Aglo: bardziej tukej niż kajś
Zbigniew Rokita nie wraca w Aglo do Śląska po to, żeby dopisać przypis do Kajś. Wraca po coś innego. Jeśli tamta książka była wyprawą w głąb pamięci, rodzinnej genealogii i górnośląskiego rozpoznawania siebie, uczenia się czy stawania Ślązakiem. Choć przecież Gliwice i te Zimy i Śmierci Klinicznej i te Skorupa to Śląsk. Aglo jest książką bardziej z zewnątrz, bardziej ruchliwą, bardziej rozgałęzioną. Czy tylko przez stukot banki? Nie „Kajś”, raczej „Tukej” bo przecież wiadomo dokąd banka jedzie, podczas rajzy. Nie tyle skąd jestem, ile gdzie jestem. Nie skąd przyjechałem a dokąd chcę jechać. Mimo, że to ma związek. Jazda przez przestrzeń, która przeszłość wciąż nosi w sobie, ale już nie daje się do niej sprowadzić. Bo przecież powietrze jest tu już mniej różowe.

Punktem wyjścia jest tramwaj numer 7, legendarna śląska banka, i to jest pomysł nie tyle efektowny co efektywny, ale też bardzo trafny. Tak jak Łona pokazuje Szczecin, a raczej jego tkankę przez pryzmat tras i rozmów z taksówkarzami, na płycie TAXI. Siódemka prowadzi Rokitę wzdłuż aglomeracji, przez miasta, dzielnice, warstwy pamięci, lokalne unerwienie, miejsca, które z zewnątrz wyglądają jak ciąg zabudowy, a od środka okazują się osobnymi światami. To książka, która rzeczywiście idzie wzdłuż trasy. A przy tej trasie, „gruby”, huty ale i ich malarskość – realizm magiczny. Nie zawsze w sensie dosłownego opisu każdego zakrętu i każdego widoku z okna, ale w głębszym sensie ruchu przez przestrzeń i ludzi. A nawet obserwacja ruchu przez konkretnych ludzi. Rokita rozumie, że Śląska nie da się dziś opowiedzieć wyłącznie jako historii, bo Śląsk jest także układem komunikacyjnym, rytmem codzienności, siecią miast, które trwają obok siebie, a zarazem stale się przenikają, które z powodzeniem mogły by być jednym miastem, bo organizmem już się stają.
Dlatego ten tramwaj nie jest tylko ramą. Jest metodą. Śląsk to też ludzie, Ślązacy, krojcoki i gorole, tu w bance wszyscy są stąd ze śląskiego tramwaju.
I to właśnie odróżnia Aglo od Kajś. Aglo otwiera nowe przestrzenie. Jest książką o tym, jak żyje współczesna śląskość, jak rozgrywa się między pamięcią a teraźniejszością, między lokalnym doświadczeniem a politycznym językiem, między codziennością a fantazją. Rokita nie próbuje dwa razy napisać tej samej książki. Nie ucieka od współczesnej auto-legendarności: “kibel sztromu mi przynieś” tu w bance się nie zadzieje, bo to dzieje się na „grubie” na hucie albo we warsztacie. Banka świadomie zmienia skalę i perspektywę. Zamiast kolejnego zejścia do archiwum tożsamości dostajemy przejazd przez śląskie tu i teraz, przez miejsce, które nie potrzebuje już wyłącznie genealogii, ale także mapy. To ślaskie tu i teraz nie zapomina o górnikach z Wujka, bo tu jeszcze żyją, jeżdżą Siódemką rodziny czasem bajtle, dziś dorosłe. To śląskie tu i teraz, teroz i w tym miyjscu, na tym przistańcu ale też na następnym i za chwilę.
Najmocniej widać to tam, gdzie Rokita uruchamia śląską wyobraźnię. Gdy pojawiają się Teofil Ociepka i Erwin Sówka, malarze górnicy, książka od razu łapie właściwy ton. I ci malarze Grupy Janowieckiej, której być może wcale nie było. To nie są tu przypadkowe nazwiska ani obowiązkowi patroni śląskiej osobności. Tej współczesnej mniej “wyKutzanej”. To figury bardzo znaczące, bo obaj — każdy na swój sposób — pokazują, że Śląsk da się opowiadać z wnętrza, a nie z delegacji. Ociepka i Sówka nie potrzebowali zewnętrznej legitymacji dla swojego świata. Nie tłumaczyli go na cudze oczekiwania. Malowali własny kosmos, własną metafizykę, własną wersję piękna wyrastającą z robotniczego, górniczego doświadczenia. Mali słońce przymrużonych po szychcie oczu. Choć u Ociepki ten (nie o Bebokach) okultyzm, co go przytargał z Niemiec. Rokita dobrze wyczuwa, że to właśnie tutaj zaczyna się najciekawsza opowieść o regionie: tam, gdzie Śląsk przestaje być tematem do objaśnienia i staje się miejscem, z którego można patrzeć na resztę świata. Piękne nawiązanie do: “Mianują mie Hanka” i roli teatrów, tych dwóch ważnych. (Korez piszący miał okazję poznać w Błotnicy Strzeleckiej). Niby znowu wspomnienie, ale bez sentymentu i zapośredniczone, bo choć monodram prawdziwie o historii śląska, to przecież tak niedawno.
W tym sensie Aglo jest książką bardzo potrzebną. Rokita pokazuje Śląsk nie jako problem do rozwiązania i nie jako folklorystyczny przypis do polskości, ale jako przestrzeń osobną, obdarzoną własnym rytmem, pamięcią i własnym prawem do komplikacji.
Jest w tym coś z Sycylii. Nie chodzi o łatwą analogię, tylko o podobny rodzaj istnienia wewnątrz większego organizmu państwowego a trochę obok. Sycylijczycy są częścią Włoch, ale nie rozpuszczają się w „włoskości” rozumianej centralnie. Są z innego światła, z innego powietrza, z własnego porządku lojalności i pamięci. Ze Śląskiem jest podobnie, tylko bez morza, z mniejszą ilością słońca i z pejzażem bardziej z sadzy niż z południowego blasku, choć ta sadza opada. To miejsce żyjące wewnątrz Polski, ale nie do końca po warszawsku. Wewnątrz ale i jakby na zewnątrz – tu nie ma sprzeczności ani dla Ślązaka, ani dla Kaszuba ale też dla części Wielkopolan. Rokita potrafi tę osobność świetnie uchwycić. Nie tylko osobność kopalni. Miasta zapadały się metr, dwa, trzy, kominy wpadały do mieszkań. Ludzie z dnia na dzień musieli porzucić swoje domy, nadal tak się dzieje. Idziemy w tym świecie nie ma toalet, nie ma gdzie się załatwić. Rozglądam się i zastanawiam dlaczego górnictwo nazwano górnictwem a nie “dolnictwem”. Nieliczni mijani górnicy witają się z nami: szczęść Boże. Nagle widzę że na końcu korytarza jest trochę jaśniej, dobiegają stamtąd hałasy. Jesteśmy na przodku, temperatura rośnie wokół pełno górników, wrzawa, huk. Przypomina to Mordor – mówi Robert Ciupa. Miejsce tak ciemne i pozbawione człowieczeństwa, że sam widok pracujących tu ludzi zaskakuje. To ten moment gdy język się wyczerpuje. Gruby jeszcze są. Może to “jeszcze” sprawia, że rację przyznajemy Rokicie kiedy pisze, że teraz Śląsk ma dobrą teraźniejszość i lepszą przyszłość. Bo teraźniejszość to przecież Abradab, Kaliber na słuchawkach w tej Siódemce, to Teatr Korez. Dziś też Ślązaczki nie boją się swojej Śląskości – jak przyznaje profesor Joanna Rostropowicz nawet jeśli się boi to dużo mniej, a ma 82 lata. Filolożka polska wykładowczyni akademicka, która ma totalnie śląską świadomość, odwołuje się do początków Rzeszy Wielkomorawskiej.
Bardzo dobrze wypadają też te fragmenty, w których autor rozpisuje konkurencyjne opowieści o Ślązakach. Jako ludzie odwiecznie polscy, tylko historycznie odłączeni. Jako podejrzani, chwiejni i potencjalnie nielojalni. Jako „lepsi Polacy”, bardziej zdyscyplinowani, bardziej pruscy, bardziej sprawczy. Rokita pokazuje, że śląskość nie jest jedną stabilną tożsamością, lecz polem nieustannych negocjacji, fantazji i narzuconych narracji. Dopuszcza też jednoczesność tych sprzecznych narracji w jednej osobie i jednym czasie. I robi to bez akademickiej sztywności. Umie pisać ostro, umie skrótem, umie w zdanie, które zostaje. Dzięki temu Aglo nie zamienia się w wykład, tylko zostaje żywą, nerwową, momentami wręcz zaczepną książką o tym, kto ma prawo opowiadać Śląsk i z jakiego miejsca to robi.
To, co w innej książce mogłoby wyglądać na rozproszenie, tutaj działa raczej jako świadome otwarcie. Rokita nie zamyka się w jednym trybie. Przechodzi od reportażu do eseju, od obserwacji do interpretacji, od jazdy tramwajem do rozmowy z historią, sztuką i polityką pamięci. W tej rozmowie nie koncentruje się jednak na tym co było dawno…Właśnie dzięki temu Aglo nie jest wariacją na temat Kajś, tylko książką poszerzającą śląskie pole opowieści. Nie ogranicza się do jednego pytania o tożsamość. Wychodzi dalej: w przestrzeń, w komunikację, w współczesne życie regionu, w jego napięcia z Polską, ale też w jego własne autoopowieści. Aglo ostatecznie wyzwala też myślenie goroli o Ślązakach, bo to nie to co o Hanysach, przez pryzmat Łyska z pokładu Idy. I jeszcze ta Fuzbalologia i ta cudowna postać Ambrożego. On: człowiek urody dyskretnej, wysoki jak grzyb atomowy…
Rokita nie pisze więc książki niedociągniętej. Pisze książkę szerzej rozstawioną. Taką, która zamiast domykać wcześniejsze wątki, woli otwierać nowe. Aglo nie ma ambicji być drugą odsłoną Kajś. Ma ambicję sprawdzić, co dzieje się wtedy, gdy z pytania „skąd jestem?” przechodzi się do pytania „gdzie właściwie jestem teraz i co to miejsce robi ze mną, a ja z nim?”. To przesunięcie okazuje się bardzo ciekawe, bo pozwala Rokicie wyjść z rodzinnej i historycznej intymności ku czemuś bardziej wspólnemu: ku opowieści o Śląsku jako żywej, współczesnej przestrzeni doświadczenia nowego stawania się Ślązakiem.
I właśnie dlatego Aglo warto czytać nie w cieniu Kajś, tylko obok niego a może z pominięciem? Jeśli się da. Nie jako książkę mniej skupioną, ale jako książkę inaczej nastrojoną. Mniej archeologiczną, bardziej topograficzną. Mniej o źródle, bardziej o obiegu. Mniej „kajś”, bardziej „tukej”. A to nie tylko na Śląsku wcale nie jest mała różnica.
Aglo. Banką po Śląsku – tytuł
Zbigniew Rokita – autor
Wydawnictwo ZNAK 2025 r. – wydawca

Jarek Mixer Mikołajczyk