• Start
  • Wywiady
  • Najważniejsza jest miłość do świata, przyrody i siebie nawzajem
  • Kamila Arya Kasprzak - Bartkowiak

Najważniejsza jest miłość do świata, przyrody i siebie nawzajem

Z Agatą Ożarowską, fotografką, biologiem, przewodniczką i podróżniczką oraz smakoszką herbaty, o artystycznych powrotach do Gniezna, związkach człowieka z naturą, dramacie zmian klimatycznych, duchowości, podróżach czy herbacianej pasji, rozmawia Kamila Kasprzak-Bartkowiak.

- Można powiedzieć, że tej wiosny niespodziewanie „wróciłaś” do Gniezna. Najpierw dzięki wystawie fotografii „Odwilż” w Czytelni na Piętrze przy bibliotece I LO, a następnie spotkaniu „Na tropie herbaty w Birmie” i ekspozycji Twoich prac w Starym Ratuszu. To były dla Ciebie ważne wydarzenia?

- Muszę przyznać, że dawno się tak nie stresowałam, z jednej strony wracałam ze swoją artystyczną i podróżniczą odsłoną do rodzinnego miasta, czemu towarzyszyła wielka radość. Wracałam przecież jak do bezpiecznego domu. Faktycznie powrót ten był dość niespodziewany i po dłuższej przerwie. Dlatego też towarzyszył mu pewien rodzaj niepokoju, przede wszystkim dlatego, że zależało mi na maksymalnej szczerości. Musiałam więc najpierw zmierzyć się sama ze sobą, zdefiniować siebie dogłębnie. Kiedy pojawiła się propozycja Joanny Gronikowskiej, by w Czytelni na Piętrze zrobić wystawę moich fotografii, nie miałam wątpliwości co do tematyki prac. Wiedziałam i bardzo mi na tym zależało, by były one bardzo osobiste. Nie chciałam pokazywać wcześniej realizowanych wystaw czy po prostu egzotycznych kadrów z podróży, które zawsze przyciągają oko. Przyznam, że wybór tak osobistych i długo realizowanych zdjęć był bardzo trudny i kosztował mnie wiele odwagi i niejedną nieprzespaną noc, ale satysfakcja była ogromna. Tak jakby część mnie, część długo „trawionych” myśli i emocji uleciała gdzieś w nieznaną przestrzeń, a tym samym dodała mi lekkości. Natomiast drugi „powrót” w odzwierciedleniu herbacianej i podróżniczej pasji w Starym Ratuszu zawdzięczam zaproszeniu od Dominiki Sochackiej-Drzewieckiej, który także sprawił mi wiele radości, głównie dlatego, że pierwszy raz w towarzystwie moich Rodziców dzieliłam się publicznie swoimi podróżniczymi przygodami. To jest bardzo dziwne, przyjemne, ale też stresujące uczucie, kiedy przy Rodzicach wychodzisz z tej naturalnej roli dziecka, a pokazujesz im siebie taką, jaką jesteś podczas swojego rodzaju pracy. Energia z takich spotkań, zarówno z Czytelni na Piętrze jak i ze Starego Ratusza, dodała mi skrzydeł i szczerej wewnętrznej radości na długi czas, za co bardzo dziękuję Joannie i Dominice.

- Zacznijmy może od jednej z części „Odwilży”, która między innymi przykuwa uwagę połączeniem kobiecego aktu z „łonem natury”, co silnie pokazuje związek człowieka z przyrodą. Jak rozumiesz te relacje?

- Mogę powiedzieć, że od zawsze bardzo głęboko odczuwam swoją więź z przyrodą. Nie dotyczy to tylko chęci i umiłowania przebywania w jej otoczeniu, ale swego rodzaju „współodczuwania” w kategoriach estetycznych i emocjonalnych. Zdaję sobie sprawę, że wynika to z wielu czynników, między innymi tego, że jestem biologiem, fascynują mnie pierwotne kultury, których związek z przyrodą jest dość transcendentalny, mam rozbudowaną wyobraźnię i dziwną konstrukcję wrażliwości albo może nadwrażliwości. Pamiętam kiedy byłam pierwszy raz w Tatrach w wieku ośmiu lat i zerwałam gałązkę świerka z młodym, jaskrawozielonym przyrostem. Wówczas Mama powiedziała mi żebym tak nigdy nie robiła, gdyż jej wtedy już nieżyjący Tata – czyli mój Dziadek – który był Leśniczy powtarzał, że to tak jakby komuś urwać palec albo rękę. To chyba też bardzo ukształtowało moją empatyczność w stosunku do przyrody. Projekt fotograficzny „DRZEWOstany”, to zapewne wypadkowa tych wszystkich składowych, ale nie tylko. Od dłuższego czasu zachwycają mnie drzewa – ich statyczność, niewzruszenie, a jednocześnie tak złożone procesy wewnętrzne jak rozwój czy umiejętności przetrwania różnych warunków. Od dawna też intryguje mnie ludzkie ciało jako środek wyrazu artystycznego. Kobiecy akt osób zupełnie niezwiązanych z pracą modela, to dla mnie przede wszystkim bardzo intymny proces samoakceptacji. Nie ukrywam, że silnym bodźcem do realizacji właśnie takiego projektu – zestawienia, a może nawet symbolicznego wcielenia, kobiecego ciała w drzewo lub według interpretacji – drzewa w kobiece ciało, było osobiste przeżycie nagości w obecności drzew i mrozu. Efekt fotografii i samo jej tworzenie jako modelka, bardzo pomogło mi odbudować albo na nowo odszukać swoją kobiecość - być świadomą swojego ciała jako w pełni wartościowej kobiety. Myślę, że wiele kobiet, choć tego nie widzimy, ma ciągle sporo kompleksów związanych z ciałem i samoakceptacją, co bardzo wpływa na poczucie kobiecości. Nagość i drzewa są więc swojego rodzaju zdobywaniem siły i pewności dla samych modelek, a w efekcie „DRZEWOstany” są synergią tych dwóch światów wewnętrznych – i drzewa i kobiety, przedstawione w najbardziej naturalny i prosty sposób. Można jednak spojrzeć na te prace także z perspektywy drzewa – porównując je do nagiej kobiety, dostrzec w nim całą sieć skomplikowania i piękna, a nie tylko korę, liście i gałęzie. Zarówno drzewa jak i kobiety, ich cielesność i kobiecość, są tak powszechnie obecne w naszym świecie, że niezauważalne. Tworzą encyklopedyczne drzewostany – ciałostany, a przecież każde z nich jest odrębnym drzewem – kobietą z własnym wachlarzem doświadczeń, przeżyć i wartości.

- Czy rozpatrujesz je także w szerszym, ekologicznym aspekcie, choćby w kontekście zmian klimatycznych i tym samym lęku o przyszłość ludzkości?

- Myślę, że tak. Podczas realizowania pierwszych prac z serii „DRZEWOstany” miały miejsce bardzo brutalne i nieuzasadnione, albo może lepiej zabrzmi, głupio uzasadnione wycinki starych drzew w parkach w Poznaniu. Strasznie mnie to bolało. Parząc na pozujące mi kobiety patrzyłam na nie jak na drzewa, które właśnie ktoś zabija bo są za stare, albo już nie pasują. Czasami podczas ekspertyz przyrodniczych drzew do wycinki, chce mi się płakać kiedy inwestor pozbywa się np. ok. 100-letniego dębu bo uważa, że wzrośnie cena działki do sprzedaży. Wiem, że jako gatunek ludzki jesteśmy w beznadziejnym miejscu poprzez swoje myślenie i działanie. Przekonuję się o tym podczas prowadzonych w Poznaniu zajęć przyrodniczych w ramach Dzikiej Szkoły, podczas podróży po świecie i podczas zwyczajnych rozmów na ulicy. Czasem jeszcze ślepo wierzę, że ta zatracona więź każdego z nas ze światem przyrody zostanie odbudowana. Uważam, że dopóki człowiek nie zacznie przyrody traktować jako bezpiecznego domu, schronienia i części swojej tożsamości, to nie zacznie jej chronić i szanować. Dbamy bowiem o to co kochamy. Dlatego też popieram wszelkie działania, które mogą obudzić wrażliwość ludzi na otaczający nas świat przyrody.

- Jeszcze inna rzecz, to niesamowity klimat Twoich prac i emocje jakie wywołują. Kreowałaś te obrazy i stany sama czy wspólnie ze swoimi modelkami?

- W przypadku fotografii konceptualnych, które realizuję, zawsze najważniejsza jest dla mnie emocjonalność osoby, która mi pozuje. Oczywiście pomysł wypływa z moich przeżyć i refleksji, ale rezultat to składowa mnie i modela. W przypadku „DRZEWOstanów” to często dziewczyny same wybierały sobie najbardziej pasujące im odczuciom drzewo lub po długich rozmowach ja szukałam dla nich odpowiedniej scenerii. Realizacji tych zdjęć towarzyszyły nierzadko bardzo głębokie emocje lęku i spełnienia oraz pewnego rodzaju skrępowania i nieopisanego uczucia wolności.

- Z kolei uwieczniona przez Ciebie przyroda dzięki czarno-białym kadrom, faktycznie zyskuje tajemniczą i metafizyczną aurę. Czy podziw i szacunek dla natury może być formą duchowości?

- Bardzo trafnie to nazwałaś. Po tych wielu podróżach i zetknięciu z rozmaitymi kulturami, rytuałami czy światopoglądami, bardzo wyklarowała się też moja postawa wobec Boga. Nieważne w co kto wierzy i jakiego jest wyznania, to umiłowanie przyrody i drugiego człowieka oraz szacunek dla nich, jest moją najszczerszą formą modlitwy. Pamiętam jak siedziałam kiedyś na progu domu mojego zaprzyjaźnionego plantatora herbaty w Nepalu po bardzo trudnej migrenowej nocy i piłam herbatę z jego żoną Anu. Ona jest hinduską, a w domu było mnóstwo symboli hinduistycznych, buddyjskich i chrześcijańskich (jej mąż jest katolikiem). Powiedziała mi wówczas, że nie ważne w jakich stronach świata żyjemy, ale dla każdego z nas świeci słońce i jest piękna przyroda. I to wszystko dał nam Bóg, niezależnie jakiego wyznania jesteśmy. Najważniejsza jest bowiem miłość do świata, przyrody i siebie nawzajem.

- Natomiast druga inicjatywa związana była z podróżami i herbatą, z czym również jesteś kojarzona. To był jakiś „świeży wyjazd” do Birmy i odkrycie tamtejszej herbaty czy wcześniejsza wyprawa?

- Birmę odwiedziliśmy w 2016 roku. W kontekście herbaty była to prawdziwa przygoda, gdyż poszukiwania herbacianych pól były dość zawiłe. Rejon, który słynął z najlepszych upraw herbaty w tym kraju okazał się być dla nas niedostępnym. Trafiliśmy bowiem na lokalne zamieszki, czyli wojnę domową miedzy plemionami, a wojskiem. Mimo prób, każdy odradzał nam dalszą podróż w te rejony. Postanowiliśmy więc pojechać w zupełnie nieznany, nieopisany zachodni region Birmy wierząc, że przez sąsiedztwo z Indiami będzie tam uprawiana herbata. Ostatecznie okazało się, że się nie pomyliliśmy i dotarliśmy do górskiej wioski trudniącej się uprawą herbaty, ale wyprawie tej pomogło sporo zupełnie przypadkowych osób. Przede wszystkim lokalny Pastor, Prezydent Kościoła Babtystów, Miejscowy Minister Rolnictwa oraz dwaj młodzi motocykliści, którzy zawieźli nas przez błoto, rzeki i kamieniste drogi w dżungli do domu gościnnego plantatora. Choć po drodze zalaliśmy silnik i większą jej część pokonywaliśmy jadąc w trzy osoby na jednym motorze z dużymi plecakami, to podróż była niezwykle ekscytująca. W samej wiosce wspólnie z rodziną plantatora zrobiliśmy swoją własną herbatę. To między innymi przez te przygody, spotkania i nieoczekiwane zwroty akcji, lubię opowiadać o podróży do Birmy i często sama nie dowierzam, że brałam w tych wszystkich wydarzeniach udział.

- Odkąd pamiętam, to na cele swych podróży wybierasz w dużej mierze kraje azjatyckie. Dlaczego? Za względu na tamtejszą przyrodę, kulturę czy może mentalność ludzi i... herbatę?

- Przyznam się, że nie wiem dlaczego Azja. Zawsze przyciągały mnie kraje mało ucywilizowane, z ciekawymi łańcuchami górskimi. Oczywiście herbata nadała tym azjatyckim podróżom dodatkowego znaczenia. Zawsze bardziej ciągnął mnie szeroko rozumiany wschód – zarówno jeżdżąc po Polsce jak i nawet bliżej za granicę. Może dlatego, że tam po prostu słońce wschodzi…

- A jak wygląda Twoje życie na co dzień pomiędzy „stanem bycia w podróży”? Bo z tego co można zauważyć choćby na fanpejdżu, realizujesz też inne projekty...

- Lubię być w domu. Lubię pomieszkać, choć po każdej podróży trudno jest mi się w tym domu odnaleźć i wiem, że nie potrafię dłużej pobyć na miejscu. Być może to taka wędrowna natura, być może już pewien nawyk albo nałóg, ale lubię być w drodze. Choć nienawidzę się pakować i rozpakowywać, to uwielbiam doświadczać przestrzeń, jej zmianę, nawet jak przemieszczam się samochodem. Jak powiedział Andrzej Stasiuk: „Przestrzeń jest doznaniem religijnym” i ja też ją tak odbieram. Na szczęście zarówno moja praca jak i praca mojego partnera opiera się na częstym podróżowaniu – bliżej lub dalej. Ekspertyzy przyrodnicze, zlecenia fotograficzne, pilotowanie wycieczek i prowadzenie outdoorowych zajęć edukacyjnych wiąże się w ciągłym „byciu w drodze”. Staram się też przeżywać codzienny dzień jako mini podróż, a picie herbaty i związane z nim rytuały codzienności, zdecydowanie mi to ułatwiają.

- Jak w takim razie rysują się najbliższe plany i dlaczego z napojów tak umiłowałaś sobie herbatę?

- Jak wspomniałam wcześniej, parzenie i picie herbaty jest codziennym rytuałem niemal każdego z nas. Pewnie rzadko kto traktuje tę czynność jak rytuał, ale tak rzeczywiście jest. Fascynuje mnie, że właśnie tak codzienny napój może mieć w sobie tyle odsłon i może nas zabrać w niezwykłą podróż do świata smaków, aromatów i jeśli jesteśmy tego świadomi – do miejsca swego powstania. Herbata jest dla mnie połączeniem „sacrum” i „profanum” w doskonałych proporcjach. Poprzez to, że w niektórych kulturach jest traktowana jako produkt rytualny, to my każdego dnia mamy do czynienia z jakąś cząstką sacrum. Poprzez swoją popularność owe sacrum przenika do naszego zwyczajnego życia i dzięki temu każdy codziennie może mieć odrobinę świętości u siebie. To oczywiście moja filozofia herbaciana i osobista metaforyzacja herbaty, ale myślę, że w życiu każdego z nas najważniejsza jest równowaga między sacrum i profanum, dlatego każdemu jej życzę, a sama ciągle do niej dążę. To też moje plany na przyszłość. Natomiast nawiązując do myśli przewodnich naszej rozmowy, to w kwestii artystycznych fotograficznych działań, pracuję nad kontynuacją cyklu „DRZEWOstany”, a odsłona już pełnowymiarowej wystawy z tego projektu ma się odbyć w przyszłym roku. Oczywiście wszystko jest na etapie planowania, więc zobaczymy jak to wyjdzie. Realizuję też kolejny projekt przy współpracy z Regionalną Dyrekcją Lasów Państwowych w Poznaniu i wystawa tych fotografii również ma się odbyć na początku przyszłego roku. Mój podróżniczy duch nie usiedzi za długo w Polsce, gdyż już na początku sierpnia ruszam po raz kolejny jako pilot Klubu Podróży Horyzonty na Islandię i Wyspy Owcze, ale w między czasie planuję krótki wypad w jakieś europejskie góry. A jesienią i zimą chciałabym zmienić ten znany kierunek swoich wypraw, ale decyzja jeszcze nie zapadła. Poza tym zamierzam nadal rozwijać herbaciany sklep: onecupoftea.pl. Wszystkich też już zapraszam na piątą edycję Poznańskiego Festiwalu Herbaty Zaparzaj!, którego jestem współorganizatorką, 7-8 września w Ogrodzie Botanicznym.

Dziękuję Ci bardzo za rozmowę.

- I ja również serdecznie dziękuję!

Fot. Archiwum A. Ożarowska

rozmawiała

Kamila Kasprzak - Bartkowiak