Skip to main content
Muzyczna wyobraźnia Szymona Brzezińskiego

Nadjutrze

 |  Jarek Mikołajczyk  | 

Są artyści, których kariery opisuje się zbyt prostymi hasłami. Są też tacy, których dorobek pozostaje w cieniu własnych kompozycji. Do tej drugiej grupy należy bez wątpienia Szymon Brzeziński. I właśnie dlatego koncert „Nadjutrze”, który wraz z Kingą Brzezińską zaprezentował w Centrum Kultury eSTeDe, miał w sobie coś więcej niż tylko walor muzycznego wydarzenia. Był przypomnieniem, jak wiele zawdzięcza mu polska muzyka art rockowa, progresywna i ilustracyjna.

W Gnieźnie pamięta się jeszcze młodego Brzezińskiego występującego z Big Bandem pana Barszczewskiego. Potem był Abraxas, później Svann z Anią Orthodox. Były kompozycje filmowe, produkcje muzyczne, współpraca z Colinem Bassem z Camel, współpraca z Krzysztofem Ścierańskim – jednym z największych basistów w historii polskiego fusion. A jednak przez lata fenomen Abraxas opisywany był głównie przez pryzmat charyzmy Adama Łasy.

To zrozumiałe, ale niepełne.

Bo jeśli Łasa był twarzą zespołu, to Brzeziński pozostawał jego architektem. To on odpowiadał w większości za kompozycje, które do dziś wywołują ciarki. Najlepszym przykładem pozostaje „Pokuszenie”.

I oczywiście podczas sobotniego koncertu nie mogło go zabraknąć.

Kiedy zabrzmiały pierwsze dźwięki tego utworu, stało się jasne, że publiczność czekała właśnie na ten moment. „Pokuszenie” pozostaje jednym z najważniejszych utworów w historii Abraxas nie dlatego, że jest efektowne. Jest ważne dlatego, że pokazuje wszystko, co w twórczości Brzezińskiego najlepsze. Z jednej strony mamy tu progresywną konstrukcję, rozbudowane formy i ambicję kompozytorską. Z drugiej melodyjne pasaże i emocjonalność, które sprawiają, że muzyka trafia nie tylko do fanów rocka progresywnego.

Gdy wybrzmiała charakterystyczna gitarowa solówka Brzezińskiego, można było odnieść wrażenie, że czas na chwilę się zatrzymał.

Ale koncert nie był wyłącznie podróżą do przeszłości.

Przeciwnie.

Największe wrażenie robiło to, jak swobodnie Brzeziński porusza się po własnym muzycznym świecie. Świecie, w którym progresywny rock spotyka muzykę filmową, jazz, fusion i ambient. W którym David Gilmour podaje rękę Peterowi Gabrielowi, a nad całością unosi się duch artystycznej wolności, unosi się Brzeziński. Pozornie zamknięty w swojej hermetycznej bańce – płynie przez gatunki i emocje.

Momentami bywało wręcz gilmourowo. Zwłaszcza tam, gdzie gitara nie próbowała imponować szybkością, lecz budowała nastrój pojedynczymi dźwiękami. W innych fragmentach pojawiały się harmonie i przestrzenie przywołujące najlepsze dokonania Gabriela z okresu „So” czy „Us”. Nie były to jednak cytaty ani zapożyczenia. Raczej ślady podobnej muzycznej wrażliwości.

Jednym z najciekawszych momentów koncertu okazał się utwór wyraźnie skręcający w stronę fusion. Sam Brzeziński zapowiadał go jako coś delikatnie jazzowego, ale było w tym znacznie więcej. Duch Pastoriusa, klimat Ścierańskiego był tu wręcz namacalny. Bas przestawał być instrumentem akompaniującym i stawał się głównym bohaterem opowieści. Nie podtrzymywał rytmu. Prowadził narrację. Był instrumentem solowym w pełnym znaczeniu tego słowa.

To właśnie w takich chwilach widać było ogrom doświadczeń Brzezińskiego jako kompozytora i producenta. Nie interesowało go budowanie muzycznych fajerwerków. Interesowało go budowanie napięcia i plastyki dźwięków

Dlatego równie mocno działał „Księżycowy” ze Svann.

To był jeden z tych momentów, kiedy dramaturgia koncertu wyraźnie wzrosła. A jednocześnie był to utwór, w którym z najlepszej strony pokazała się Kinga Brzezińska.

I trzeba to powiedzieć jasno – jej wokal był jednym z atutów wieczoru.

Nie dlatego, że jest głośny. Nie dlatego, że imponuje skalą. Imponuje czymś znacznie trudniejszym. Kontrolą. To był pełen duet – skończony i czysty.

Szczególnie dobrze było to słychać w improwizowanych fragmentach koncertu. W jednym z nich skojarzenia z Dead Can Dance pojawiały się niemal automatycznie. Zwłaszcza kiedy głos Kingi Brzezińskiej zaczął funkcjonować bardziej jako instrument niż nośnik tekstu. Chwilami trudno było nie pomyśleć o Lisie Gerrard. W innych momentach pojawia się klimat znany z nagrań Cocteau Twins i charakterystycznej ekspresji Elizabeth Fraser. Byli i tacy, którzy upierali się przy podobieństwie do Dianmandy Galas. 

Co najważniejsze, nie było w tym ani grama naśladownictwa. Jeśli pojawiała się czytelność inspiracji, to nie kopiowała jej, a z niej wypływała. 

Była za to podobna umiejętność budowania emocji bez nadmiernej demonstracji możliwości technicznych. Kinga Brzezińska nie musi śpiewać wszystkiego pełnym głosem. Nie musi udowadniać słuchaczowi swoich umiejętności. Wystarczy kilka fraz, by stworzyć nastrój, którego nie da się podrobić. Podobnie Szymon Brzeziński bardzo nienachalnie pokazuje ze jest mistrzem. 

Wielką siłą koncertu okazała się również jego forma. Brzeziński bez wysiłku przechodził między instrumentami. Gitarę zamieniał na klawisze. Klawisze na perkusję. Chwilę później pojawiał się z basem. Wszystko odbywało się naturalnie i bez efekciarskich gestów. Jakbyśmy obserwowali człowieka mówiącego kilkoma muzycznymi językami jednocześnie.

Dopełnieniem całości było znakomicie przygotowane brzmienie i świetnie zaprojektowane światło. Nie był to koncert, który po prostu dobrze brzmiał. Był to spektakl dźwiękowy. Każdy element wydawał się częścią większej opowieści.

I właśnie dlatego trudno oprzeć się wrażeniu, że eSTeDe zrobiło coś bardzo ważnego. W czasach, gdy stawia się na łatwe i przewidywalne rozwiązania, zdecydowano się przypomnieć twórcę, który od dekad konsekwentnie rozwija własny język muzyczny.

A przecież Gniezno naprawdę ma się czym muzycznie chwalić.

Może właśnie dlatego tak żal, że to nie koncert „Nadjutrze” otwierał tegoroczny Festiwal Wyobraźni.

Bo jeśli istnieje wydarzenie, które byłoby adekwatne, to właśnie ten wieczór.

Jest dopiero połowa roku, ale kandydat do tytułu koncertu roku właśnie się pojawił.I nie mam najmniejszych wątpliwości, że za kilka miesięcy wielu uczestników będzie wspominało ten wieczór dokładnie tak samo. Jako jedno z tych wydarzeń, po których człowiek wychodzi z sali bogatszy niż do niej wszedł.

Jarek Mixer Mikołajczyk

Fot. eSTeDe

Jarek Mikołajczyk
Jarek Mikołajczyk

#Tagi