Skip to main content

Gniezno pokazuje, że potrafi opowiadać o historii – pięknie, choć momentami zbyt głośno

Korona. Polska Korona

 |  Jarek Mikołajczyk  | 

W piątkowy wieczór katedra gnieźnieńska – zwykle surowa, monumentalna – zajaśniała światłem i dźwiękiem w sposób, który trudno porównać z jakimkolwiek innym wydarzeniem tegorocznych obchodów tysiąclecia koronacji Bolesława Chrobrego. Choć widowisko na placu św. Wojciecha grane latem, zdecydowanie było bliższe historii i wolne od polityki historycznej. „Korona. Polska Korona” okazała się koncertem, który chce mówić o historii szeroko, emocjonalnie i z rozmachem. Czasem aż za bardzo, bo samo miejsce niesie w sobie podniosłość, której nie trzeba wzmacniać słowami. Tu w katedrze głośniejsza powinna być historia niż mówienie o niej – akustycznie wszak to miejsce doskonałe i szept mógłby budować dynamikę.

To jednak wieczór, który zapamiętuje się przede wszystkim muzycznie.

Muzyka, która oddycha historią

Grott Orkiestra w znakomitej formie udowodniła, że można połączyć respekt wobec materiału z nowoczesnym brzmieniem. Aranże Michała Grotta pozwoliły starym pieśniom rozwinąć się na nowo, bez rekonstrukcyjnego ciężaru i bez popadania w niepotrzebną teatralność, której w warstwie słownej momentami było zbyt wiele.

Ważnym symbolem tego wieczoru było to, że w katedrze zabrzmiały dawne i obecny hymn Polski. Od prastarej, pełnej powagi „Bogurodzicy”, przez „Boże, coś Polskę” – w przejmującym wykonaniu Haliny Młynkowej – aż po Mazurek Dąbrowskiego, którego pojawienie się zbudowało czytelną oś: historia polskich hymnów wybrzmiała tu jako żywa linia ciągłości, a nie szkolna akademia.

Momenty, które zostają pod skórą

Skubas w „Miejcie Nadzieję” – absolutnie poruszający, jakby słowa nagle nabrały współczesnej ostrości. Maja Kleszcz – głęboka, emocjonalnie prawdziwa, niosąca w głosie kruchość i siłę jednocześnie. Staś Kukulski – zjawiskowy, naturalny, bez wysiłku przyciągający uwagę. I wreszcie „Pieśń Konfederatów Barskich”, która mimo ideowej kontradykcji z kontekstem koronacyjnym zabrzmiała świetnie – choć linijka „Nigdy z królami nie będziem w aliansach” uniosła się nad nawą katedry lekkim, nieplanowanym uśmiechem dysonansu.

Korony – raczej symbol niż rekonstrukcja

Trzy korony ustawione w przestrzeni katedry były bardziej scenograficzną metaforą niż próbą wiernego odtworzenia koron Chrobrego, Kazimierza Wielkiego czy Rychezy. Nie miały ambicji rekonstrukcyjnych – i to dobrze, bo trudno byłoby je spełnić. Szkoda jednak, że nie wykorzystano wzoru pięknej, funeralnej korony Kazimierza Wielkiego, której znakomita replika znajduje się w gnieźnieńskim muzeum. Jej forma niosłaby więcej autentycznej siły niż sceniczne domniemania.

Narracja — mocna, lecz zbyt napuszona

Największy dysonans wieczoru nie leżał w intensywności opowieści, lecz w jej formie .Prowadzenie było zbyt napuszone, nadmiernie patetyczne, jakby nie ufało, że muzyka, a przede wszystkim sama katedra potrafią unieść powagę jubileuszu. Wszak nie bez powodu Prymas Wojciech Polak nazywa katedrę Aulą Koronacyjną. 

Gniezno nie potrzebuje przeładowanych fraz; wystarczy mu światło, głosy i przestrzeń bazyliki, które same tworzą uroczystość. Zwłaszcza że opowieść o „trzech koronach” pozostaje mocno umowna, tak jak ich sceniczne interpretacje.

Dodatkowo wplecenie pieśni o św. Stanisławie – przeciwniku korony i Bolesława Szczodrego – zabrzmiało obok tematu, szczególnie w przede dniu roku, w którym ta (Bolesław Śmiały/Szczodry) postać wraca do historycznej debaty z nową siłą.

Najbardziej problematyczna okazała się jednak „Pieśń Wojów”. Styl Niemena jest niepodrabialny – i nie ma w tym nic złego. To, co Czesław niósł jako charyzmę, nie jest skalowalne i nie klonuje się – nie uda się nikomu oprócz niego.

Wydarzenie ważne, piękne, chwilami przegadane

„Korona. Polska Korona” to koncert wykonawczo świetny, wizualnie zachwycający, a momentami głęboko wzruszający. Gnieźnieńska katedra była tego wieczoru pięknie wyświecona – monumentalna, błyszcząca, a jednocześnie ciepła. Kolory konfesji nad relikwiami św. Wojciecha i przywrócone nie tak dawno w łukach kolumn były w pięknie reżyserowanych światłach najlepsza narracją miejsca. 

Muzeum Historii Polski, Miejski Ośrodek Kultury oraz Miasto Gniezno stworzyły wspólnie wydarzenie godne jubileuszu. Nieco przedwczesne jako zamknięcie roku obchodów, miejscami stylistycznie przesadzone – ale wciąż ważne, przemyślane i przygotowane z ogromną troską o poziom artystyczny. Mimo braku filarów polskiej muzyki i mega gwiazd.

Najważniejsze jednak, że tego wieczoru wybrzmiało mocno i jasno coś, co w Gnieźnie słychać od tysiąca lat: tu wszystko się zaczęło.

I dobrze, że potrafimy tę historię opowiadać – nawet jeśli czasem mówimy ją odrobinę zbyt głośno.

Jarek Mikołajczyk

Jarek Mikołajczyk
Jarek Mikołajczyk