Ilustrować na własnych zasadach
Z Jarosławem Gryguciem, grafikiem oraz ilustratorem – o początkach wizualnej pasji, realizowanych projektach, zamiłowaniu do popularyzacji nauki i historii, sztuce oraz obchodach 1000-lecia koronacji królewskich pierwszych Piastów w Gnieźnie – rozmawia Kamila Kasprzak-Bartkowiak.
Kamila Kasprzak-Bartkowiak: Od najmłodszych lat lubiłeś rysować? Czy to zajęcie pojawiło się zdecydowanie później?
Jarosław Gryguć: Wydaje mi się, że rysowałem od najmłodszych lat, choć pamiętam jedynie pojedyncze przejawy tej aktywności. Bardzo lubiłem komiksy, które nie tylko czytałem, ale też kopiowałem rysunki ulubionych bohaterów, na przykład Kajka i Kokosza.
Pamiętam również zdjęcie z wystawy szkolnych prac plastycznych, gdzie rysunki innych dzieci były jeszcze bardzo schematyczne, a mój wyróżniał się większą szczegółowością i realizmem. Czasami obracało się to przeciwko mnie. Nie wygrałem pewnego konkursu plastycznego, bo jury uznało, że moja praca jest zbyt dobra, by mogło ją stworzyć dziecko.

K.K.-B.: Podstawa to wykształcenie czy może ciągła praca nad umiejętnościami? Jak z perspektywy czasu patrzysz na swoją profesję projektanta graficznego oraz ilustratora?
J.G.: Moje studia artystyczne przypadły na czas przemian ustrojowych. Uczelnie były wtedy jeszcze mocno nastawione na kształcenie artystów warsztatowych, nie komercyjnych, a ja widziałem siebie raczej w tej drugiej roli. Do tego, może z przyczyn środowiskowych, nie potrafiłem w pełni wykorzystać możliwości, jakie dawała uczelnia, ani otworzyć się na świat sztuki.
W rezultacie na studiach nie nauczyłem się niemal niczego, co później przydałoby mi się w pracy. Ta sytuacja jednak zmusiła mnie do wypracowania własnych technik i rozwiązań, więc to było ciekawe. Może nawet wolę tę ścieżkę rozwoju.
K.K.-B.: Pamiętasz swoje pierwsze zlecenie? I czy już wtedy wiedziałeś, że ze sztukami wizualnymi chcesz związać swoją przyszłość?
J.G.: To było zlecenie na ilustracje do publikacji dla dzieci pt. „Dzieje wojska polskiego od czasów Mieszka po dzień dzisiejszy”. Malowałem postacie żołnierzy z różnych epok. Od dziecka interesowałem się historią i militariami, więc temat był dla mnie wprost wymarzony. Potem przygotowywałem jeszcze ilustracje do kilku podobnych tytułów. Niestety, trudno było się z tego utrzymać, bo rynek książki działał wówczas na dość „zbójeckich” zasadach. Przez kolejne lata pracowałem w branży reklamowej. Było to na dłuższą metę nudne, ale pozwoliło mi zdobyć wiele cennych umiejętności. Dzięki temu mogłem wrócić do ilustrowania książki już na własnych zasadach.

K.K.-B.: Jesteś między innymi autorem oraz ilustratorem historycznych książek dla dzieci i młodzieży, a także twórcą ilustracji do książek naukowych i podręczników szkolnych. Jak wygląda twój system pracy, czyli od czego zaczynasz, jakich zazwyczaj potrzebujesz informacji oraz co jest łatwiejsze – rysowanie czy pisanie?
J.G.: Ilustracja naukowa i popularnonaukowa, którą się zajmuję, to dość specyficzna dziedzina. Gromadzenie wiedzy i prace koncepcyjne zajmują tu często więcej czasu niż samo malowanie. Wymaga to także licznych konsultacji z naukowcami i wymiany wielu maili. Zdarza się, że nad koncepcją pracuję tydzień, a samą ilustrację wykonuję w jeden dzień.
I dobrze, bo malowanie lubię mniej. Pisanie jeszcze mniej. Mimo to uważam, że sprzężenie zwrotne, kiedy ilustruję własne teksty i opisuję własne ilustracje, jest korzystne dla końcowego efektu. Dlatego dzielnie brnę w to dalej.

K.K.-B.: Poza tym trzy lata temu otrzymałeś Stypendium Marszałka Województwa Wielkopolskiego na stworzenie projektu pt. „Wielkopolanie dla Niepodległej. W walce o granice II Rzeczpospolitej”. Przypomnij w paru słowach, czego dotyczyło to działanie. Czy jego realizacja to dla ciebie także wyraz lokalnego patriotyzmu?
J.G.: Mam ambiwalentny stosunek do patriotyzmu, choć ten lokalny wydaje się najmniej groźny. Ale tak, myślę, że ten projekt można uznać za jego przejaw. Chciałem w nim przybliżyć historię udziału Wielkopolan w kształtowaniu wschodnich i południowych granic Polski po I wojnie światowej. Spopularyzować mało znane fakty o pomocy płynącej z Wielkopolski dla Kresów Wschodnich i powstańców śląskich oraz o udziale wielkopolskich oddziałów w walkach z bolszewikami.
Kto wiedział, że nasz lokalny bohater powstania wielkopolskiego, Paweł Cyms, dowodził też pułkiem w powstaniu śląskim i za walki na Białorusi otrzymał Virtuti Militari? Uważam, że warto było te historie przypomnieć.
Fot. Dawid Stube
Cała rozmowa na portalu Kultura u Podstaw:
https://kulturaupodstaw.pl/ilustrowac-na-wlasnych-zasadach/