lekka. Nawet wtedy, gdy aktor sięgał po wspomnienia trudne, nie odbierały one opowieści naturalności. Nie było w tym maniery. Nie było potrzeby udowadniania własnej wielkości. Była za to pamięć o ludziach. Ich twarzy, charakterów, powiedzonek i gestów. Pamięć tego, czego nie zapisują filmografie ani encyklopedie. Był jeszcze głos. Ten charakterystyczny tembr, który sam potrafił prowadzić opowieść.
Wspomnienia prowadziły od Rafała Olbromskiego w Popiołach, przez Ziemię obiecaną, aż po Dyndalskiego w Zemście. Filmy pozostawały jednak jedynie drogowskazami. Tak naprawdę prowadziły do ludzi. Do historii z planów filmowych, atmosfery pracy i relacji, które z czasem przestawały mieścić się w prostym określeniu: aktor i reżyser.

To właśnie było wartością spotkania. Olbrychski nie opowiadał o własnej legendzie. Opowiadał: o pracy, o spotkaniach, o kinie, które rodziło się z rozmów, zaufania, sporów i wzajemnego szacunku. Im dłużej mówił, tym wyraźniej można było odnieść wrażenie, że bohaterami jego opowieści pozostają przede wszystkim ludzie, a nie ich pomnikowe biografie. Przywoływane anegdoty miały nie tylko ubarwiać narrację, ale także dopowiadać charakter ludzi i wydarzeń, o których mówił.
Olbrychski nie gawędził. Prowadził słuchaczy przez własną pamięć.
Jeśli pojawiały się nazwiska największych gwiazd światowego kina, nie służyły podkreśleniu własnej pozycji ani imponowaniu publiczności. W ustach wielu byłyby głównymi bohaterami opowieści. U Olbrychskiego pozostawały zaledwie epizodami. Robert De Niro, Jean-Paul Belmondo czy Meryl Streep pojawiali się naturalnie, bo byli częścią opowiadanej historii. Nie odwrotnie. Nie opowiadał historii po to, by zmieścić w niej wielkie nazwiska. Wielkie nazwiska pojawiały się dlatego, że były częścią historii. Opowieść naturalna… Autentyzm zapamiętania…

Jedna z najciekawszych anegdot dotyczyła właśnie Meryl Streep. Zanim rozpoczęła współpracę z Andrzejem Wajdą, obejrzała wszystkie jego filmy dostępne w Stanach Zjednoczonych. Chciała jak najlepiej przygotować się do pracy z polskim reżyserem. Dopytywała Olbrychskiego o Wajdę, teatr i aktorskie rzemiosło. Jak z uśmiechem wspominał aktor, była przy tym niezwykle serdeczna i… sama dolewała mu wódki. Ta zabawna scena mówiła jednak o czymś znacznie ważniejszym. O szacunku wobec twórcy, ciekawości i pokorze wobec zawodu. Cechach, które – niezależnie od szerokości geograficznej – pozostają wspólnym mianownikiem naprawdę wielkich artystów.
Kilka lat później spotkali się ponownie. Tym razem Meryl Streep była już wielką gwiazdą i laureatką Oscara za Sprawę Kramerów. Zmieniła się jej pozycja. Nie zmienił się szacunek, z jakim odnosiła się do Daniela Olbrychskiego a przede wszystkim Wajdy. Także ta historia wiele mówiła o niej samej.
Były opowieści o Francji, oscarowych galach, pracy za granicą i spotkaniach z ludźmi, których nazwiska od dziesięcioleci należą do światowego panteonu kina. Paradoksalnie jednak nie one stanowiły sedno tego wieczoru. Najważniejszy pozostawał człowiek. Pokora wobec zawodu. Szacunek dla partnerów. I pamięć, która z upływem lat nic nie straciła ze swojej żywotności.

Choć spotkanie odbywało się pod znakiem Andrzeja Wajdy, nie mogło zabraknąć pytania o rolę, która na zawsze wpisała Daniela Olbrychskiego do zbiorowej wyobraźni Polaków. O Kmicica. I wtedy opowieść wyraźnie zmieniła ton.
Olbrychski wrócił do czasu realizacji Potopu Jerzego Hoffmana. Nie mówił jednak o sukcesie filmu. Znacznie więcej miejsca poświęcił temu, co wydarzyło się wcześniej. Fali krytyki, jaka spadła na niego już po ogłoszeniu obsady. Listom pełnym nienawiści. Groźbom. Zarzutom, że nie ma prawa zagrać jednej z najważniejszych postaci polskiej literatury. Fala nienawiści nie narodziła się wraz z mediami społecznościowymi. Zmieniły się jedynie narzędzia. Jak podkreślał sam aktor, mechanizm pozostał zaskakująco podobny.
Po krótkiej przerwie spotkanie nabrało zupełnie innego charakteru. Joanna Łacińska-Stube zaprosiła na scenę Krystynę Demską-Olbrychską. Ciężar rozmowy naturalnie przeniósł się na wspólnie napisaną książkę Dary losu. Jeśli pierwsza część była podróżą przez historię kina, druga stała się opowieścią o wspólnym życiu. O wdzięczności. Za ludzi spotkanych po drodze, za przyjaźnie i za przypadki, które z perspektywy lat okazują się darami losu.

W tym miejscu warto też docenić zarówno prowadzącą, jak i sam pomysł Centrum Kultury eSTeDe. Joanna Łacińska-Stube prowadziła rozmowę z wyczuciem, nie próbując błyszczeć kosztem swoich gości. Zadawała pytania, które otwierały kolejne historie i pozwalały im wybrzmieć. Dzięki temu spotkanie nie było odpytywaniem z biografii, lecz prawdziwą rozmową. Z kolei wpisanie go w Festiwal Wyobraźni okazało się pomysłem trafionym. Wyobraźnia nie rodzi się przecież wyłącznie z fikcji. Czasem wyrasta z pamięci. Z umiejętności opowiadania o ludziach i wydarzeniach tak, że po latach znów stają się obecni.
Także tutaj nie zabrakło znakomitych anegdot. Jedną z najbarwniejszych opowiedziała właśnie Krystyna Demska-Olbrychska, odsłaniając kulisy słynnej akcji w warszawskiej Zachęcie. Jej relacja bardziej przypominała scenariusz filmu sensacyjnego niż wspomnienie rzeczywistego wydarzenia. To ona dzień wcześniej pojawiła się w galerii incognito, by sprawdzić, gdzie dokładnie wisi fotografia męża na kontrowersyjnej wystawie. Następnego dnia na miejscu czekała już Jolanta Pinkowska z ekipą telewizyjną. Daniel Olbrychski wszedł do galerii z szablą ukrytą pod płaszczem.
Problem nie polegał na samym pokazaniu wybitnych aktorów w mundurach III Rzeszy. Polegał na wyrwaniu ich filmowych kreacji z kontekstu i wykorzystaniu ich bez zgody sportretowanych oraz właścicieli praw do filmów. Tak przynajmniej widział to Olbrychski i właśnie przeciwko temu postanowił zaprotestować.

Cała historia zyskała jeszcze jeden filmowy wymiar. W ferworze akcji spod szabli nie uszedł także portret Jean-Paula Belmondo. Dopiero po wszystkim Olbrychscy zadzwonili do francuskiego aktora, uprzedzając go o całym zajściu. Belmondo miał odpowiedzieć krótko: „Gdybym był w Warszawie, rąbałbym z tobą Danielu”. Było w tej postawie Olbrychskiego coś z dawnych kodeksów honorowych, coś z filmowego temperamentu. Było też coś z Kmicica.
Pytania publiczności dopełniły obraz bohatera tego wieczoru. Było miejsce zarówno na wspomnienie Maryli Rodowicz, z którą przed laty łączył go głośny związek, i odpowiedź, że ulubioną piosenką pozostaje „Małgośka”, jak i na pytania o to, jakim Daniel Olbrychski jest mężem i dziadkiem. Te pytania do pani Krystyny. Rozrzut tematów był spory, ale właśnie dzięki temu udało się zobaczyć aktora z zupełnie innej perspektywy. Nie tylko jako jednego z najwybitniejszych polskich aktorów, lecz przede wszystkim jako człowieka z krwi i kości. Świadomego, że popularność nie zwalnia z odpowiedzialności za słowa. Nie-unikającego wyrażania własnych poglądów, nawet jeśli ich cena bywa wysoka a czasem przeradza się falę hejtu.
Zapytany o spełnione marzenia odpowiedział bez wahania. Aktorskie marzenie niemal każdego mężczyzny w tym zawodzie spełnił bardzo wcześnie. Zagrał Hamleta jako młody aktor.
Pozwolę sobie na jeszcze jeden, bardzo osobisty margines tej opowieści. Margines, który – jak sądzę – mówi o Danielu Olbrychskim równie wiele, jak wszystkie anegdoty usłyszane tego wieczoru.
Był 1993 rok. Symfonia Varsovia pod batutą Krzesimira Dębskiego, przy fortepianie mistrz Adam Makowicz. Czasy, gdy na koncerty będąc z Miodowej można było wejść za symboliczną złotówkę tyle kosztowała wejściówka. Stałem przy samych drzwiach. Kilka sekund po rozpoczęciu koncertu otworzyły się energicznie. W pierwszym odruchu zdążyłem już pomyśleć coś niezbyt eleganckiego o spóźnialskim. Nie dokończyłem tej myśli. Wchodzący Daniel Olbrychski niemal bezgłośnie wyszeptał do stojących przy wejściu: „Najmocniej przepraszam. Prosto z próby. Przepraszam, korki”. Żadnej pozy. Żadnego przekonania, że jemu wolno więcej. Potem, ramię w ramię, student zaoczny i mistrz kompletnie się rzecz jasna nie znając słuchali na stojąco Adama Makowicza.

Po spotkaniu w eSTeDe została mi się jeszcze jedna scena. Daniel Olbrychski podpisywał książki. Podałem mu winyl Daniel Olbrychski recytuje Strofy romantyczne. Spojrzał z zaciekawieniem, odwrócił okładkę i uśmiechnął się: „A, tak… Nie wiedziałem, że ludzie mają to jeszcze w domach”.
I chyba właśnie dlatego wtorkowy wieczór w eSTeDe zostanie w pamięci na długo. Nie dlatego, że do Gniezna przyjechał wielki aktor. Tu nie było Misia z Krupówek. Dlatego, że przez blisko dwie godziny słuchaliśmy Człowieka, który potrafi własną pamięć zamienić w opowieść. A kiedy na chwilę sam staje się bohaterem tej opowieści, wciąż pozostaje tym samym człowiekiem, który przed laty potrafił cicho powiedzieć: „Najmocniej przepraszam. Prosto z próby”.
Tekst: Jarek Mixer Mikołajczyk
Zdjęcia Aleksandra Kulczak
