• Kamila Kasprzak-Bartkowiak

Od razu miałem wizję działań

Z dr. Michałem Bogackim, dyrektorem Muzeum Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie - o działalności muzeum w grodzie Lecha, pomysłach na to, jak dziś opowiadać piastowskie dzieje, o zadaniach instytucji kultury i jej promowaniu, a także pasji do wczesnego średniowiecza oraz interpretacjach historii, współpracownikach i planach - rozmawia Kamila Kasprzak-Bartkowiak.

Kamila Kasprzak-Bartkowiak: Jeśli się nie mylę, to już pięć lat jesteś szefem Muzeum Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie. Wrosłeś na dobre w to miejsce i w miasto?

Michał Bogacki: Rzeczywiście, niedługo minie pięć lat. Dokładnie 1 kwietnia – to nie żart. Właśnie tego dnia, w 2015 roku, rozpocząłem pracę w gnieźnieńskim muzeum. Żeby było weselej, poprzednią pracę, w 2011 roku, też rozpocząłem tego dnia. Czy wrosłem w to miejsce? Trudne pytanie. W jakiś sposób tak. Staram się jednak nie wrastać. Zawsze mnie gdzieś gna i jakby się pojawiła jakaś nowa propozycja, pochyliłbym się nad nią i zastanowił, czy nie będzie dla mnie lepsza... Bo przecież dyrektorem się bywa, a ja muszę myśleć o swojej przyszłości.
Zawsze się śmieję, że jestem jedyną osobą, która nie ma stałej umowy o pracę i za którą nie staną związki zawodowe czy inne organizacje.
A co do miasta? Bardzo podoba mi się Gniezno, układ urbanistyczny - choć może dla wielu niezbyt komfortowy, bo XIX-wieczne rozplanowanie centrum nie jest w stanie sprostać niektórym współczesnym wyzwaniom - kamienice, klimat, a przede wszystkim porządek. Mieszkałem w kilku miejscowościach w naszym kraju, mniejszych lub większych. Mam więc jakieś porównanie i patrzę z dystansu.
Te pięć lat bez wątpienia zwiększyło moje doświadczenie w pracy w kulturze, ale nie tylko. Dlaczego dodaję, że nie tylko? Odpowiedź jest banalnie prosta. Jestem zwolennikiem stanowiska, według którego osobą zarządzającą instytucjami, bez względu na ich specyfikę, powinien być dobry menadżer. Żeby nie było – sam się za takiego nie uważam. Ale nie patrzę na charakter instytucji: dom kultury, muzeum itp... Nadrzędna jest dla mnie ustawa o finansach publicznych, a dopiero potem wszystko inne.

KKB: Jak wspominasz początki pracy w muzeum i ludzi, z którymi ją zaczynałeś?

MB: Trudne pytanie. Wprowadziliśmy – do pewnego momentu ja sam, a później wspólnie, większą grupą - w naszym zespole dużo zmian. Dotyczyły one nie tylko rzeczy widocznych z zewnątrz, jak redefinicja oferty muzealnej, system identyfikacji graficznej, koncepcja tworzenia ekspozycji, itp., ale również tych wewnątrz, czyli uporządkowanie systemu ewidencji zbiorów, zakończenie – po wielu, wielu latach – systemu ewidencji elektronicznej czy porządkowanie magazynów.
Zasadnicze kierunki tych zmian zostały przeze mnie zaproponowane w koncepcji rozwoju instytucji, jaką przedłożyłem w konkursie na stanowisko dyrektora. Na tej podstawie zostałem wybrany. Tamta wizja i założenia były w wielu aspektach odmienne od tego, co zastałem. Nie mnie oceniać, czy moje zmiany są dobre, czy też nie. Jednak konsekwentnie działam zgodnie z tamtymi celami strategicznymi, które przyjąłem.
A jak wspominam ludzi? Przede wszystkim jako mówiących: „zawsze tak było" oraz „tego się nie da zrobić, bo muzeum jest specyficzne". Dziś ogromna większość już tak nie mówi.

KKB: Jakie były te Twoje cele?

MB: Nie były one niczym odkrywczym. Zwykłe połączenie znanych mi dobrych wzorców - nie tylko muzealnych i moich doświadczeń, a przede wszystkim myślenie przez pryzmat administratora, nie wizjonera. Wszystko to znalazło się we wspomnianej koncepcji. Na bieżąco rodziły się kolejne pomysły dotyczące sposobu realizacji tego wszystkiego. Wpierw w dużej mierze wychodziły ode mnie (wiadomo, nowy dyrektor, lepiej się nie wychylać), z czasem od coraz większej liczby moich współpracowników. Dotyczy to zarówno rzeczy małych, jak i dużych.
Często owe pomysły nie rodziły się wcale powoli. Jakiś czas po tym, gdy rozpocząłem pracę w Gnieźnie, spotkałem się z grupą architektów projektujących nowe przestrzenie na piętrze.
Krótko przed tym przyszła informacja o terminie składania wniosków do Urzędu Marszałkowskiego na dofinansowania ze środków unijnych. Działanie było natychmiastowe, w ciągu niecałych dwóch miesięcy powstał o wiele większy projekt zagospodarowania przestrzeni, nie tylko wspomnianych pomieszczeń, ale powierzchni kilkukrotnie większej.
I tak, praktycznie po trzech miesiącach od mojego przyjścia, składaliśmy tak zwaną fiszkę, na bazie której otrzymaliśmy środki na przebudowę prawie jednej trzeciej muzeum. Efekt można oglądać dziś. Choć czasami się śmiejemy, że gdybyśmy wtedy znali się lepiej, gdybym ja znał lepiej muzeum, gdybyśmy byli wówczas bardziej zgrani, dziś ten projekt wyglądałby inaczej.

KKB: Pamiętam, jak kiedyś, w czasie naszej innej rozmowy, stwierdziłeś, że muzeum nie jest ośrodkiem kultury i nie trzeba w nim na przykład organizować koncertów, by przyciągnąć odbiorców. Czy to myślenie towarzyszy Tobie do dziś? Jakie masz pomysły na promocję swojej placówki?

MB: Przypomnę kontekst tej wypowiedzi. Poprzednio byłem dyrektorem ośrodka kultury na wsi na Podlasiu. Było tam wszystko: tradycyjny ośrodek kultury, w zasadzie razy dwa, bo jeszcze oddział w jednej wsi, ośrodek sportu, czyli dwie płyty boiska do piłki nożnej, a potem też Orlik, muzeum, motel, domki campingowe, siłownia. Nie było tylko biblioteki – ta ostatnia była dosłownie za ścianą, zajmowała część naszego budynku głównego. Tam zajmowaliśmy się praktycznie wszystkim, nie licząc kwestii związanych z działalnością naszego sąsiada. To była mała miejscowość i wszystko było scentralizowane pod jednym zarządem.
W miastach wygląda to zupełnie inaczej. Oddzielnie muzeum, oddzielnie ośrodek kultury, oddzielnie miejsca dla sportu i rekreacji, itp.
Jestem przeciwnikiem tego, aby muzeum realizowało działania, które tradycyjnie robi ośrodek kultury, ośrodek kultury – zadania biblioteki, biblioteka – teatru, teatr – ośrodka sportu, ośrodek sportu – muzeum...
Można by długo wymieniać. Wszystkie te instytucje są ważne i wszystkie darzę szacunkiem. Ale niech każda zajmuje się tym, do czego została powołana. Niestety, w praktyce wielu dyrektorów goni za ilością działań w sprawozdaniach, zawsze naiwnie tłumacząc, że to przyciąga ludzi. Nie zawsze przyciąga, a jeśli już, to najczęściej nie w takiej skali, że więcej zyskamy, niż wydamy pieniędzy.
Ktoś może powiedzieć, że przecież instytucje kultury są po to, by ułatwiać do nich dostęp, a nie wszystko da się przeliczyć na finansowy zysk. Ja się z tym zgadzam, ale... Niech muzea wydają pieniądze na te działania, które są im przypisane, ośrodki kultury na te, które należą do nich itd. A jeśli jedna instytucja wchodzi w kalosze drugiej, najczęściej czyni to z uszczerbkiem dla swojej podstawowej działalności.

KKB: Patrząc na ostatnie wydarzenia w MPPP – na wystawę pt. „Piast TOTAL WAR", której tytuł brzmi, jak nazwa gry komputerowej albo na zakończoną niedawno ekspozycję o Słowianach połabskich, promowaną słowem "idol", kojarzonym z telewizyjnym talent show – można się przekonać, że o średniowieczu da się atrakcyjnie opowiadać współczesnym językiem.

MB: Jeśli chcemy coś przekazać, to musimy to robić atrakcyjnie dla większości. Jeśli chcemy kogoś zachęcić do skorzystania z naszej oferty, to czynimy to w sposób odróżniający nas od innych. Proste zasady. A czy to kwestia podejścia marketingowego, czy pasji? Tego pierwszego. Pasja ułatwia realizację działań marketingowych. Dlaczego? Bo niespecjalnie trzeba się samemu przekonywać do produktu...

Więcej na www.kulturaupodstaw.pl w rozmowie "Od razu miałem wizję działań" z 23 marca 2020 r.
Fot. Dawid Stube

Tagi: Muzeum Początków Państwa Polskiego Michał Bogacki