• Kamila Arya Kasprzak - Bartkowiak

Wspaniały Chomsky i zjawiskowa Jordan

Prawda jest taka, że te wydarzenia już od początku intrygowały swą niezwykłością. Wszak sprzątanie okolic Wenei z psem „z misją, który lubi smród i śmieci”, więc dlatego różnym miejscom przywraca piękno oraz koncert jego nowozelandzkiej opiekunki, która niesamowicie łączy magię z ciemnością – nie mogły pozostawić obojętnym.

I pomyśleć, że tu znowu zadziałali animatorzy Latarni na Wenei, bo to oni stali się inicjatorami sprzątania terenu wokół Wenecji z psem, który ma tysiące fanów w sieci i swego czasu miał ich więcej niż jego pani oraz występu tej ostatniej, czyli Jordan Reyne.

Pierwsza z tych części, czyli porządki, wypadła więc nad wyraz udanie, choć raczej w kameralnym, ale za to zaangażowanym gronie i w myśl zaproszenia, także z lokalnymi czworonogami. Wszystkie uczestniczki i uczestnicy akcji zaś zebrali co najmniej kilka worków odpadów. Co ciekawe, na pierwszy rzut oka teren wokół jeziora mógł wydawać się czysty, jednak po odejściu od brzegu i rekreacyjnych ścieżek, śmieci wręcz same wpadały w ręce, począwszy od bardzo licznych butelek, poprzez części bielizny i pilśniowe dykty, a skończywszy na licznych kapslach i petach, które mimo swych małych rozmiarów, nie są przyjazne dla oka ani środowiska. Sama idea „sprzątania świata”, zaś dzięki pieskom została sympatycznie odświeżona, a dla zwierzaków okazała się nie lada frajdą.

Tymczasem Jordan stanęła na latarniowej scenie kilka godzin później. I z bardzo nieoficjalnego, by nie rzec „skłoterskiego stylu” wcześniejszej zbieraczki towarzyszącej swemu pupilowi, przeistoczyła się w folkowo-gotycką divę. W czarnych spodniach z tiulem i bluzce z piórami, swój show rozpoczęła używając jedynie swego głosu i loopów, czyli samplerów odtwarzających nagrane wcześniej dźwięki bądź wokalizy, które niemal w każdym utworze zostały klimatycznie zapętlone. Siłą muzyki artystki jest bowiem jej niesamowitość, zarówno jeśli chodzi o przenikające się inspiracje i wskutek nich pożenione ze sobą brzmienia jak i osobistą ekspresję. Co do inspiracji i brzmień, to poza folkową, a dokładniej celtycką nutą, usłyszeć można było wspomniany mrok, który nie do końca określiłabym gotykiem, lecz raczej „dark”, a do tego spore wpływy industrialu. To wszystko w połączeniu z charyzmą i chropawym, ale jednocześnie czystym głosem Jordan oraz żywą gestykulacją i gitarą, której też używa, uczyniło jej występ tak niecodziennym. Wśród przekrojowego repertuaru zaprezentowanego przez wokalistkę, zaś w pamięci pozostaną na pewno „Factory nation”, który artystka okrasiła komentarzem o robotniczych korzeniach i gdzie odgłos pracującej maszyny pięknie kontrastował z czystym zaśpiewem czy wpisujący się w mroczny, by nie rzec złowrogi klimat egotyczny „Narcissus”.

Kamila Kasprzak-Bartkowiak

Fot. dzięki uprzejmości Latarni na Wenei

Tagi: Latarnia na Wenei Jordan Reyne Chomsky