Miasteczko IMG – Fabularyzowany reportaż historyczny. Odcinek pierwszy Stypa

Bracia żegnali się przed dworcem, unikając spojrzeń spacerujących essmanów. Gnesen – Banhof wznosili w latach 70 XIX. wieku wspólnie: Wielkopolanie, Żydzi, Polacy i Niemcy. Wówczas burmistrzem Miasteczka był najlepszy w jego historii: Franz Xaver Machatius. Nikt wtedy nie pomyślał, że przyjdą dni, w których Wielkopolanie będą stąd uciekać by pomóc Polsce.


– Władek, muszę się przedrzeć. Nie będę stał bezczynnie… Powiedz coś… Zaopiekujesz się rodzicami?
– Braciszku nie bądź w gorącej wodzie kąpany. Wiesz przecież jak rodzice umierali ze strachu kiedy biłem się nad Bzurą.
– Ty miałeś swój wrzesień, a ja? Nasłuchujesz przecież radia, wiesz co się dzieje. Nic mi nie mówisz, ale ja wiem co robisz potajemnie. Jestem niewiele młodszy.
– Nie licz, że cię będę błogosławił i na Boga dawaj znać co u Ciebie, jak tylko dotrzesz na Węgry.

Zapewne padli sobie w objęcia, być może i łzy spłynęły po kalafach. Młodych, dzielnych, gotowych… Tak ich tu w Gnieźnie wychowali rodzice, ale i Liceum Chrobrego. Trzeba być dla ojczyzny akuratnym i nie mieć fefrów. Tu w Wielkopolsce, w której mało kto blubrał o wojnie, tu gdzie, sami sobie wolność wywalczyliśmy, gdzie nie było nienawiści do Szkiebrów, którzy niedawno do babki: Salz, Pfeffer und Mehl ausleihen. Gdzie szparowało się nie tylko bejmy ale i słowa.
– A przewodnika jesteś pewny?
Rzucił Władek jeszcze przez ramię. Nie nasłuchiwał nawet odpowiedzi. Zazdrościł bratu, a jednocześnie najchętniej sprałby go na kwaśne jabłko, zdjął portki i na gołych girach do domu posłał. Bił się z myślami, co mówić rodzicom. Przyśpieszył kroku, bana już dawno ruszyła. Nie chciał myśleć, że może ostatni raz objął brata – to było wspomnienie.

Teraz ostatniego marca 1941 roku, tulił w Polu na cmentarzu nad Świętoją urnę z prochami, które wydobył cudem z Oświęcimia. Nie zastanawiał się, czy to co zamknięto w zimnej puszcze to był rzeczywiście Tadek. Ważne, że rodzice choć w ten sposób ukoili ból. O swoich wątpliwościach mógł tylko rozmawiać z Heńkiem Nowakowskim, z którym chodził do szkoły i po części przeszedł kampanię wrześniową.
Ten chłodny marcowy dzień, pogrzeb na cmentarzu: bez ciała, bez słońca między drzewami, bez prawdziwej ceremonii, po cichu, jakby Tadek zrobił co złego. Jakby go proboszcz na harendzie przyłapał.
Władek nie miał wtedy bladego pojęcia – co dalej? Podtrzymując matkę ruszyli z ojcem ku domowi. Heniek szedł za nim. Lubił Tadka, podziwiał chłopaka, choć przecież swoje już o wojnie wiedział z walki pod dowództwem pana generała Kutrzeby. Jeszcze wtedy nie miał pojęcia, że przyjdzie czas gdy napisze:
“Władek został aresztowany 21 lipca 1942 r. i osadzony w areszcie śledczym przy ul. Franciszkańskiej. Wiadomość o jego aresztowaniu wstrząsnęła mną do głębi. Wiedziałem, że należy do tajnej organizacji, że działa, walczy. Sam pomagałem mu w kolportażu prasy podziemnej wśród ludności polskiej, razem z nim zrywałem znienawidzone afisze niemieckie ze słupów ulicznych. “Badania oskarżonych o przynależność do AK odbywały się przy akompaniamencie: wyzwisk, gróźb, świstów bykowców, które orały plecy młodych patriotów, znacząc je krwią.”

Nawet jeśli w napisanym po wielu latach przez Henryka Nowakowskiego o braciach Nowickich epitafium sporo podniosłości i rwącego serce patosu… Heniek miał do niego prawo. Wtedy jednak po pogrzebie Tadka, jeszcze o tym nie wiedział. Teraz dzielił ból z przyjacielem. Towarzyszem wrześniowych walk, kolegą z Chrobrego.
– Oni dostaną za swoje – powiedział Heniek żegnając się z państwem Nowickimi.

Z Władkiem umówili się na późniejszą wódkę. Wcześniej obiecał przyjść na stypę.
Nowiccy otrzymali od przyjaciół z południa wiadomość, że Tadek wpadł w górach, wtedy mieli nadzieję, że skończy się na więzieniu w Tarnowie. Tyle zresztą tylko wiedzieli, że wraz innymi, którzy chcieli przez Rumunię przedrzeć się do Francji wpadł i trafił do Tarnowa. Nie był jedynym z Gniezna, który chciał się przedrzeć do Camp de Coëtquidan. W tej przeprawie jednak nie miał bliskich towarzyszy. Rodzina należała do elity Miasteczka, mieli więc państwo Nowiccy rozeznanie ogólne, zwłaszcza, że Władek nasłuchiwał radiostacji londyńskiej. Wtedy jeszcze nie było obozu w Oświęcimiu. Wprawdzie Władek wspominał kiedyś przy kolacji o tym, że mówi się o podejrzanych pracach budowlanych w kilku miejscach na terenie okupowanej Polski. Sam chyba jednak jeszcze nie był pewien ich przeznaczenia. Nie chciał też niepokoić rodziców. To był przecież 1940 rok, nikt z gnieźnian nie miał już wątpliwości co do tego jak obchodzą się hitlerowscy szkiebrzy z tymi, którzy próbują działać na rzecz wolnej Polski. Żydzi w większości uciekli stąd przed wojną. Wielu z nich, jak synowie Ignaca Rogowskiego właściciela kamienicy przy Friedrichstrasse 1 dokonali konwersji. Eryk znajomy ojca młodych Nowickich, przeszedł na protestantyzm, a Alfred ożenił się z Polką i stał się katolikiem by ratować życie. Z Niemcami też nie było tak źle. Ci którzy mieszkali tu od lat, dla których Gnesen – Gniezno to było po prostu ich miasto, fyrtle i winkle, często na tyle na ile pozwalało im poczucie własnego bezpieczeństwa, nie utożsamiali się z hitlerowcami.

Nie każdy przestał być sąsiadem. Jeszcze wtedy zaraz po pogrzebie przyjaciółka pani Nowickiej Gertruda podeszła zapłakana na progu domu, przytuliła zrozpaczoną matkę, na klatce płakały razem. Pani Nowicka miała rozdarte serce po śmierci Tadka, i nawet powolne przyzwyczajanie się do myśli, że syn nie żyje, które towarzyszyło jej od dłuższego czasu nie było w stanie wyciszyć bólu. “Frau Truda” jak mówili Władek i Tadek jeszcze przed wojną na przyszywaną ciotę, wydusiła z siebie jedynie głębokie: Przepraszam. Właściwie nie wiadomo, czy bardziej przepraszała za Niemcy i Niemców i tę szaloną zbrodnię, czy za to, że zabrakło jej odwagi by stanąć obok przyjaciółki tam na cmentarzu niedaleko szkoły Schutzpolizei. Od kwietnia 1940 roku w Seminarium usytuowano pierwszą w Kraju Warty szkołę policyjna dla Volksdeutschów. Ta gęsta sytuacja trwałaby dłużej gdyby nie Władek.
– Mamo, ciociu ściany mają uszy, chodźcie do domu. Wszystkim nam teraz serce pęka, ale nie chcemy by szkiebry wzięli Frau Trudę pod lupę. Naturliś – uśmiechnął się z trudem jakby chciał ukoić emocje, które podskórnie targały wszystkim.
– Tak synku, naturliś masz racją. Przyniosłam coś mocniejszego – teraz Gertruda objęła ramieniem starszego syna przyjaciół i weszli do mieszkania.

Wszyscy milczeli na tej niecodziennej stypie. Oprócz rodziców, Władka, Heńka Nowakowskiego i Trudy wpadł też Zygfryd Gruszczyński. Oficer kulturalno-oświatowy Powstania Wielkopolskiego. Dystyngowany i elegancki mężczyzna, który jak głosi miejska legenda swoimi pismami, znajomością niemieckiego i prawa, niejednego wyciągnął z tarapatów. Mówiono też, że ponoć wylądował kiedyś Niemcom samolotem na berlińskim Aleksanderplatz. Zygfryd starał się też wyciągnąć Tadka, było już jednak za późno. Pisma dotarły do Tarnowa dwa dni po pierwszym w historii ludzkości transporcie do Auschwitz. To jednak dzięki niemu, jak mówił rodzicom Władek udało się wydobyć od Niemców prochy więźnia nr 143. Kiedy wspominano Tadka w tym małym gronie Zygfryd nie miał jeszcze pojęcia, że i jego życie zakończy się w Oświęcimiu. Całkiem niedługo. Póki co zostawmy historię numeru 20172.

Zygfryd opowiadał o “wybryku” bratanka. Bogdan jeszcze nie stał się bohaterem, to był raczej szczenięcy wybryk. Razem z kilkoma gzubami z Kareji wybrał się na Dalki przedrzeźniać jungsów z Hitlerjugen.
– No i powiem państwu, że miał więcej szczęścia niż rozumu. Rzucili w jakiegoś blondasa w mundurku kamieniem, aż mu krew z czoła pociekła. Pokrzyczeli: Hitlers kleine Mörder! Komm nach Hause kleine Schweine! Jakaś granatowa franca, dajcie wiarę Polak, bez urazy pani Gertrudo, ich zatrzymał. Byłoby kiepsko, gdyby nie to, że babka tego drugiego smarkacza była na volskliście – opowiadał.
– I co tak bez niczego ich puścili? – zapytała Nowicka. – Bez niczego, tak zupełnie to nie. Oberwali bykowcem, Bogdanowi ucho też naderwali… no ale strach pomyśleć – Zygfryd zawiesił głos. – No i dobrze jest mieć znajomych Szkiebrów czasem – powiedziała uśmiechając się pod nosem Gertruda. – Spojrzały na siebie z Nowicką. Rozpłakały się jednocześnie.
Heniek i Władek mieli wrażenie, że słyszą bicie serc obu kobiet.
– To straszne co się dzieje z nami… że też nie mogłam… nie mogliśmy pomóc Tadkowi – powiedziała drżącym głosem Frau Truda spoglądając wymownie na Zygfryda.
Grafolog i tłumacz – mimo, że twardy, pogodny, piękny mężczyzna w każdym calu też miał łzę w oku.
– To wypijmy za Tadka, niech mu tam lepiej będzie – przerwał niezręczność Władek. – I za nasze Gniezno naturlich – dodała Gertruda.
Kilku chłopaków z fyrtla stanęło pod oknami i właśnie teraz z ich gardeł popłynęło:

Anielski orszak niech twą duszę przyjmie,
Uniesie z ziemi ku wyżynom nieba,
A pieśń zbawionych niech ją zaprowadzi,
Aż przed oblicze Boga Najwyższego
.

Władek podszedł do okna. Chłopaki z lujówkami w rękach, stali nasztramowani jak na jakiejś zbiórce. Mimo, że część stała na bruku w za krótkich portkach i wypłowiałych jesionkach wyglądali jak doborowy oddział wojska. Choć nie oddali salwy, rodzice uchylając firankę w drugim oknie pomachali im nieporadnie, ale z widoczną wdzięcznością. Heniek, który dołączył do Władka, bez trudu rozpoznał kolegów Tadka i swoich. Był wśród nich między innymi Leonard Frąckowiak też rocznik 21, nieraz już podpadł hitlerowcom. Nie stawiał się w wyznaczonych miejscach pracy przymusowej, wdawał się w bójki z volksdeutschami. To on krzyknął w stronę okien: – We środę na 7.00 cicha msza u Fary!

Chłopcy rozbiegli się w różne strony, wciskając kaszkiety na głowy. Minutę później przejechała pod oknami Nowickich policyjna buda. – Mogłam im co dać, jakąś sznekę – rozpłakała się mama Tadka. – Mamo, to nie kolęda – uśmiechnął się ciepło Władek. – Pani Nowicka, oni już dawno z krótkich portek wyrośli. A na mnie już czas. Do widzenia. – dodał. – Do widzenia Heniek. Dziękujemy za wszystko – odpowiedział Nowicki. – Trzymaj się rzucił wychodzącemu Zygfryd. – A my Władek za godzinę tam gdzie zawsze? – Rzucił już w progu przyszły belfer. Kolega skinął jedynie głową. Nie minęło pół godziny rozeszli się wszyscy żałobnicy. Nowiccy posiedzieli jeszcze chwilę przy stole. Nikt jednak nie miał ochoty na rozmowę.

Heniek z Władkiem spotkali się nad Wenecją. Okolice jeziora wprawdzie były ulubionym miejscem spacerów Hitlerjugend, przez to jednak było tu najciemniej, jak pod latarnią. Heniek rozejrzał się wokół rozpiął płaszcz i podał flaszkę przyjacielowi. – Wybacz zaprosiłbym Cię do “eski”, ale tam teraz inne towarzystwo – powiedział Heniek. – No chyba byśmy się źle czuli – zaśmiali się obaj.


Pociągnęli bo głębszym łyku i ruszyli w stronę Świętoji, Wyjątkowo mówili niewiele. Szli od Kcyńskiej Łaty, nie chcieli spotkać patrolu. Tym razem nie była im potrzebna żadna awantura. Chcieli po prostu przemknąć na cmentarz, stanąć nad grobem I napić się tak po ludzku z Tadkiem. Młodszy Nowicki opowiadał im kiedyś, że chciałby być żegnany jak Cygan. Tadek kiedy był jeszcze jako dzieciak u rodziny w Pyzdrach, widział Romów kiedy pili z umarłymi. Opowiadał o tym jak rodzina cygańskiego króla piła z zmarłym przed laty królem. Każdy mężczyzna zanim wychylił kieliszek, jeden wlewał do grobowca. Towarzyszyła temu muzyka i śpiew. Zafascynowany, opowiadał o tym magicznym dla niego zdarzeniu przez kilka lat i przy każdej cmentarnej okazji. Czy był to 1 listopada, czy pogrzeb…

– Twoje zdrowie Cygański Królu! – pierwszy wzniósł flaszkę Heniek i chlusnął w świeżo wykopany grób. Władek wyjął harmonijkę ustną, zagrał jakąś prostą melodyjkę. – Wybacz Tadzik śpiewał nie będę bracie. Oparł się o krzyż przechylił butelkę i pociągnął resztę wlewając w świeży kopiec tuż obok krzyża. Potem postali z Henrykiem w milczeniu. Spojrzeli na siebie, bardzo wymownie. – To co czas na odwet? – zapytał Heniek. – Odwet – odparł bardzo poważnie Nowicki, zapiął jesionkę i postawił kołnierz. Szczęśliwie wracając nie natrafili esesmanów, bo byli tak naładowani gniewem i goryczą, że wystarczyłoby krzywe spojrzenie i znów wpadli by w łapska hitlerowców.

Ciąg dalszy nastąpi

Tekst Jarek Mikołajczyk
Konsultacja literacka Dawid Jung
Odcinek pierwszy fabularyzowanego reportażu historycznego oparty jest o wspomnienia Henryka Nowakowskiego i wspomnienia rodziny Zygfryda Gruszczyńskiego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


© All rights reserved. Powered by Liber Media.

Do góry