• Kamila Kasprzak - Bartkowiak

Skoczno-gorzka historia według Hańby

Mam marzenie, że wszyscy ci młodzi, którzy w minionym tygodniu radośnie hasali do muzyki Hańby – przegonią raz na zawsze obecny klimat w Polsce. Marzenie, że różnorodność i wolność osobista oraz społeczny solidaryzm zwycięży z autorytarnymi zapędami, zakazami czy egoizmem i nie dojdzie do kolejnej wojny.

Zbuntowana orkiestra podwórkowa Hańba, która już po raz trzeci gościła w Gnieźnie (tym razem na zaproszenie Stowarzyszenia Ośla Ławka prowadzącego Latarnię na Wenei, a wcześniej lokalnego Klubu Krytyki Politycznej), to kulturalno-społeczny fenomen, który od kilku lat podąża konsekwentnie obraną przez siebie drogą. Wymyślając punkowo-folkową formułę jaka mogłaby się zrodzić w międzywojennej Rzeczpospolitej, a przede wszystkim świadomie sięgając po genialne i niestety ciągle aktualne teksty twórców z tamtego okresu i nie tylko – cały czas jest atrakcyjna dla współczesnego odbiorcy.

Tak stało się i tym razem. Czwórka krakowskich muzyków znanych jako Andrzej Zamenhof, Adam Sobolewski, Ignacy Woland i Tadeusz Król, cofnęło bowiem słuchaczy swoim scenicznym wehikułem 80 lat wstecz, a nawet wcześniej. Cała podróż rozpoczęła się zatem od „najświeższych” dokonań kapeli, czyli kawałków z krótko grającego krążka pt. „1939”, z którego jak nietrudno się domyślić, powiało grozą. Szczególnie mocno i aktualnie zabrzmiały na pewno „Płyną okręty” o kryzysie uchodźczym sprzed kilkudziesięciu lat, który opisał wówczas Władysław Szlengel, gdzie słowa o ludziach dla których nie ma miejsc, a „okręt jest trumną”, łączyły się z ponurym akordeonem i złowrogą tubą. Z kolei „Polskie kolonie” to ironiczny zapis rodzimych imperialnych mrzonek podszyty klezmerską nutą, porównywalny chyba najbardziej z dzisiejszą beką z „Polski wstającej z kolan”. Równie prześmiewcze i antywojenne „Praczki” stworzone przez Zuzannę Ginczankę oraz śpiewane przez Hańbę wspólnie z członkiniami tria Sutari, tym razem ograniczyć się musiały przy zwrotkach do skądinąd czystego, lecz samotnego wokalu Adama Sobolewskiego. Jednak najbardziej poruszającym momentem wieczoru okazał się, przynajmniej dla mnie, wręcz desperacko wykrzyczany utwór... „Milczę”, którego sprzeczność zdaje się najbardziej dosadnym artystycznie manifestem przeciw wojnie, nierównościom społecznym i faszyzmowi.

W dalszej części koncertu nie zabrakło też starszych kompozycji, w tym niezwykle przebojowej piosenki „Hoży i świeży” powstałej na bazie wiersza Juliana Tuwima „Mój dzionek”, której tekst do dziś zachował swój wywrotowy potencjał. I właśnie przy tym kawałku większość, bodaj najliczniejszej w tym roku publiki na Wenei, ożywiła się w radosnym tańcu. Nietrudno domyślić się, że spowodowały ją przekorne słowa poety o „komunizowaniu” i „uwłaczaniu Bogu, ludzkości, ojczyźnie”, które stały się w tym momencie ogromną niezgodą na kraj, gdzie szaleje niekiedy irracjonalna dekomunizacja, mariaż tronu z ołtarzem, niski poziom zaufania społecznego czy nacjonalizm nazywany patriotyzmem. Sama Hańba zaś pokazała się jak zawsze od najlepszej strony – energetyczna i skoncentrowana jednocześnie, łapiąca wspaniały kontakt z słuchaczami oraz bezbłędna muzycznie, zarówno w swoim niecodziennym instrumentarium jak i hipnotyzującym śpiewie, szczególnie w chórkach.

Kamila Kasprzak-Bartkowiak
Fot. K. Kasprzak-Bartkowiak

Tagi: Latarnia na Wenei Hańba