Skip to main content

Nie o tym, co kiedyś było, ale o tym, dlaczego Jarocin wciąż ma sens.

Nekrologi dla Jarocina pisane są od lat

 |  Jarek Mikołajczyk  | 

Historia ma dziwną właściwość. Najczęściej nie przegrywa z upływem czasu. Znacznie częściej przegrywa z własnym mitem. Im bardziej jakieś miejsce obrasta legendą, tym mniej pamiętamy je takim, jakie było naprawdę. Coraz częściej wspominamy je takim, jakim chcielibyśmy je pamiętać. Zostają emocje, zapach mokrej trawy, kilka koncertów, twarze ludzi, z którymi spędziło się najważniejsze dni młodości. Znikają niewygody, codzienność i kontekst. W pewnym momencie legenda zaczyna żyć własnym życiem i domaga się, by rzeczywistość nieustannie się do niej dostosowywała.

Jarocin od lat jest ofiarą właśnie tego zjawiska.

Nie znam drugiego festiwalu, któremu z taką regularnością wystawiano by akty zgonu. Praktycznie każda edycja przynosi głosy, że „to już nie ten Jarocin”, że „duch umarł”, że „została tylko komercja”. Czasem słyszę takie opinie od ludzi, którzy od dekad tu wracają. Czasem od takich, którzy znają Jarocin wyłącznie z opowieści albo internetowych dyskusji. Paradoks polega na tym, że ten rzekomo zmarły festiwal od ponad czterdziestu lat uparcie odmawia współpracy z autorami własnych nekrologów.

Może więc zamiast po raz kolejny pytać, czy Jarocin jeszcze żyje, warto zadać pytanie zupełnie inne.

Dlaczego tak bardzo zależy nam na tym, żeby go pogrzebać?

Tegoroczna dyskusja wokół hasła „Stop komercjalizacji Jarocina” uświadomiła mi, że coraz częściej spieramy się nie o współczesny festiwal, lecz o własne wspomnienia. W jednej rozmowie mieszają się trzy zupełnie różne porządki. Pierwszy to sentyment za dawnymi czasami. Drugi – konkretne i często uzasadnione uwagi dotyczące organizacji, infrastruktury czy programu. Trzeci zaś to lokalna polityka, która z muzyką ma niewiele wspólnego, choć chętnie korzysta z emocji, jakie muzyka wywołuje.

Największy problem polega jednak na czymś innym. Mam wrażenie, że znacznie częściej niż z komercjalizacją mamy dziś do czynienia z mitologizacją Jarocina.

Pamięć jest wybiórcza. Zachowuje to, co piękne, a zaskakująco skutecznie usuwa z obrazu wszystko, co niewygodne. Pamiętamy atmosferę pola namiotowego, ale już nie prowizoryczne umywalnie z kilkoma kranami dla kilku tysięcy ludzi. Pamiętamy wolność, ale zapominamy o chlebie z serkiem topionym, konserwach, mleku i wyprawach po piwo do Miłosławia. Pamiętamy błoto, ale coraz rzadziej przypominamy sobie, że wtedy nie było ono żadnym symbolem autentyczności. Było po prostu błotem. Tak samo jak siermiężność nie była świadomym wyborem organizatorów ani uczestników. Była codziennością Polski Ludowej.

Piszę to jako człowiek, który od 1983 roku obserwuje Jarocin z bliska. Nie po to, by odbierać komukolwiek prawo do wspomnień. Sam do nich wracam. Chcę jedynie powiedzieć, że bardzo łatwo pomylić autentyczność z niewygodą. Bardzo łatwo uwierzyć, że skoro kiedyś było trudniej, to musiało być również prawdziwiej.

A przecież nie o to chodzi.

Można jednocześnie uważać, że infrastruktura wymaga poprawy, że pole namiotowe powinno być lepiej zorganizowane, że jedne decyzje programowe były trafione, a inne mniej. To jest normalna rozmowa o festiwalu. Trudniej natomiast zgodzić się z tezą, że wszystko, co kosztuje, jest przejawem komercjalizacji. Nie da się oczekiwać standardów XXI wieku i jednocześnie marzyć o realiach roku 1984. Tego świata zwyczajnie już nie ma. Nie ma tamtej Polski. Nie ma tamtych dwudziestoletnich nas.

I może właśnie dlatego coraz częściej dochodzę do wniosku, że zadajemy niewłaściwe pytanie. Nie powinniśmy pytać, czy Jarocin jest jeszcze taki jak kiedyś. Powinniśmy zapytać, czy nadal potrafi tworzyć pamięć? Czy za trzydzieści albo czterdzieści lat ktoś będzie wspominał rok 2026 z takim samym wzruszeniem, z jakim dzisiaj wspominamy własne pierwsze festiwale?

Odpowiedź przyszła do mnie zaskakująco szybko. Nie pod główną sceną. Nie podczas koncertu. Przyszła w Spichlerzu.

II. Spichlerz. Tam, gdzie pamięć przestaje być archiwum

Od kilku lat jest to dla mnie jedno z najważniejszych miejsc festiwalu. Paradoksalnie właśnie dlatego, że nie konkuruje z żadną sceną. Tutaj muzyka przestaje być wyłącznie dźwiękiem. Staje się opowieścią. O ludziach, o czasie, o przyjaźniach i o pamięci. O glanach, które ktoś zachował przez czterdzieści lat. O czapce Budzego. O fotografiach, kasetach, plakatach i historiach, które nagle okazują się ważniejsze od dat zapisanych w kronikach. Spichlerz ten mój, to wiadukt kolejowy, glany Renaty Przemyk, to wizja Roberta Kaźmierczaka i praca Julki Talarczyk.

Coraz częściej odnoszę wrażenie, że bez takich miejsc Jarocin byłby po prostu świetnie zorganizowanym festiwalem muzycznym.

A przecież nigdy nie był tylko tym.

Piątkowe popołudnie pokazało to wyjątkowo wyraźnie. Premiera nowej płyty Acapulco, pokaz „Krótkiego filmu o Jarocinie”, kilka minut mojego improwizowanego monodramu na tekście Adama Martuzalskiego. Na pierwszy rzut oka wydarzenia zupełnie od siebie różne. A jednak układały się w jedną opowieść. Nie o jednym zespole. Nie o jednym koncercie. O pamięci, która nie chce zostać zamknięta w archiwum.

Monodram to zresztą zbyt poważne słowo. Jeśli był to teatr, to chyba najbardziej punkowy z możliwych. Kilkanaście minut improwizacji. Kilkanaście minut szukania wspólnego języka z ludźmi, którzy przecież przyszli tam nie dla mnie. A jednak słuchali. Śmiali się. Dopowiadali własne historie. W pewnym momencie zorientowałem się, że bardziej niż o przeszłości opowiadamy o tym, co wciąż trwa.

Na sali siedzieli ludzie ważni dla mojego własnego Jarocina. Przyjaciele z Père-Lachaise. Waldemar Profesor Kuligowski. Przez chwilę przewinął się Grzegorz Kaźmierczak. Dopiero później dotarło do mnie, że gdzieś pod jedną z belek stał także Zgniły – pierwszy punk, którego poznałem w Gnieźnie. Minęliśmy się wzrokiem, nie zamieniliśmy ani słowa. A jednak jego obecność dopowiedziała fragment historii, której nie dałoby się wcześniej zaplanować.

Tak właśnie działa pamięć.

Najmocniej zapamiętałem jednak prezentację nowych teledysków zbudowanych z archiwalnych materiałów filmowych. W pewnym momencie przestałem myśleć o montażu, muzyce czy technice. Patrzyłem na twarze ludzi sprzed trzydziestu i czterdziestu lat. Wielu z nich pewnie nadal przyjeżdża do Jarocina. Wielu już nie. Niektórych zapewne nie ma między nami. A jednak wszyscy na chwilę wrócili.

Nie jako muzealne eksponaty.

Jako współautorzy nowej opowieści.

No a po Spichlerzu – Patyczak na czarnej scenie. Tak jakoś zawsze mu wierzę. To dla mnie ważne. Właśnie wtedy wróciła do mnie myśl Pierre’a Nory. Miejsca pamięci nie istnieją po to, by historię zakonserwować. Istnieją po to, by ją nieustannie odczytywać na nowo. Jeśli nie stają się impulsem do dopisywania kolejnych rozdziałów, zamieniają się we własne zaprzeczenie. Stają się pomnikami, przy których składa się kwiaty i zapala znicze, ale coraz mniej osób pamięta, dlaczego.

Patrząc na stare kadry wpisane w nowe piosenki pomyślałem, że właśnie taki Jarocin chciałbym oglądać.

Nie udający roku 1984. Nie odgrywający własnej legendy. Taki, który z szacunkiem patrzy wstecz, ale jeszcze uważniej patrzy przed siebie. Pokazuje stare zdjęcia. I jednocześnie robi nowe.

III. Jarocin nie odbywa się tylko w Jarocinie

To zresztą nie dotyczy wyłącznie Spichlerza. Coraz częściej dochodzę do wniosku, że Jarocin nie odbywa się tylko w Jarocinie. Każdy przywozi tutaj własne miasto. Własne Gniezno. Własny Poznań. Własny Lublin. Własny Gdańsk. Własny Drohiczyn.

Przywozi ludzi, z którymi dorastał. Przywozi historie, które wydarzyły się gdzie indziej. Przywozi przyjaźnie, pierwsze zespoły, pierwsze fascynacje, pierwsze rozczarowania. Dlatego nigdy nie miałem poczucia, że jadę na festiwal do obcego miasta. Raczej do miejsca, w którym raz w roku spotykają się setki innych miast. To one współtworzą atmosferę równie mocno jak zespoły wpisane do programu.

Być może właśnie dlatego Jarocin tak trudno opowiedzieć. Nie istnieje jeden Jarocin. Jest ich tyle, ile par oczu. Tyle, ile uszu. Tyle, ile serc.

Mój Jarocin zaczął się wcześniej niż pierwszy bilet kupiony na festiwal. Zaczął się od kaset przegrywanych do utraty jakości, od audycji radiowych, od ludzi, którzy pokazywali mi, że muzyka może być czymś więcej niż rozrywką. Kiedy w 1983 roku po raz pierwszy przyjechałem tutaj jako nastolatek, nie przypuszczałem, że po ponad czterdziestu latach nadal będę wracał z tym samym uczuciem ciekawości. Nie nostalgii. Ciekawości.

Bo za każdym razem spotykam tu trochę inny świat. W tym roku znowu spotykałem również Gniezno.

Nie tylko dlatego, że na scenie pojawiło się Père-Lachaise. Gniezno było obecne także w rozmowach, przypadkowych spotkaniach, uściskach dłoni i spojrzeniach ludzi, z którymi od lat przecinają się moje drogi. Z satysfakcją patrzyłem również na spotkanie z Lechem i Bożeną Janerkami oraz Grzegorzem Brzozowiczem, prowadzone przez Tymka Mikołajczyka. Tak, mojego syna. Przez chwilę łatwiej było mi jednak patrzeć na niego nie jak na syna, lecz jak na człowieka, który potrafił z wyczuciem oddać głos swoim gościom. To wcale nie jest dziś częsta umiejętność.

Wieczorem na scenie pojawiło się Père-Lachaise. Nie odebrałem tego jako lokalnego sukcesu. Pomyślałem raczej, że Gniezno od dawna dopisuje własny rozdział do historii Jarocina. I pewnie podobnie czują ludzie z wielu innych miast. Każdy ma tutaj własnych ludzi. Własne miejsca. Własne koncerty. Własne historie.

Nigdy nie powtórzy się rozmowa, którą odbyłem tutaj jako chłopak i która pomogła mi poskładać własny świat. Pierwszy raz zdarza się tylko raz. Ale to wcale nie znaczy, że podobna rozmowa nie wydarzy się dziś komuś innemu. Może właśnie w tej chwili, gdzieś między sceną a polem namiotowym, dwójka młodych ludzi prowadzi rozmowę, którą za czterdzieści lat będą wspominać jako jedną z najważniejszych w życiu.

I właśnie dlatego nie wierzę w relacje próbujące opowiedzieć Jarocin od początku do końca.

To niemożliwe. Każdy wywozi stąd własną opowieść. Dla jednych najważniejszy będzie ostatni koncert Lecha Janerki na jarocińskiej scenie. Dla innych energia Kyōku. Ktoś zapamięta powrót Houk. Ktoś koncert Dezertera. Będą wzruszeni Acid Drinkers, I jeśli trudno mi zrozumieć zauroczeni Farben Lehre. Będą spłakani przy hitach SzPAL…Ktoś odkryje Père-Lachaise albo Cafetraumę.

Ja sam z racji obowiązków zawodowych nie zostałem już na niedzielnych koncertach i wiem, że ominęły mnie wydarzenia, które dla wielu staną się najważniejszym wspomnieniem tej edycji.

I bardzo dobrze. Bo to znaczy, że Jarocin nadal nie jest gotową historią. Jest miejscem, w którym każdego roku powstają tysiące nowych.

IV. Festiwal, który wciąż potrafi odkrywać

Jeżeli jednak miałbym wskazać miejsce, w którym najlepiej sprawdza się, czy Jarocin rzeczywiście myśli o przyszłości, zaprowadziłbym każdego na Wielkopolskie Rytmy Młodych.

Odnoszę wrażenie, że przez lata trochę o nich zapomnieliśmy. Zbyt często traktowaliśmy je jak obowiązkowy punkt programu, sympatyczny dodatek do koncertów największych gwiazd. Tymczasem właśnie tam od początku biło jedno z najważniejszych serc tego festiwalu. Jarocin nie stał się legendą dlatego, że zapraszał wyłącznie wielkie nazwiska. Stał się nią dlatego, że potrafił je odkrywać, zanim stały się wielkie.

zdj. Remigiusz Kosmala

Kiedyś mówiło się o „kapelach jarocińskich”. Nie dlatego, że pochodziły z Jarocina. Dlatego, że właśnie tutaj naprawdę zaczynały istnieć. Występ podczas festiwalu otwierał drzwi do kolejnych koncertów, płyt i publiczności. Dzisiaj świat muzyki wygląda zupełnie inaczej. Zespół może zdobyć słuchaczy bez radia, telewizji czy dużej wytwórni. Tym bardziej jednak potrzebuje miejsca, które daje nie tylko zasięgi, ale przede wszystkim wiarygodność.

Łukasz Walczak

Patrząc na Père-Lachaise i Cafetraumę miałem poczucie, że ten mechanizm znowu zaczyna działać. Jeszcze rok temu byli laureatami Wielkopolskich Rytmów Młodych. Dzisiaj wrócili do Jarocina już nie jako zwycięzcy konkursu, ale jako zespoły, które mają publiczności coś do powiedzenia. To dla mnie znacznie ważniejsza wiadomość niż jakikolwiek ranking frekwencji.

Bo jeśli Wielkopolskie Rytmy Młodych znowu staną się miejscem, z którego naprawdę rusza się dalej, Jarocin odzyska jedną ze swoich najważniejszych cech.

Zdolność tworzenia przyszłości. Nie oznacza to oczywiście odwrócenia się od historii. Wręcz przeciwnie. Tegoroczny program pokazał, że historia i teraźniejszość mogą ze sobą rozmawiać bez kompleksów.

Powrót Houk nie był dla mnie sentymentalną wycieczką. Był przypomnieniem, że niektóre historie warto dopowiedzieć. Podobnie odebrałem koncert Gold Rock Band. Nie jako akademię ku czci Roberta Brylewskiego, lecz jako próbę zachowania jego obecności. Nie pomnika. Obecności. W świecie, w którym pamięć coraz częściej zastępuje się rocznicami, to różnica fundamentalna.

Potem przyszedł koncert Kyōku.

To był jeden z tych występów, które nie potrzebują żadnych historycznych podpórek. Czysta energia, świetnie zagrana muzyka i przekonanie, że oto stoi przed nami zespół, który nie ogląda się za siebie. Takie koncerty przypominają, że przyszłość nie rodzi się z jubileuszy. Rodzi się z odwagi.

Właśnie dlatego nie rozumiem prób przeciwstawiania legend młodym zespołom.

Przecież jedno bez drugiego nie ma sensu. Bez Janerki, Houk, Dezertera czy Brylewskiego trudno zrozumieć historię Jarocina. Ale bez Kyōku, KAST, Père-Lachaise, Cafetraumy i kolejnych laureatów Wielkopolskich Rytmów Młodych za kilka lat nie będzie już czego wspominać. WRM to też dzień Sad Smiles i ich wersji Siekiery. To „Kobiety Jarocina” Renata Przemyk i Anja Orthodox, które zaprosiły młode dziewczyny.

Legenda nie jest zamkniętym rozdziałem. Legenda jest procesem.

I chyba właśnie to najtrudniej zaakceptować. Wielu ludzi chciałoby, aby Jarocin pozostał dokładnie taki, jak wtedy, gdy przyjechali tu po raz pierwszy. Tyle że obok nich stoi dziś osiemnastolatek, dla którego właśnie ta edycja jest pierwszym Jarocinem w życiu.

Za czterdzieści lat będzie ją wspominał z takim samym wzruszeniem. Bo pierwszy raz zdarza się tylko raz. I bardzo dobrze. To znaczy, że historia wciąż trwa.

V. Między scenami

Przez lata przyzwyczailiśmy się oceniać festiwale głównie przez pryzmat line-upów. Kto zagrał. Kogo zabrakło. Kto był największą gwiazdą. Tymczasem z wiekiem coraz częściej dochodzę do wniosku, że o wartości takich miejsc decyduje coś znacznie trudniejszego do opisania.

Atmosfera. Nie ta pod sceną. Ta pomiędzy scenami.

Jarocin od lat ma szczęście do ludzi, którzy nie przyjeżdżają wyłącznie zaliczyć kolejnych koncertów. Rozmawiają godzinami w Spichlerzu, spotykają się na rynku, wpadają na znajomych niewidzianych od roku, dwóch, czasem od trzydziestu lat. Festiwal nie kończy się dla nich wraz z ostatnim bisem. Trwa jeszcze długo po zejściu muzyków ze sceny. Nie kończy się ostatnią zapowiedzią Edgara. Choć Hein robi to pięknie.

Może właśnie dlatego tak ważne były dla mnie tegoroczne spotkania autorskie.

Rozmowa z Lechem i Bożeną Janerkami oraz Grzegorzem Brzozowiczem nie była dodatkiem do koncertu. Była próbą zrozumienia człowieka, który od lat konsekwentnie idzie własną drogą. Tymek Mikołajczyk poprowadził to spotkanie z dużą kulturą. Nie próbował być ważniejszy od swoich gości. Nie ścigał się z nimi na anegdoty. Słuchał. Zadawał pytania. Pozwalał wybrzmieć ciszy. W czasach, gdy prowadzący coraz częściej chcą grać pierwsze skrzypce, to umiejętność naprawdę cenna.

Kilkanaście godzin wcześniej Lech Janerka wyszedł na scenę po raz ostatni w historii jarocińskiego festiwalu.

Nie chcę recenzować tego koncertu. Każdy słyszał go inaczej.

Ja odebrałem to przede wszystkim jako przypomnienie, że czas płynie również w świecie legend. Nie ma w tym nic smutnego. Taki jest porządek rzeczy. Jedni schodzą ze sceny z godnością. Inni właśnie na nią wchodzą.

Podobnie odebrałem koncert Dezertera. Na szczęście oni jeszcze nie schodzą.

Od lat imponuje mi, że ten zespół nie żyje wyłącznie własną historią. Nie gra dlatego, że publiczność chce jeszcze raz usłyszeć stare utwory. Nadal ma coś do powiedzenia. Nadal potrafi być niewygodny. Nadal nie zamienia się we własny pomnik.

I chyba właśnie to odróżnia żywe legendy od tych martwych.

Wracając z kolejnych koncertów coraz częściej myślałem jednak nie o muzyce. Myślałem o ludziach. O wolontariuszach. O ekipach technicznych. O realizatorach. O organizatorach. O przypadkowych rozmowach. O ludziach spotkanych na ulicach miasta.

Bo to oni, równie mocno jak artyści, współtworzą Jarocin. Przyglądałem się również Michałowi Wiraszce. Nie po to, żeby wystawiać mu laurkę. Jest na to zdecydowanie za wcześnie. Bardziej interesowało mnie, czy rozumie, że prowadzenie Jarocina nie polega wyłącznie na ułożeniu programu koncertów?

Mam wrażenie, że rozumie. Czy to wystarczy? Nie wiem. Jedna edycja nie daje prawa do ostatecznych ocen. Daje jednak prawo do nadziei.

Zwłaszcza wtedy, gdy widzi się człowieka częściej słuchającego niż przemawiającego.

kadr.org

Bo Jarocina nie da się prowadzić bez umiejętności słuchania. Słuchania ludzi, którzy pamiętają pierwsze edycje. Słuchania tych, którzy przyjechali pierwszy raz. Słuchania muzyków. Słuchania krytyki. Ale przede wszystkim słuchania samego festiwalu. Bo od ponad czterdziestu lat wydaje się mówić właściwie jedno: Nie próbujcie zrobić ze mnie pomnika. Pozwólcie mi żyć.

PS. Żałuje kilku punktów Konfy i paru koncertów, na których nie mogłem być.

Jarek Mixer Mikołajczyk

zdj. Jarek Mixer Mikołajczyk 1x Łukasz Walczak 1 x Remigiusz Kosmala i 1 x kadr.org

Jarek Mikołajczyk
Jarek Mikołajczyk