Mimoza – monodram Ewy Kaczmarek. Pamięć nie jest archiwum
Są takie spektakle, które nie próbują opowiadać historii — one ją próbują w nas doświadczyć. Nie rekonstruują, tylko dotykają, a raczej pozwalają dotknąć na poziomie empatii. Mimoza Ewy Kaczmarek należy właśnie do takiego teatru. Nie tyle mówi o przeszłości, co pozwala jej na chwilę znowu się wydarzyć w miokroskali a jednak tak by dotykała widza. Bardziej niż opowieścią jest doświadczeniem — bliskim, niemal na wyciągnięcie ręki, na uderzenie serca.

Punktem wyjścia są wspomnienia Stanisławy „Mimozy” Domagalskiej — uczestniczki Powstania Warszawskiego. Ale bardzo szybko okazuje się, że nie mamy do czynienia z klasyczną adaptacją. To raczej osobiste czytanie pamięci: własnej, zasłyszanej, odziedziczonej. Ewa Kaczmarek – Domagalska nie ukrywa swojej pozycji — przeciwnie, wprowadza ją w sam środek narracji. Mówi o spotkaniu z Mimozą. A zaraz obok pojawia się „Maciek mówi” — i to napięcie między pamięcią własną a pamięcią przekazaną przez bliską osobę a wreszcie pomiędzy segregatorami wspomnień bohaterki buduje dramaturgię spektaklu.
Bo Mimoza jest o pamięci, która nigdy nie jest pojedyncza. Składa się z głosów. Tu są co najmniej cztery: sama Mimoza — obecna poprzez swoje zapiski; Maciej — wnuk, który pamięta ją już nie jako bohaterkę, ale babcię; Ewa — próbująca tę historię opowiedzieć i zrozumieć; i wreszcie Warszawa — bohater widmowy, miasto, które trwa już tylko w opowieści. A przecież jest jeszcze Zbyszek, syn Mimozy, którego imię po niespełnionej Miłości.
Ten wielogłos zostaje zaskakująco precyzyjnie skondensowany w jednym z najprostszych rekwizytów: drewnianej literze W. Na początku wydaje się oczywista — W jak Warszawa, W jak godzina „W”, W jak wojna. Ale Kaczmarek wykonuje prosty, a jednocześnie niezwykle znaczący gest: odwraca znak. W staje się M. Mimoza. Miasto. Miłość. I nagle okazuje się, że ta historia nie jest tylko o przeszłości, ale o relacji — o tym, jak pamięć przechodzi w bliskość. Jak można pokochać wymarzone przez “babcię białe buciki w różyczki.

Najmocniejsze sceny rodzą się właśnie w przestrzeni przecięcia. Kiedy „Maciek mówi”, dostajemy Mimozę inną — nie z kart historii, tylko z życia. Babcię, która robi ozdoby świąteczne, która istnieje w codzienności, w powtarzalnych gestach. I wtedy zaczyna się coś więcej niż teatr przedmiotu — zaczyna się jego mała, intymna epika. Pisanko-bombki wykonane przez Kaczmarek ożywają, stają się lalkami, przejmują rolę bohaterów, niosą emocje, pamięć i relacje. To nie są rekwizyty. To są przedmioty teatru i życia jednocześnie — pulsujące, kruche, jednocześnie zaskakująco pojemne.
Zresztą przedmiotów jest tu więcej i każdy coś niesie — i każdy pracuje w rytmie. Letnie pantofelki, w których Mimoza poszła do powstania, wybijają tempo opowieści jak metronom pamięci. Ich stukot potrafi zamienić scenę w marsz, w apel, w rozkaz — albo w coś odwrotnego: w zawieszenie, w ciszę po wszystkim. Kaczmarek buduje dynamikę nie przez nadmiar, ale przez precyzję — przez napięcie między ruchem a zatrzymaniem.

To spektakl niezwykle rytmiczny. Są momenty niemal perkusyjne — kiedy aktorka wchodzi w frazę komend, meldunków, wojskowego pulsu. Są też fragmenty, które rozszerzają się do epickiej opowieści — jak historia schodzenia do piwnicy „żeby się bać”, opowiedziana z rozmachem, a jednocześnie bez cienia patosu. Ta epickość nie bierze się z wielkich środków, tylko z umiejętności nadania ciężaru słowu i obrazowi.
Są obrazy, które zostają pod powiekami. Scena na gramofonowym kole — jedna z najmocniejszych — gdzie marynarka staje się ukochanym, a dłonie grają emocje, których nie da się wypowiedzieć. To znowu teatr przedmiotu w najczystszej, a jednocześnie najbardziej poruszającej formie — kiedy materia zaczyna mówić więcej niż ciało.
Upadki, rewizje, różaniec, który trafia do muzeum — wszystko to układa się w narrację nie tyle o wojnie, co o próbie uchwycenia sensu. Ale też o tym, jak z fragmentów buduje się opowieść większa niż suma części.
I wreszcie momenty najprostsze, a przez to najbardziej poruszające. Historia koleżanki, która zamiast produktów na zupę kupuje różowe różyczki. Niby drobiazg. A jednak staje się jednym z kluczy do tej opowieści. Bo Mimoza jest o potrzebie piękna — nie mimo wojny, ale może właśnie dlatego, że wojna próbuje je odebrać.

Wspomnienia Mimozy są oszczędne, niemal pozbawione komentarza emocjonalnego. I właśnie dlatego działają. Kaczmarek nie gra wzruszenia — buduje je z detalu: dźwięku, rytmu, przedmiotu, pauzy. Kiedy wychodzi z roli i mówi do widzów wprost, kiedy przywołuje „Maciek mówi”, nie burzy iluzji — raczej zaprasza do współtworzenia tej postaci. To nie jest zamknięty portret. To proces.
W tle nieustannie powraca Warszawa. Nie monumentalna, nie symboliczna, ale konkretna: ulice, miejsca, pamięć topografii. Miasto, które — jak w herbertowskim obrazie — istnieje tak długo, jak długo ktoś je niesie w sobie. „Tędy przeszła Warszawa” — ten „napis” mógłby być nie tylko kontekstem, ale i skrótem całego spektaklu. Bo przecież nie chodzi tylko o miasto. Chodzi o tych, którzy je w sobie niosą. Warszawa zamknięta walizce pełnej gruzów, kamienie i kurz…Wracająca do domu, którego nie ma z Walizką Stanisława, jakże pięknie zagrane przez Ewę Kaczmarek-Domagalską to noszenie w walizce z sobą, bo trochę w sobie gruzów Warszawy.
Rzecz jasna same historie, wielokrotna bliskość śmierci, nie jednokrotne cudem jej uniknięcie pozwalają wierzyć ze pseudonim naznaczył Stanisławę Domagalską. Tu jednak nie spojlerujemy.
Formalnie spektakl pozostaje oszczędny. Prosta scenografia, światło, które buduje napięcie nalotów, muzyka obecna, ale nienarzucająca się. Wszystko podporządkowane jest temu, co najważniejsze: obecności aktorki.
A Ewa Kaczmarek jest w tej formie maestrą. Gra kameralnie, niemal do ucha, na granicy oddechu widza, a jednocześnie potrafi nadać tej opowieści rozmach — nie przez skalę, tylko przez intensywność.
Mimoza to teatr, który nie buduje pomników. Składa historię z drobiazgów. Z rzeczy znalezionych, zasłyszanych, zapamiętanych — i wprawia je w ruch. Taka pamięć, wyzwala, nawet gdy boli, ta pamięć to już nie rana – to blizna. Ten monodram to patriotyzm budowany przez to co ważne: przez letnie pantofle, różaniec tak ważny dla matki Mimozy, pierwszy po latach sylwester, rozmowy i przemilczenia, strach i brawurę, przez róże i te różowe co zamiast zupy i te białe na wymarzonych bucikach. Patriotyzm pamięci wybuchłej pomiędzy szeptem miłości a krzykiem meldunku. W ciszy. Mimoza – pamięć wreszcie przez pryzmat rodziny i bliskich.
Pamięć nie jest archiwum jest jak Mimoza.
Jest energią.
Jarek Mixer Mikołajczyk
foto: Maciej Domagalski
Mimoza, roślina która pamięta dotyk
Ta wyjątkowo czuła na dotyk roślina — mimoza wstydliwa — potrafi przy najlżejszym impulsie złożyć liście w ciągu kilku sekund. Reakcja jest natychmiastowa, niemal odruchowa. Jakby ciało rośliny pamiętało, że dotyk może być zagrożeniem.
To nie tylko efektowny mechanizm, ale przede wszystkim strategia przetrwania. Kiedy owad siada na liściu, ten nagle znika — zamyka się, odcina dostęp. Jeśli to nie wystarcza i intruz próbuje dalej, roślina odsłania kolejne warstwy obrony: sztywne włoski na łodydze i ogonkach liściowych. Czułość nie wyklucza tu odporności. Przeciwnie — jest jej pierwszym poziomem.
Najbardziej uderzający jest jednak moment skrajnej reakcji. Przy silniejszym bodźcu mimoza składa wszystkie liście wzdłuż łodygi i sprawia wrażenie zwiędłej, jakby nagle utraciła życie. To pozór. To strategia. Po kilkunastu, kilkudziesięciu minutach wraca do swojej formy — powoli, jakby odzyskała oddech.