• Kamila Kasprzak-Bartkowiak

Krytyka uchodzi za działanie jałowe

Z Wiesławem Kotem, krytykiem filmowym i publicystą oraz członkiem Jury Głównego tegorocznej Offeliady, rozmawia Kamila Kasprzak-Bartkowiak.

- Jurorem Offeliady jest Pan po raz pierwszy, ale w Gnieźnie to już kolejna wizyta. Jak to się stało, że tym razem dał się Pan namówić na jurorowanie na festiwalu filmów niezależnych?

- W Gnieźnie jestem po raz niepoliczalny, bo często przyjeżdżam tu do teatru czy na obiad, a i znajomych przyprowadzam na weekendy. Mimo, że jestem człowiekiem pracowitym, to nie jestem aż tak oblężony i kalendarza nie mam tak szczelnie wypełnionego, żebym nie znalazł czasu na jurorowanie filmów niezależnych, cokolwiek to dzisiaj znaczy. Ponieważ przeminęły szczęśliwie czasy PRL-u, kiedy było kino oficjalne i niezależne, czyli takie, które wymykało się tej formule państwowej, nawet nie powiemy publicznej. Dzisiaj tego podziału już de facto nie ma, a film może nakręcić każdy. Sam kręcę mnóstwo filmów swoim telefonem komórkowym, który zresztą nabyłem za niewygórowaną cenę, ale one mają charakter zabawy oraz pozaartystyczny, i tak robi mnóstwo ludzi. W związku z tym dzisiaj kręcenie filmów nie jest żadną celebrą ani aktem szczególnym i jak w każdej dziedzinie sztuki, zdarza się tutaj od czasu do czasu coś artystycznego, ale dosyć rzadko. Zatem cokolwiek by nie znaczyła formuła kina niezależnego, to mnie to nie przeraża, nie czuję między sobą, a tego rodzaju twórczością żadnej ściany i bardzo chętnie się przyjrzę i w miarę swoich skromnych możliwości wywiążę się ze wskazania paluszkiem na jedno czy drugie dzieło. Poza tym pokusiłbym się o odrobinę szerszą diagnozę tego co tu oglądamy.

- Jak zatem brzmiałaby ta diagnoza?

- Mamy tutaj do czynienia z produktami quasi-artystycznymi ludzi młodych. To są prace najczęściej robione na zaliczenie w uczelniach filmowych, aktorskich czy artystycznych. W związku z tym to stwarza od razu pewną określoną sytuację. Po pierwsze, są to ludzie młodzi i często z ich filmów wynika, że oni są zdziwieni, że kamera filmuje, tak jakby dziecko dostało zabawkę do ręki. Dziwią się, że kamera potrafi kręcić pod światło i mówią jakie to ciekawe, że można kręcić przez brudną szybę czy kamerę zawiesić na plecach. Oni są tym zdziwieni, a dla kogoś kto trochę się zna na filmie to nie jest nic nowego, ale dajmy im czas niech się trochę oswoją ze sprzętem. Oni mają ponad 20 lat i generalnie wiele ze świata jest dla nich nowe i ciekawe, więc to jest czas pewnych odkryć. Jak ocenia te filmy ktoś kto ma trzy razy więcej lat niż oni? A ja mam mniej więcej tyle, to ja się dziwię, że oni się dziwią. Mówię sobie, ty jesteś zgred z pokolenia schodzącego, a to są dzieciaki i one po raz pierwszy widzą coś co im się wydaje rewelacją. Mają teraz 23 lata, a jak będą mieli 43 to powiedzą, że to niedobre, że dajcie spokój, a jak będą mieli 63 to uznają, że to jest banał i niedopuszczalne, by tak opisywać coś, co jest powszechne. To jest pewna dywersyfikacja sposobu patrzenia na świat. Kolejna sprawa to fakt, że oni wykonują te filmy jako praca zaliczeniowa u swoich profesorów. Kim są ci profesorowie w tych szkołach? Najczęściej to osoby starsze i niekoniecznie mistrzowie. W takim sensie, że są to ludzie z branży, którzy 10, 20 czy 30 lat temu mieli swoje 5 minut i swoje pasmo sukcesów w kinie albo sztukach dookoła, a potem już nie albo była droga w dół, ale przecież z czegoś muszą żyć, więc oni się często meldują w tych szkołach filmowych czy artystycznych. Samemu nie zawsze się udało albo krótko się udało, a potem uczą innych. Nikt ich nie legitymuje od tej strony „Panie profesorze ocenia pan nas, to niech pan pokaże swoje dokonania opublikowane w sztuce w tym miesiącu, roku czy dwa lata temu."

- Teoretycznie filmowcy niezależni od sponsorów, dystrybucji czy innych oczekiwań, powinni być odważniejsi lub nie bać się eksperymentów w swoich dziełach. Czy zgodzi się Pan z takim założeniem?

- Nie, oni nie są odważni i to nie wynika z tego, że oni nie mają odwagi. Oni nie są odważni, bo nie mają nic do powiedzenia i najczęściej nie widzą niczego oryginalnego w świecie albo działają według pewnych schematów. Na przykład pokazują pana, który ma 60 lat i był do tej pory bezdomnym, a teraz zaczął się zajmować teatrem i to mu pozwoliło z tej bezdomności jakoś wyjść. Dla normalnego człowieka jawią się pytania, których w tym filmie nikt nie zadał, czyli jak to się stało, że w wieku 60 lat on jest bezdomny, że nie ma pracy, że nic nie umie, nie ma przyjaciół i został na lodzie. Przecież na takie stadium trzeba pracować w życiu dzień w dzień przez dwadzieścia czy trzydzieści lat. Te pytania nie padają. Tylko użalamy się nad pewnym panem, który był bezdomny i pił, a teraz już nie pije. Strasznie to jest okrojone, nieśmiałe, niedrenujące, takie nieposzukiwawcze. W tym sensie nie miewają odwagi.

- W Pana ulubionym filmie „W samo południe" jest taka ważna scena, gdzie główny bohater nie chce już uciekać i decyduje się na starcie ze swymi przeciwnikami. A czy niezależni filmowcy przed czymś uciekają?

- Uciekają sami przed sobą, przed wydeptywaniem nowych ścieżek. Najczęściej według polskiej modły „my jak nasi ojcowie". Tak tak jak na jednym filmie dziadek cieszy się, że wnuczek jest do niego podobny. Człowieku, ty się powinieneś przestraszyć, że twój wnuk jest do ciebie podobny, a ty jesteś głupi, brzydki i niczego w życiu nie osiągnąłeś, więc z czego ty się cieszysz. Ogólnie, to powinien w ramach czwartego przykazania oddać należną cześć ojcu i matce – to jest jedno, a po drugie natychmiast się od nich odciąć i zrobić coś nowego lub przekroczyć. I ci młodzi ludzie niestety jeśli szukają jakiegoś problemu, to na wysypisku śmieci, blokowisku, wśród bezrobotnych, czy w slamsach. I jak przychodzą do tych slamsów, to widzą takich smutasów, którzy siedzą na zasadzie „czemuś głupi, boś biedny – czemuś biedny, boś głupi" i nie ruszają się, patrzą tępym wzrokiem dookoła.

- A czy były w takim razie obrazy, które Pana zaskoczyły i przełamały pewien schemat?

- Tak, poza tym, że ci młodzi ludzie nie zadają ważnych pytań i przyjmują wszystko co im się gotowego podaje na tacy, to subiektywnie wskazałbym na film „Drugi pokój" Katarzyny Krapacz. Dlatego, że tam jest taka metaforyczna opowieść o różnych frikach, o świrach z których każdy prowadzi w miarę normalne i poukładane na zewnątrz życie, ale w swoim mieszkaniu ma drugi pokój i w tym drugim pokoju ujawnia się jego właściwa osobowość. Na przykład jedna pani hoduje kwiaty, bo wyrzuciła dzieci z domu, które jej zawadzały, więc zwolnił się pokój. Ktoś inny chciał być pewnie księdzem, więc odprawia tam ceremonie quasi-liturgiczne i wypija oczywiście wino, ale nie w ilościach mszalnych, tylko w ilościach hurtowych. To wszystko ma taki freudowski podtekst mówiący o naszej osobowości czy potrzebach, więc dlatego jest metaforycznie ciekawe.

- I czy będąc filmoznawcą, czyli teoretykiem, nie myślał Pan albo nie spotykał się z zarzutem filmowców, że powinien stanąć po drugiej stronie kamery i samemu spróbować zrobić film? Jak odpowiada Pan na tego typu twierdzenia?

- Krytyka uchodzi za działanie jałowe czy zastępcze wynikające z zawiści i zazdrości, a do tego niskie. Ponieważ nie potrafisz sam, nie masz pomysłu i jesteś bezpłodny, jałowy, to jak się komuś uda, to jedyne co potrafisz zrobić to go skrytykować, zdołować i odebrać mu zasługi. Jesteś małym palantem. Nie zawsze to jest prawda. Poważę się powiedzieć, że wkład intelektualny w rozeznawanie tego filmu i we wnikanie w ten film jest dziesięć razy większy niż ten wkład artystyczny talentu, który oni włożyli w powstanie tego filmu, bo tak bywa. Mamy do czynienia zwykle z beztalenciami, leniami czy nieukami, którzy nie mają minimum samokrytycyzmu i przepychają coś czego powinni się wstydzić.

 

Kamila Kasprzak-Bartkowiak

Fot. Anna Farman

Przedruk z gazetki 13. Festiwalu Filmowego Offeliada.

 

Tagi: Film Offeliada Festiwal filmowy Wiesław Kot