• Start
  • Relacje
  • Złoto, brokat i show albo jedyna taka Diva!
  • Kamila Kasprzak-Bartkowiak

Złoto, brokat i show albo jedyna taka Diva!

Tego jeszcze nie grali! Żaden nobliwy ośrodek kultury ani miejsce rozrywki w Gnieźnie nie zaprosiły w swoje progi takiej Divy! Jedynej w swoim rodzaju, co swój występ odważyła się rozpocząć na dachu budynku i nie wstydząc się łzawych wyznań ani brawurowego wykonu cudzych piosenek – porwała bez reszty zgromadzoną publiczność.

Jak się bowiem okazuje, dziś artystka o nazwisku Maria Dąbrowska to nie autorka „Nocy i dni", lecz aktorka i performerka związana m.in. z Teatrem Współczesnym w Szczecinie, która to swój sukces wykuwa grając m.in. autorski monodram, a może bardziej recital jako „Kobieta zagrożona niskimi świadczeniami emerytalnymi". I właśnie taką Marię oraz towarzyszącego jej na brokatowej perkusji Kubę Fiszera, mogliśmy zobaczyć w sobotni wieczór w równie niepowtarzalnej Latarni na Wenei.

Początek występu to zatem wspomniany dach i rozgrzewka zwiastująca świetny kontakt z widzami, choćby przez powtarzane w refrenie „sza ba da ba da, sza ba da". Po tym fajerwerkowym powitaniu nadeszło już pierwsze wyznanie ubranej w długą złotą suknię Marii o powrocie na scenę i potrzebie wsparcia. Wsparcie, czyli oklaski to już drugi entuzjazm widowni, a francuska piosenka „Voyage, voyage" z wplecionym doń „Auchan, Intermarche" to humorystyczna odpowiedź. Zaraz po tym zaś fantastyczna dawka improwizacji, mimo że poza piosenkami improwizowane zdawało się tu wszystko oraz lepszy risercz przed wizytą w Gnieźnie niż u Trzaskowskiego! Wszak pojawiły się i nagrody kulturalne mnożące się jak Króliki, problem wyjazdów za pracą i życiem do Poznania czy kompleks wrzesińskich koncertów, a nawet Dziekanka w pierwszym z dramaturgicznych momentów. Takim momentem była na pewno chwila, kiedy to nasza bohaterka niczym gwiazda filmowa nagrodzona Oscarem rozpływała się w bardzo feministycznych podziękowaniach (m.in. dla Marii Skłodowskiej-Curie czy Michelle Obamy), by następnie stracić... wzrok i słuch, czyli domagać się uznania również dla siebie od lokalnej publiki. Wskutek tej akcji, czyli nagłego ukrycia się w latarniowej trawie, a następnie wywołania przez Kubę zachęcającego zebranych by powiedzieli Marii komplement – artystka wspaniałomyślnie powróciła. Natomiast drugim dramaturgicznym zwrotem był opowiedziany sen o jeżu, który okazał się „pięknym mężczyzną". Pociągająco prowadzona narracja i aura jaka się podczas tej opowieści wytworzyła (zapewne też dzięki reflektorowi oświetlającemu poszczególnych bohaterów wieczoru), dosłownie uwiodła wszystkich wokół, z kolei wspomnianym jeżem został nasz kolega redakcyjny Andrzej.

Jednak nie byłoby tego wszystkiego gdyby nie kapitalnie dobrane piosenki. W końcu Maria swój performatywno-kabaretowy wykon nazwała też recitalem, który wypełniły polskie pop-rockowe hity z lat 80. XX wieku. Wyciągnięte niczym perły z lamusa, czarowały więc na pewno swą piosenkową poetyką. Bo jakże nie rozczulić się słysząc „Gołębi puch" czy „Diamentową kulę" Lombardu albo „Szare miraże" Maanamu i „Miłość nieznaną". Marysia Dąbrowska zaś śpiewając te utwory zdawała się przejmować najlepsze cechy ich pierwotnych wykonawczyń, czyli drapieżny pazur Małgorzaty Ostrowskiej, porywającą charyzmę Kory i liryczną duszę Alicji Majewskiej. A wszystko to z towarzyszeniem nienachalnej, ale zawsze obecnej w punkt perkusji Kuby Fiszera. Warto dodać, że po niepowtarzalnym i wspaniałym koncercie Bastardy, występ „Kobiety zagrożonej...", był drugim uderzeniem piękna na Latarni. Piękna i kreacji sztuki, wolnej od sztywnych ram oraz bardziej lub mniej zakamuflowanej cenzury.

Kamila Kasprzak-Bartkowiak
Fot. K. Kasprzak-Bartkowiak

Tagi: Latarnia na Wenei Maria Dąbrowska