• Jarek Mikołajczyk

Dynasonic na Latarni

Siłą Latarni na Wenei jest ponadśrodowiskowość oraz różnorodność. Różnorodność oferty, ale też odbiorców. Potwierdzeniem tego był wczorajszy koncert Dynasonic. W podwórkowej atmosferze Latarni na Wenei wieczór z dubwave był idealną propozycją.

Trio łączące bębny, bas i elektronikę płynie ze swoją muzyką w zdubowanej poetyce slow. Balans muzyczny pomiędzy klimatem CAN a JAHWOBBLE. Na szczęście bardziej ascetyczny niż dubowe projekty basisty PiL i nie tak postpunkowy, jak Metal Box in Dub — Dynasonic znacząc swoje kolejne utwory numeracją po D, znajduje swoje brzmienie i swoją powolną stylistykę. Wizja muzyki opartej na basie, perkusji i elektronice już od pierwszych dźwięków płynęła w stronę Krautrocka, i avant, a nie kojarzonych najczęściej z dubem wariacji reggae. Przy czym podobieństwo raczej rdzenia, jakim była formacja, Jakiego Liebezeita i HolgeraCzukaya niż ekstremy w stylu Faust czy Amon Duul.

Trudno zostawić na boku skojarzenia z CAN, w jednym z „D” wykonywanych po połowie koncertu można było odnieść wrażenie, że za moment pojawi się czukayowe granie na basie na akordach albo usłyszymy charakterystyczne „YouDoo Right”. Podobieństwo wynikało po prostu z tego, że kawałki Dynasonic wypełnia często podobna motoryka jak ta płyt „Tagomago” czy „MotherSky”, nie mowy o kalce. Motoryka bębnów momentami faktycznie stawała się bliska grze, Jaki Liebezeita Mateusz Rychlicki miejscami też niemal preparuje niektóre dźwięki jak Paul Wirkus, słychać też stylistykę, z której dał się poznać w Kristen. Motoryka narastającego powoli tempa walca, repetytywność brzmi bardzo ciekawie w dynasonic, choćby dlatego, że nie następuje spodziewane noise’owe szaleństwa, nie buduje się ściana dźwięku. Rozpędzający się walec nie rozpędza się na dobre. Kawałki jednak nie wyhamowują, zanikają lub urywają się niepostrzeżenie. Pozornie chilloutowe utwory podskórnie stają się neurotyczne i rozedrgane.

Ciekawe brzmienia basu przydają kolejnym D niepowtarzalności. Adam Sołtysik pulsuje swoim basem raczej na spokojnie, choć na początku koncertu nie unika preparowania gitary pałką filcową. Rytmiczność i puls uzupełnia umiejętnie dodana, dubowa elektronika tutaj wykręca swoje Mateusz Rosiński (wd30). Mimo że muzycy wywodzą się z niezwykle istotnych grup takich jak wspomniane Kristen czy Kobieta z wydm i Enemigos del Silencio, to co grają pod szyldem Dynasonic jest oddzielna aktywnością.

Godzinny set zagrany w Gnieźnie był niezwykle gęsty od efektywnego grania. Zdecydowanie jeden z ciekawszych wieczorów tegorocznych wakacji w mieście.

Jarek Mixer Mikołajczyk

Tagi: Latarnia na Wenei Dynasonic