• Jarek Mikołajczyk

Nagrobki i teatr u Fredry. Krótka rozmowa ze śmiercią. Szkic recenzencki

Czasami Teatr mówi o rzeczach ważnych, nie sprzedaje newsów, ani nie kupczy publicystyką codzienności. Taki spektakl się nie starzeje, nawet jeśli nie będzie wokół niego doraźnej wrzawy.

Zatem:

Marcin Liber w Gnieźnie u Fredry obronił temat, jakby nie patrzeć, ostateczny. Literaturę staropolską też raczej obronił przy pomocy Jarosława Murawskiego. Śmierć jest uniwersalna. To dobrze, ale nie to jest istotą przedstawienia. Liber obronił przede wszystkim teatr.

Klasyczny początek. Jeszcze nie wiadomo, po co to preludium z „Krótkiej rozprawy między trzema osobami: Panem, Wójtem a Plebanem. Jedyny gazetowy fragment. Dowód, że „my teatr jesteśmy czujni i wiemy, teraz temat „Klergniecie wszystko, albo, że kler trzeba gnieść jak tweetują niektórzy.

 

Liber nie idzie jednak w zaułki Smarzola. Oszczędnie bez huzia na Plebana. Zaznacza, komu ważne pewnie nic innego nie zobaczy, szkoda. Kto patrzy innych rzeczy, inne rzeczy zobaczy. O dziwo podawanie klasycznego tekstu posiekane, i momentami trochę obok dykcji. Wrażenie jakby zabrakło dopracowania.

 

Zagrane dobrze. Pleban — prałat, Wojciech Siedlecki — Jankowski Henryk budzi skojarzenia, no i te ciemne okulary, też budzą. Jest wyważony, gra, a nie „się zagrywa.

 

Wójt - Wojciech Kalinowski przyzwyczaił nas do dobrego rzemiosła. Takiego, jakim chyba powinno być aktorstwo.

 

Roland Nowak, mało pański ten pan, raczej kwestia kostiumu, bo słowem operuje z dbałością, o którą dziś trudno. Statyczny początek może uciekać widzowi zwłaszcza na balkonie, który to widz balkonowy, raczej nie ze swej winy niedosłyszy.

 

Przedstawienie, się staje się rozkręca.

Budowanie to najważniejszy ślad pracy reżysera, kreacji i inscenizacji. Przy pojawieniu się śmierci, jako roli zbiorowej wszystko jest już przed kulisami. Jasne i na tacy.

 

Nie pytam już, czy to jest z tej odnalezionej w 2018 roku przez profesora Wydrę pierwszej drukowanej wersji, przecież to czy Liber skleja rozmowę Polikarpa ze Śmierć z Kmotrem — się stanie jasne. Jak dobrze nie czytać materiałów dla prasy.

 

Kiedy stało się oczywiste, to jest echo Wydry, rozprawa Reja uzasadniła się podwójnie, nie tylko JędraszewskoJankowskim — Liber nie robi za TVN. Teatr to Teatr, przegięcia nie ma.

Dziękuję.

Zatem:

Pojawienie się „czterech śmieci, (trochę jak jeźdźcy apokalipsy), to początek inscenizacji. Znaczy tu, robi się teatr. Scenograf robi tu sporo, przede wszystkim maluje wizję reżysera.

 

Postaci śmierci, wrysowane na ciała aktorek, szkielety, idealnie grają dance macabre — olbrzymia świadomość tego, co robi ze scenografią i kostiumami światło.

 

Miejscami szkielet przenosi się rewelacyjnie na ruch, przodują w tym kreskówkowym ruchu Kamila Banasik i Martyna Rozwadowska.

 

Śmierć, albo raczej śmierci nie są, wbrew wrażeniu animacji w stylu Cartoon Network, tekturowe. Multiplikacja nie tylko pozwala reżyserowi na granie grupą czy plastykę ruchu — różnicuje nie tyle emocje niesione przez śmierć, ile ją samą.

 

Może więc inna śmierć przychodzi po Pana, inna po Plebana inna po Kumotra czy Wójta — to jednak jest ta sama i przychodzi też do Polikarpa.

 

Wszystkie kostuchy tworzą bardzo dynamiczny kwartet teatru „subtelnie totalnego. Wysokie dziewczyny, podniesione przez obcasy i zgrzebny barok na głowie (,który nie zabija średniowiecza): śpiewają, krzyczą, dialogują momentami jak w dubbingu kanałów dziecięcych, szepcą innym razem z namysłem. I tańczą lub są znakiem teatralnym — fantastycznie złowieszczą w fenomenalnie prostych nieco drapowanych quasi sukniach, po których rozpostarciu czaszki na plecach. Choreograf, kostiumy, scenografia, muzyka, aktorzy — niezwykle podporządkowani wizji reżysera, bo taki stan tworzy Teatr, nie tylko wedle Reinhardta czy Craiga.

 

Rapsodyczne, niemal tradycyjne śpiewanie pieśni śmierci, buduje niezwykły klimat, jakąś niekoniecznie religijną nabożność, raczej misterium. Żeńskie wokale nie przekroczyły jednak granicy, za którą jest tylko Jan Frycz z Monodią Polską i Adamem Strugiem. (Wersja bodaj z połowy 2019 roku lub jeszcze 2018). Śpiew żeński śmierci w kontraście, a raczej połączeniu z muzyka i wokalem Nagrobków - mogłyby wygrać Nową Tradycję.

 

Rytm, nie tylko Nagrobki, ale też niekiedy niemal wyliczankowa rytmizacja pewnych partii tekstu — to była motoryka i oś przedstawienia. Czasem gubiła się literatura na rzecz teatru. W teatrze nadrzędny jest teatr, od podawania tekstu są dziś e-booki albo symulatory mowy.

 

Mistrz?

 

Piękna scena wjazdu na stole z całą sceniczną konsekwencją tego zabiegu. Bardzo delikatna subtelna scena po ogołocenie.

Dobek bardzo dobry ruchowo tym razem — dynamiczny jak pogo i napis na jednej z ławek Punk is dead!. Zostając przy Pawle Dobku jako mistrzu piękna scena na stole, gdy siedzi pomiędzy „śmierćmi”, które tłumaczą przyczynę śmiertelności człowieka. Moment „zerwania jabłek z drzewa poznania to wyjęcie owocu pokuszenia z głębi łona — najpiękniejsze 3 minuty w polskim teatrze, jakie wydarzyły się na początku 2k20. Brawo kostuchy: Kamila Banasik, Martyna Rozwadowska, Joanna Żurawska, Zuzanna Czerniejewska.

 

Można to było zohydzić, zrobić tani teatralny gadżet, robiąc dokładnie to samo tylko inaczej. Liber zbudował tę scenę pięknie.

 

Kumotr?

Jeden i drugi: Dobek i Kalinowski mieli sobie siebie równych w tym duecie. Choć fizycznie rozdwojona — spójnie budowana postać. Trzeba też przyznać Joanna Żurawska (śmierć) jest ich warta po dwakroć. Dramat może rozbawić, a nie musi być głupim kabaretem z TVP.

 

Przymykamy oko na scenę z „oddaj fartucha, takie mruganie do widza jakby był przypadkiem i trochę przygłupkiem... Łapiemy się za głowę i nie widzimy?

 

A jednak śmiech na sali zda się żywszy niż w faktycznie śmiesznych — pięknie śmiesznych momentach. Ufamy reżyserowi — nie chciał nas obrazić. Trochę bekowo, a jednak Liber wie, co robi, ta nadzieja pozwala przetrwać. Może nam Lisner nie wjedzie.

 

Ten epizod, na szczęście mija szybko, jak nerwowość Pana, Wójta i Plebana.

Momenty?

Niesamowita „zabawa w krzesła jako dance macabre — to jest Teatr. O to tu chodzi, tu i na każdej scenie. Teatr zabawy w tak niezabawnej scenie. Pięknie. Dla tej sceny warto wstać do owacji.

 

Tęczowy napis R. I. P. zderzony z wyzłoconym do granic biskupem, czytelny a nie przeciągnęty. Liber zaznaczył, nic więcej.

 

Jak napisał na facebooku, człowiek, którego ogromnie szanuję: „bo trzeba kochać teatr w sobie, a nie siebie w teatrze — banał, a może mantra

Teatr buduje się tu przede wszystkim scenografią i kostiumami i ruchem. To jest teatr, czy się komuś praca z tekstem w tym przedstawieniu podoba, czy nie.

 

Muzyka Nagrobków przynajmniej podczas realizacji premierowej dopełnia to, co zrobił Liber jako inscenizator wespół ze scenografami, kostiumowymi Mixerami i choreografami. Konweniuje z pewnym „prosto brutalnym — subtelnie jednak śmiesznym obrazem. Zlewa się skleja ze śpiewami śmierci. Góruje jednak nad tekstem, co pewnie purystów i literaturoznawców gniecie w boku. Nie przytłacza jednak reszty widowiska.

 

Nagrobki są siłą Krótkiej rozmowy ze śmiercią. To prawda.

Teatr tworzą tu jednak wszystkie podległe dramatowi jako sztuce scenicznej elementy, a spaja je to, co jest istotą — inscenizator, reżyser i jego wizja. Scenografia i kostiumy niosą przedstawienie. Bez wątpienia one robią tu teatr. Nie zapominajmy, że robią to, realizując wizję reżysera.

 

Absolutu nie zobaczyliśmy na premierze. Prawda. To jednak istotne przedstawienie. Fredro wyzwolił się już dawno chyba z politykierstwa. Aktorsko buduje się mały Kraków, to jednak jest prawda, tam jest rzetelność.

Reżyser wie, co robi. To jest taniec śmierci, a nie chochoła. Spójna i konsekwentna wizja reżysera. Spektakl nie jest collage, jest inscenizacją. Marcin Liber nie skreczuje, nie szyje, a jeśli to szwów nie widać, nic tu nie pęka, nie rozłazi się. - "Był namysł, jest zamysł" — mawiał Jan Chraboł ucząc reżyserii przyszłych lalkarzy.

 

Dobre przedstawienie, chwilami nie brakuje: piękna, aktorstwa, lekkości — a przede wszystkim myślenia teatrem, co dziś wcale nie jest tak oczywiste. Nie zabrakło w „Krótkiej rozmowie ze śmiercią teatralnego mięcha, nie ma jednak scenicznych śmieci. Niedosyt mogą czuć, ci, którzy spodziewali się teatru literackiego, a otrzymali teatr niemal totalny. I tu powtórzyć warto Michała Frydrycha: „bo trzeba kochać teatr w sobie, a nie siebie w teatrze — banał, a może mantra. Teatr im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie jest, więc można z wielkopolska napisać po prostu, było akuratnie.

 

reżyseria
Marcin Liber

na podstawie „Rozmowy mistrza Polikarpa ze śmiercią” Mikołaja z Wierzyńca oraz „Krótkiej rozprawy między trzema osobami: Panem, Wójtem a Plebanem” Mikołaja Reja

opracowanie tekstu i współpraca dramaturgiczna
Jarosław Murawski

scenografia
Mirek Kaczmarek

kostiumy
Grupa MIXER

muzyka
Nagrobki

choreografia
Hashimotowiksa (Paulina Jaksim, Katarzyna Kulmińska artystki tancerki Polskiego Teatru Tańca)

reżyseria dźwięku
Maciej Szymborski

inspicjent
Jolanta Skawina

obsada
Kamila Banasiak – Śmierć, Zuzanna Czerniejewska - Śmierć, Martyna Rozwadowska – Śmierć, Joanna Żurawska – Śmierć, Paweł Dobek – Mistrz, Kmotr młody, Wojciech Kalinowski – Wójt, Kmotr stary, Roland Nowak – Pan, Wojciech Siedlecki – Pleban

Premiera: 18 stycznia 2020

zdj. Dawid Stube www.fotostube.pl 

Jarosław Mixer Mikołajczyk

 

Tagi: Teatr im. A. Fredry Marcin Liber