• Jarek Mikołajczyk

Ciężkie granie w trzech odsłonach

Trzy różne kapele i trzy odcienie metalowego brzmienia w jednej trasie i na jednej scenie. Obiecująco zapowiadający się wieczór, który przypadkiem pozostawił spory niedosyt.

Jeśli mamy jesień, to znak, że Klub Muzyczny Młyn wraca do gry i znów rozwija swój wachlarz koncertowych propozycji. Tak dzieje się i tym razem, bo jeśli spojrzymy na kalendarz klubowych występów, to jest w czym wybierać do końca roku, a koncert grupy The Sixpounder oraz towarzyszących jej składów Microgravity i Across the Shade, miał być takim mocnym uderzeniem na początek. Tyle, że stało się inaczej i trudno dociekać czy to przez zmianę wrażliwości słuchaczy, którzy wykupili przed czasem bilety na Kwiat Jabłoni czy może oczekiwanie na równie mocnego, choć z punkowej półki Dezertera, a może nieoczywistą Natalię Przybysz. Jedno jednak nie ulega wątpliwości – muzycy ze wspomnianych kapel i tak dali z siebie maksimum mocy.

Jako pierwsi na deskach Młyna i przy bardzo kameralnej publiczności, pokazali się panowie z wrocławskiego Microgravity. Grający melodyjny metal, choć na swoim profilu informują, że to raczej hard rock, zaprezentowali materiał ze swojej wydanej w tym roku epki. Takie utwory jak „Awaken” czy „Unfaithful One” zdradziły bowiem ciągoty do cięższych brzmień, choć wrażliwe ucho mogło też wyłapać wpływy nu metalowe, ale na pewno bliżej Slipknota niż Linkin Park. Poza tym dysponujący mocnym wokalem Adrian i towarzyszący mu instrumentaliści, czyli Jan na perkusji, Michał na basie oraz Marek i Jan na gitarach, mimo niezachęcającej do szaleństwa frekwencji, podeszli do sprawy profesjonalnie. Oznacza to, że poza szacunkiem do odbiorców cechuje ich również determinacja, a ta zdaje się niezbędna dla rozwoju dalszej kariery.

Across the Shade wkroczyli z kolei na scenę z dużą dozą luzu, który właściwie towarzyszył im do końca. Co ciekawe, okazali się też o wiele bardziej wyraziści jeśli chodzi o okołomuzyczny styl od swoich poprzedników, choć z drugiej strony zabrakło im ich solidności. Brzmieniowo zaś powędrowali w nieco mroczniejsze rejony, spójne za to z deklarowanym death metalem, ale również w melodyjnym wydaniu. Warto dodać, że poza śpiewającym i grającym na gitarze Kamilem Sikorskim, towarzyszącym mu na tym samym instrumencie Karolu Skowrońskim, Bartku Pawliku na basie i Marcinie Rzeźniczku na perkusji, uwagę przykuła typowa, lecz zjawiskowa zarazem dla reprezentowanego przez nich gatunku grafika. Postać kobiety – zjawy, która zdobi okładkę płyty „Hope”, pojawiła się też na koszulkach, a nawet... otwieraczu do piwa.

I wreszcie nadszedł czas dla gwiazdy wieczoru, czyli składu Sixpounder, co do którego nie ma już wątpliwości jeśli chodzi o charyzmę, doświadczenie i pomysł na siebie. Członkowie kapeli z wokalistą Filipem Sałapą na czele, zaczęli bowiem swój występ odważnie i efektownie. Odważnie, bo od razu dołożyli do pieca potężnymi riffami Pawła Ostrowskiego i Macieja Rosika oraz dynamiczną perką Artura Konarskiego i równie mocną wokalizą. Wszak metal to metal, a trasa o wdzięcznej nazwie Killer King zobowiązuje, więc praktycznie do końca koncertu nie zabrakło opętańczego tempa ani dynamicznych zwrotów akcji podczas których muzycy potwierdzali tylko swój kunszt. Wśród utworów zaś musiał wybrzmieć perfekcyjnie dopracowany „Time to Kill” czy równie fantastyczne kawałki z krążka „True to Yourself”. Natomiast efekty u Sixpounder to choćby dymiarki i mini podest dla wokalisty, co można było zobaczyć w Młynie czy fajerwerki obecne na innych występach. Taka „kropka nad i” i sympatyczny wyróżnik dla naprawdę dobrego rzemiosła.

Kamila Kasprzak-Bartkowiak

Fot. K. Kasprzak-Bartkowiak

Tagi: Klub Muzyczny Młyn