• Mikołaj Stopczyński

O nostalgii, techno i VHS

Jeszcze rok temu nie uwierzyłbym, że moim ulubionym albumem 2017 będzie zespół oscylujący wokół elektroniki i alternatywnego popu (wówczas dla mnie dość „egzotycznych” gatunków). A jednak, jesienią przypadkiem natrafiłem na Coals i ich singiel „S.I.T.C.”. Niedługo później na półce znalazł się debiutancki album „Tamagotchi”, który pogłębił mój zachwyt tym wydawać by się mogło niepozornym duetem ze Śląska. W ramach wiosennej trasy, 4 kwietnia zespół odwiedził klubokawiarnię „Meskalina” w Poznaniu.

Krótko po 20 na scenie pojawiły się trzy postacie: wokalistka Kasia Kowalska, odpowiadający za sample Łukasz Rozmysłowski i wspomagający ich gitarowo w trasie Bobkovski (notabene poznaniak). Przestrzeń wypełniła się mgłą z prężnie pracującej dymiarki, z rzutnika jawił się na ścianie ledwie zauważalny obraz głaskanego kotka. Ta z pozoru nietypowa otoczka współtworzyła unikalny klimat, jaki zapanował na sali. I rozpoczęło się. Od pierwszych dźwięków publika w pełni wkroczyła w muzyczny świat przepełniony wielorakimi odczuciami.

Piosenki z „Tamagotchi”, które stanowiły prawie całość setlisty, to przede wszystkim pomost między współczesnymi formami muzycznymi, a nostalgią sięgającą do czasów beztroskiego dzieciństwa czy lekkimi znamionami vaporwave. W tekstach usłyszeliśmy m.in. o reliktach nie tak dawnej przeszłości, jakimi są dziś VHSy, kasety magnetofonowe czy tytułowe Tamagotchi. Ten swego rodzaju powrót do lat młodzieńczych wzbudzał wspomnienia, ale też utrwalał niezwykły nastrój.

Na szczególną uwagę zasługuje wokalistka. Niepozorna, małomówna i nieśmiała Katarzyna śpiewała czysto i zniewalająco, nieważne czy były to wysokie „elfie” wokalizy z „Hoodie Blake” i „90’s Babies” czy nieśmiały rap z „Hauntology” i „VHS Nightmare”. Można śmiało powiedzieć, że wykonania często przebijały studyjne nagrania, co zdawać by się mogło jest coraz rzadsze w muzycznym świecie. Choć niebywały wokal zdecydowanie najbardziej przyciągał uwagę, należy pochwalić także pozostałych muzyków. Łukasz za sprawą przyjemnych i refleksyjnych beatów utrzymywał słuchaczy w lekkim transie, od czasu do czasu sięgając także po gitarę. W przeciwieństwie do Katarzyny mówił dość często. Choć czasem delikatnie mąciło to klimat, wypadał bardzo sympatycznie. Bobkovski idealnie dopełniał główny duet wraz ze swoim basem i gitarowymi solówkami.

W ramach bisu przenieśliśmy się na początek drugiego tysiąclecia i wysłuchaliśmy „Techno” i zamykające debiutancki album „Lato 2002”. Jedyny zarzut mogę postawić setliście, która w gruncie rzeczy okazała się dość krótka (być może to moje przyzwyczajenie do długich koncertów Kultu). Po nieco ponad godzinie Coals opuściło scenę. Trochę szkoda, gdyż słuchacze przeżyli naprawdę udany koncert, który pięknie dopełniłyby również starsze utwory takie jak „Weightless”, „Sting” czy „Shattered Mirrors”. Z drugiej strony jest to pretekst, by znów zobaczyć duet (bądź trio) na przyszłych występach.

Kwietniowy wieczór z Coals mogę uznać za naprawdę udany. Piękne kompozycje, hipnotyzujący wokal, klimatyczne i dobrze zagrane koncerty – to chyba główne powody, dla których warto poznać tę nostalgiczną perłę współczesnej polskiej muzyki i przyjrzeć jej się z bliska.

 

Mikołaj Stopczyński

 

Tagi: Klubokawiarnia Meskalina Coals