Michaśka jest tylko jedna, albo niech żyje kamp!
Wbrew pozorom jednym z jaśniejszych punktów Festiwalu Fyrtel było spotkanie, które teoretycznie z lokalnym dziedzictwem ma bardzo luźne związki. Jednak jego pełen pasji duch, gdzie spotyka się idol i fanka rozmawiający o tym co bliskie w sztuce i życiu, był już jak najbardziej swojski.
Zaczęło się więc of powitania – barwnego i ognistego, które w stronę artystki i performerki oraz połówki duetu Siksa Alex Freiheit, skierował dyrektor Biblioteki Publicznej Miasta Gniezna Piotr Wiśniewski, i którego to instytucja była głównym prowodyrem całego Festiwalu. Następnie już Alex przedstawiła gościa, pisarza i… piosenkarza Michała Witkowskiego, który ponad 20 lat temu zadebiutował kontrowersyjną i znakomitą zarazem powieścią „Lubiewo”. I choć tytuł obecnego spotkania brzmiał „Po Autobiografii…”, czyli odnosił się do najnowszej książki, gdzie Witkowski cofa się do czasów swego dzieciństwa sprzed „Lubiewa” i której to sprzedaż ruszyła na dobre dopiero po zdobyciu nagrody Nike Czytelników w 2024 roku – to też wątków pojawiło się wiele.

Było więc o tym jak to jest „głośno zadebiutować” i „opisać wszystko”, a po sukcesie oraz oczekiwaniach odbiorców mieć problem ze stworzeniem kolejnego dzieła, co gość skwitował stwierdzeniem: – Dlatego po debiutach przerwy są tak długie. Było też o sposobie pisania w trzeciej osobie w „Lubiewie” i nie tylko czy traktowaniu swej pracy jak rzemiosła, projektu lub wręcz kieratu, jeśli myśli się choć trochę poważnie o możliwości utrzymania się z tego zajęcia. I wreszcie odbył się również „wielki powrót do przeszłości”, czyli do czasów sławy po wspominanej tu pierwszej publikacji, kiedy to dziennikarze potrafili przesiadywać pod domem pisarza czy rozpytywać sąsiadów o jego życie. Co ciekawe, ten temat świetnie też pokazał zmiany jakie dokonały się w sferze mediów przez ostatnie 20 lat, także jeśli chodzi o wynagrodzenia dla felietonistów, które potrafiły być osobną wypłatą i czego też doświadczył Witkowski po zdobyciu rozpoznawalności.



I wreszcie nie mogło również zabraknąć bohaterek i bohaterów książek autora, czyli lujów i ciot, których opisuje. Ci pierwsi, czyli nieświadomi swojej atrakcyjności, heteroseksualni mężczyźni, którzy najczęściej byli pracownikami fizycznymi, stawali się obiektem pożądania dla ciot. Te drugie zaś, będące homoseksualnymi facetami o powyższych preferencjach oraz używające często żeńskich imion (sam bohater spotkania identyfikował się jako Michaśka), próbowały więc zdobyć tych lujów. Wiązało się z tym mnóstwo różnych podchodów i zabiegów, ale też z pewnym stylem, który dziś nazywamy kampem i który żywo jest obecny nie tylko w „Lubiewie”, ale też w takich dziełach twórcy jak „Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej”, „Drwal” albo „Fynf und cfancyś”. Natomiast osobnym tematem stała się nowa, a może kolejna pasja Witkowskiego, choć na pewno rzecz, którą chciałby zrobić przed śmiercią, czyli zostać… piosenkarzem. Opowiedział więc o tym planie barwnie i szczerze, jak to tylko on potrafi, więc tym razem publiczność poczuła również cały ten kampowy klimat osobiście.
Fot. Paweł Bartkowiak