• Start
  • Relacje
  • Kolejny element projektu Bo nasze. Wieczorynka niepodległa w Gruszce i Pietruszce
  • J.G.

Kolejny element projektu Bo nasze. Wieczorynka niepodległa w Gruszce i Pietruszce

Projekt „Bo nasze”, nie jest finansowany z żadnego funduszu. Nie ma z nim nic wspólnego żaden organ samorządowy, ani też pieniądze unijne. Bo nasze, nie jest nawet rozpisany jako projekt na papierze, papier wszystko przyjmie, a w Wielkopolsce liczy się tylko robota i czas. Projekt, a może bardziej idea, w pierwszym stopniu identyfikuje się kulturowo z podwórkiem, najbliższym winklem i fyrtlem. Twórcy projektu, Szczun z Kareji i Pan Walizka w działaniach tego projektu stawiają na kameralny charakter działań.

Takim działaniem na małą skalę była między innymi wczorajsza Wieczorynka Pana Walizki w Gruszce i Pietruszce (Rynek 9) wejście od Tumskiej. Wieczorynki będą się tu pojawiać dość systematycznie, o czym Pan Walizka i Gruszka i Pietruszka będą informować na swoich profilach facebookowych i plakatem w lokalu. Ta jednak wczorajsza wieczorynka była szczególna, bo i dzień szczególny. - Myślę, że mówienie o tradycji, o kraju, w którym żyjemy, dzieciom jest trudne. Robią to szkoły, przedszkola, czasem teatr zawodowy, ale to nie są wartości instytucjonalne. Polska to dla mnie cholernie intymny temat, taki o którym by nie popaść w akademie i patos powinniśmy mówić kameralnie. Może czasem trzeba powrócić do realizmu magicznego, z którego przecież czerpią legendy. Mit założycielski naszego miasta, a dalej kraju to czysta niemal abstrakcyjna magiczność. Lech, Czech i Rus wszyscy to znamy. Ja nawet chyba mogę Lecha zrozumieć. Z mojego okna widać katedrę na tle zachodzącego słońca. Pewnie tak jak Lech, kiedy zobaczył orła na tle zachodu słońca, w tym dokładnie miejscu mógł również być osłupiałym z wrażenia. Ja tak mam podczas każdego zachodu słońca. Zakochuję się w tym widoku, bo nasz – mówi Pan Walizka.



11 listopada rozpoczynając wieczorynki, Pan Walizka zdecydował się bawić właśnie tematem Niepodległości. Jego walizka wypełniona różnymi prostymi, niekiedy zaskakującymi rekwizytami to baza, na której improwizuje, wchodząc w interakcje z dziećmi. Bawić się mitem założycielskim i elementami historii nie oznacza jednak wyśmiewania w przypadku Pana Walizki.

Początek opowieści, kiedy jako narrator opowiada gnieźnieński bajarz o tym, jak to Pan Walizka od rana szykował się do świętowania, czyszcząc buty, dobierając strój, począwszy od białej koszuli przez biało-czerwony krawat, a nawet skarpetki, był dobrym sygnałem o tym, że mimo pewnej abstrakcyjności samej wymyślanej opowieści 11 listopada to ważny, radosny i podniosły dzień. W małej przestrzeni Gruszki i Pietruszki widać tę założona pośpieszność i ulotność tworzonej przestrzeni. Kilka krzeseł widowni, wiklinowy parawan i jedna lampa. A jednak jest pewna odświętność. Na widowni z 7 osób. W tym 3 dzieci. - Szczerze mówiąc, żeby opowiadanie bajek miało swój urok, ta kameralna intymność jest wskazana. Kiedy rodzic opowiada bajke dziecku to najczęściej jest to układ jeden opowiadacz – jeden odbiorca. Nie odgrywam swoich bajek, nie o to tu chodzi, to jest opowiadanie na żywo, uteatralnione jednak nieaktorskie. Chodzi mi o inny rodzaj ekspresji. Teatr zabawy, do którego odwoływał się mistrz Jan Dorman, jeśli ma być zabawą również dla dzieci, powinien być zabawą zatem działaniem niepowtarzalnym. Naturalna teatralność czy teatralizacja zabawy przez dzieci opiera się na kreowaniu i wymyślaniu. Dzieci nie piszą przecież scenariusza np. do zabawy ze sklep, nie ma tu miejsca na wyuczenie roli. Myślę, że ta forma moich wieczorynek balansuje właśnie pomiędzy ciepłym kameralnym opowiadaniem a żywiołowym teatrem jarmarcznym, czy może raczej podwórkowym – wyjaśnia Pan Walizka.

Bajka o bazyliszku weneckim, białych łzach orła i kropli krwi trwała właściwie kwadrans, opowiadacz koncentrował swoją uwagę na dzieciach dialogując z nimi w trakcie opowieści pytając o to, co mogłoby się teraz stać, rozmawiając z widzami, używał ich imion, przekomarzał się, kiedy Benek zbyt intensywnie zabawiał się klaksonem, albo Gaja czy Matylda w trakcie naśladowania dźwięków deszczu trochę się za głośno rozdzwoniły. Sama improwizowana opowieść była kompilacją legendy o gnieźnieńskim Bazyliszu z Weneji, legendy o Wzgórzu Lecha z kilkoma innymi motywami klechd polskich.

Było między innymi powstanie Polskiej flagi z białych i czystych łez orla i krwi zranionego władcy. Jak to bywa, w opowieściach Pana Walizki łzy orła zastąpiła śmietana a krew sok malinowy.

Na koniec dzieci mogły same pobawić się rekwizytami. Pan Walizka i szefowa Gruszki i Pietruszki zapowiadają kolejne wieczorynki. - Tym razem, poszliśmy tak bardzo dormanowsko 15 minut. Myślę, ze następne wieczorynki będą miały 2 części w pierwszej, przeczytam literacką wersję którejś ze swoich bajek, a w drugiej przedstawię uteatralnioną improwizację innej historii. Takie pól godziny. Takie pogranicze stortellingu i teatru zabawy z elementami teatru lalek. To będą niedziele godzina 17.00. Najbliższe spotkanie to niedziela 25 listopada. Wieczorynka, na której pojawi się bajka świąteczna, takie zadanie postawiły przede mną dzieci, ale też chciałbym przedstawić jedną z bajek afrykańskich, które promuje Mamadou Diouf z www.afryka.org. - zdradza Pan Walizka.

Autorzy Bo nasze myślą o Festiwalu Bajek i Legend Gniezna.

zobacz wydarzenie 

J.G.
Zdj. Jakub Gawron

Tagi: Gruszka i Pietruszka Pan Walizka