• Mikołaj Stopczyński zdj. Dominik Wilczyński

„Ostatni wojownik” powraca na scenę.

Po serii wspólnych występów z Uriah Heep rodzima metalowa legenda ruszyła w kolejną trasę. Tym razem Turbo obrało sobie za cel zaprezentowanie fanom „Ostatniego wojownika”, przełomowego i zdecydowanie najbardziej thrashowego albumu w swojej dyskografii. Pierwszym przystankiem na trasie zostało Gniezno, notabene rodzinne miasto Bogusza Rutkiewicza (basisty zespołu). Nim jednak dane nam było posłuchać gwiazdy wieczoru, na scenie pojawiły się dwa supporty.

Jako pierwszy zaprezentował się Okrütnik. Piątka młodych chłopaków tworzy ten projekt dopiero od 10 miesięcy, można być zatem pod wrażeniem ich obecnego poziomu. Krótki set złożony z sześciu utworów momentalnie przywołał skojarzenia z Katem, a nawet sceną blackmetalową. Blackowym elementem jest tu przede wszystkim wokal Michała Dryjańskiego, który choć niewyróżniający się ponad inne metalowe wokale, dobrze wpasowuje się w mroczne heavymetalowe brzmienie kolegów. A mroku jest tutaj sporo nie tylko w brzmieniu – teksty aż kipią od tematyki funeralnej, pogańskiej i ogólnie pojętej śmierci (m.in. przedstawienie rabacji galicyjskiej czy historii Józefa Cyppka). Okrütnik wpasowuje się przez to w stereotypowe wyobrażenie metalu, wypada jednak przy tym ciekawie. Dopełniające całość techniczne umiejętności muzyków sprawiły, że była to dobra przystawka przed daniem głównym, którą warto będzie ponownie spróbować w przyszłości.

A dodatkowy punkt należy się za najbardziej intrygujący tytuł piosenki, jaki padł tego wieczoru. „Wrześniowe popołudnie rzeźnika ‘52” wręcz skłoniło mnie do poszukiwań w celu poznania genezy tego tekstu.

Dużo mniej porywający okazał się Hellhaim. Pruszkowski zespół wyróżniał się scenografią, którą tworzyły liczne czaszki – jedne nadziane na statyw, inne ustawione w totemy, rzucające z oczodołów niebieskie światło. Za to wszystkie skąpane w nadmiarze scenicznej mgły. Teatralno-anatomiczna otoczka przejawiała się także w czasie występów podczas odmawiania inkantacji z podniesionym krucyfiksem i picia soku pomido… to znaczy krwi z (a jakże) czaszki. Było to na pewno ciekawsze od zaprezentowanego materiału, który jednak nie wyróżniał się ponad przeciętny, wyeksploatowany już speed/heavy metal. W odbiorze nie pomagało też nagłośnienie i związane z tym dość duże natężenie dźwięku. Mimo poprawnej gry piekielny ogień Hellhaim nie był w stanie ogrzać każdego.

Przyszła pora na danie główne. Turbo po latach koncertowania, zmian stylistycznych czy swoistych rewolucji w składzie wciąż nie zawodzi. Początkowa deklaracja Tomasza Struszczyka o tym, że przyjechali robić tu coś mocniejsze niż granie, była bardzo trafna. Pierwszą część koncertu wypełniły rzecz jasna utwory z „Ostatniego wojownika”, albumu nastawionego na szybkość, bezkompromisowość i największe nagromadzenie thrash metalu, jakie można znaleźć na płytach Turbo. Powrót do tego albumu po latach okazał się dobrą decyzją. Kompozycje nie zestarzały się znacznie. Nie silono się przez to na wielkie zmiany w aranżacjach, a muzycy bez problemów odnajdują się wymagającym repertuarze. Dotyczy to także Struszczyka, który świetnie radzi sobie z partiami, które przed laty śpiewał Grzegorz Kupczyk.

Po „Ostatnim wojowniku” przyszedł czas na kontynuowanie show. Tu już było różnie – wybrzmiały kompozycje najnowsze („Na przekór nocy” czy wręcz wyrwany z dyskografii Judas Priest „This Is War Machine”) jak i klasyczne perełki przede wszystkim z „Kawalerii Szatana” (pierwsza część tytułowego utworu, „Ostatni grzeszników płacz”, „Żołnierz fortuny”). I wszystko to bez dłuższych przerw na oddech, zabrakło bowiem ballad. Ale tylko w zasadniczej części koncertu – na bis doczekaliśmy tej łagodnej, bardziej „hitowej” strony Turbo. A musiało to nastąpić - nie chcemy sobie wyobrażać, jakie zamieszki wybuchłyby na ulicach bez wybrzmienia „Dorosłych dzieci” i „Jaki był ten dzień”. Występ zwieńczył jeszcze jeden szybki utwór „Już nie z Tobą”.

 

Turbo powoli wkracza w kolejną dekadę, z tą samą energią, jaką dysponowało przed laty. Koncert w Gnieźnie udowodnił tylko ich wysoką formę i zasłużone miejsce w panteonie polskiego metalu, a przede wszystkim dał tutejszym fanom sporo pozytywnych emocji. Tymczasem zespół rusza na podbój kolejnych miast, by ponownie zaprezentować światu „Ostatniego wojownika”.

Mikołaj Stopczyński

zdj. Dominik Wilczyński

Tagi: Klub Muzyczny Młyn Turbo