• Start
  • Wywiady
  • Nie zapominajmy o naszych swojskich ziomeczkach/kontrwywiad z Łukaszem Muciokiem
  • Kamila Arya Kasprzak - Bartkowiak

Nie zapominajmy o naszych swojskich ziomeczkach/kontrwywiad z Łukaszem Muciokiem

Z Łukaszem Muciokiem, animatorem i twórcą kultury związanym m.in. z Teatrem Usta Usta Republika oraz jedynym w swoim rodzaju jedzerem prowadzącym bloga kulinarnego „Marka sama w sobie”, a także współtworzącym spółdzielnię socjalną Domowe Przysmaki – o teatralnej przygodzie, związkach kultury z kuchnią czy lokalnym jedzeniu i życiowych motywacjach, rozmawia Kamila Kasprzak-Bartkowiak.

- Co w tej chwili jest dla Ciebie ważniejsze, kultura czy kuchnia? Bo patrząc na Twoje ostatnie aktywności jak choćby występy we wznowionym spektaklu „Uczta” Teatru Usta Usta Republika czy jedzerowe pasje realizowane na blogu „Marka sama w sobie” lub przez promocję lokalnego produktu i jadła – trudno jednoznacznie rozstrzygnąć...

- A dlaczego rozdzielać te dwie, mocno sprzężone ze sobą dziedziny? Kultura jako wszystko to, co tworzy człowiek oczywiście zawiera w sobie zagadnienia około kulinarne, kuchnia natomiast wynika z kultury. To przy stole często pracujemy, spotykamy się, dyskutujemy m.in. o kulturze, życiu, polityce. Stół biesiadny stał się swoistym centrum naszych spotkań. Nie ma już wspólnych wykopków, prania w rzece, czy też podróży podczas których mogliśmy dyskutować. Dzisiaj w zabieganym świecie mając do dyspozycji resztki czasu, uciekamy do komórek, żeby dać się zbombardować natłokiem informacji, niezbędnych czasem do uzupełnienia ogólnej wiedzy o świecie. Często też z potrzeby wspólnoty podglądamy czy komentujemy wpisy innych na portalach społecznościowych. Stół i wspólne biesiadowanie stały się więc jedynym miejscem, a posiłek taki jak lunch, obiad czy kolacja stały się jedynym momentem na kontakt z żywym człowiekiem, najczęściej nam bliskim lub chociaż przyjaznym. Jedzenie łączy. Dlaczego więc nie jeść przy okazji smacznie?

- Jednak zdaje się, że Teatr był pierwszy. Jak zaczęła się ta przygoda i dlaczego akurat ta sztuka?

- Teatr pojawił się już w latach dziewięćdziesiątych w czasach licealnych. Dlaczego akurat ta sztuka? Najlepiej odpowiedzieć oklepane „z potrzeby wyrażenia siebie”. Jednak wówczas było to dobrą zabawą z grupą przyjaciół w I LO. Może trochę wynikało to z chęci ekshibicjonizmu, egocentryzmu, próby szokowania, zwrócenia na siebie uwagi itp. Potem sekcja w MOK, a później pomysł na start do PWST, spotkania z Panem Andrzejem Malickim i zejście na ziemię. Wreszcie studia na Politechnice i nabór do Teatru Strefa Ciszy w Poznaniu. Tam już po wielu zawirowaniach, wirus zadomowił się na dobre. Wiele różnych projektów z różnymi grupami i miłość do dnia dzisiejszego do Ust. Znaczy się do Teatru Usta Usta Republika, która trwa już kilkanaście lat. Jest to jeden z pierwszych, naprawdę nowatorskich projektów we współczesnym teatrze offowym. Graliśmy spektakle przez internet, w kasynie, po niemiecku, angielsku, w przestrzeniach nieteatralnych, zdobyliśmy dwa razy Klamrę w Toruniu i Małego Diabła w Edynburgu. Co by nie mówić, jeśli chodzi o Off, to jest to jeden z najważniejszych projektów w kraju ostatniego dwudziestolecia i cieszę się, że miałem zaszczyt w nim współuczestniczyć.

- Czy myślisz, że dziś teatr czy nawet pojedynczy spektakl może zmieniać otaczającą nas rzeczywistość, być ważnym głosem w jakiejś sprawie?

- Truizmy w stylu „nawet dla jednej osoby warto” nie są dla mnie. Od kilkunastu lat próbuję się ze ścianą, osiem lat temu wystartowaliśmy z Asią Arndt z projektem Teatr G@j przy Ekonomiku w Gnieźnie. Spektakle offowe mają trochę więcej możliwości jeśli chodzi o formę. Mamy tę przewagę, że możemy widza zaskoczyć teatralizacją przestrzeni i sytuacji z goła nieteatralnych. Ale musimy się borykać ze środkami, co nie zawsze jest takie proste. Teatr G@j jako teatr młodzieżowy był czymś łączącym off z teatrem szkolnym, jednak mam nadzieję że udało się nieraz wymknąć nadanym schematom i coś w tych młodych ludziach zostawić. Wiele ważnych spraw poruszaliśmy i już na etapie tworzenia młodzież je analizowała i tu mam pewność, że kilkadziesiąt osób na przestrzeni tych siedmiu lat zostało tym ważnym głosem dotkniętych. Inaczej jest w przypadku teatru offowego „dorosłego”, a jeszcze inaczej repertuarowego. Wielu pójdzie na sztukę i stwierdzi, że było ładnie, innym poleci oko, a jeszcze inne osoby wyjdą zachwycone. Trudno znaleźć jeden wspólny mianownik dla odbiorcy. Niemniej każdy, kto zgadza się na tę umowną sztuczność, ma możliwość wejścia do świata niesamowitego, pytanie czy mu się podda czy nie. Na mnie duży wpływ miał monodram „Morfina” według Bułhakowa w Teatrze Nowym w Poznaniu, chyba w 1996-1997 roku. Teatr może wpłynąć i zmieniać rzeczywistość, ale przy braku edukacji to za kilka lat nikt już o nim nie będzie pamiętał. Pracuję na co dzień w systemie oświatowym i tu oprócz przedmiotu jakim jest słynny chiński „łok”, nie ma woli dla artystycznego rozwoju systemowego. Chcielibyśmy żyć jak w Danii, a zapominamy, że tam w szkole każdy na czymś gra. Teatry szkolne są tak samo ważne jak matematyka czy angielski. Tego już nie dostrzegamy, więc możemy w perspektywie „burzyć teatry i budować więzienia”. Choć retoryka dziś jest inna. Doskonale to widać choćby na przykładzie Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie – siedzibie wielu instytucji kultury. Zburzmy i coś postawmy innego w to miejsce, bo najważniejsza jest HISTORIA. Ta HISTORIA popsuła ducha artystycznego, ale nie ruszajmy polityki, choć trudno od niej uciec.

- Możesz zdradzić jaki typ teatru lub jaka sztuka Cię ostatnio uwiodła?

- Mało mam czasu pracując na trzech etatach, prowadząc blog i jeszcze co jakiś czas grając spektakle. Byłem na „Szajbie” Marcina Libera we Fredrze, nota bene jest on obok Wojtka Wińskiego założycielem Teatru Usta Usta. Nawet kiedyś w jakimś jego widowisku coś tam, gdzieś tam…. Bez wazeliny – piękny obraz szajby naszej narodowej, jadący po bandzie, ale taki Marcin zawsze był i wszedł dzięki temu do pierwszej ligi. Pisaliście recenzję, więc nie będę dublował. Mistrzostwo.

- A jak było z jedzeniem? Czy to zajmowanie się kulinariami w pewnym momencie wykiełkowało z takiej prywatnej, domowej pasji czy zrodziło się nagle i od razu powędrowało w publiczną sferę?

- Kulinaria były zawsze. Na studiach koledzy przy skromnym zaopatrzeniu zawsze mówili „Dajcie Muciokowi, to coś z tego zrobi”. Pasja do gotowania towarzyszyła mi wszędzie i nie kolidowała z innymi aktywnościami. No bo człowiek jeść musi, a jeśli się tym pobawi to dodatkowo życie nabiera koloru. Roczny epizod saksów z patelnią, lekcje wychowawcze w formie „Dnia Jedzera”, no i spektakle związane z jedzeniem. Reklamówki kręcone z jedzeniem – no nie mam figury patyka od kaszanki, więc obsadzano mnie godnie. Kiedyś z Kosaara Group wygraliśmy Offeusza na MFT Malta w Poznaniu spektaklem, w którym grałem gościa pożerającego 20 hamburgerów ze złotych łuków. W Ustach też oprócz słynnej Uczty, jedzenia było pod dostatkiem (śmiech). W pewnym momencie padł pomysł aby połączyć kilka rzeczy i przejść do atrakcyjniejszej dla młodzieży formy – do Internetu. Więc jedzenie+performance+Internet+produkt lokalny=Marka Sama w Sobie. Jedzenie to też jeden z ostatnich tematów łączących. Od kilku lat świat dzieli się coraz bardziej. Za aborcją – przeciw aborcji, Polak – Niepolak, lepszy sort- gorszy sort, biały – czarny. Władza nasza postanowiła podkreślić podziały. Ta polaryzacja nie ma na pewno negatywnych konotacji tylko w przypadku jedzenia. Bo wegetarianie nie będą hejtować mięsożerców. Hamburgerożercy nie obrzucą pomidorami zapiekankowców, a stejkowcy nie rzucą kości niezgody pod nogi frytkożerców. Pierogożercy swobodnie przybiją piąteczkę z tortelliniowcami. Ketchupowcy też dzielą się na zwolenników Kotlina i Pudliszek, ale z braku laku to i Włocławkiem się zadowolą. Jedzenie łączy! Dlaczego więc nie promować go, nie uczyć ludzi o tym skąd nasz ród przez to co zjadamy? Przecież podpłomyk to rodzaj pizzy, mielonego w bułce chyba każdy kiedyś dostał od mamy do szkoły, a kluchy w jakiejkolwiek formie są w każdej kuchni na całym świecie!

- Powiadają, że „jesteś tym czym jesz”. Czy zatem w Gnieźnie istnieje coś takiego jak kultura kulinarna i mieszkańcy zwracają uwagę na to co jedzą zarówno przy wyborze produktów jak i restauracji, które odwiedzają?

- Coraz częściej jadamy dania przygotowane przez podmioty zewnętrzne. Celowo mówię w ten sposób, gdyż nie tylko częściej wychodzimy, ale zdecydowanie więcej zamawiamy jedzenia z dowozem. Niestety nie jest to zbyt skomplikowane jedzenie. Króluje oczywiście pizza. Na tym rynku jest największa konkurencja, wzięte pizzerie dowożą dziennie nawet po kilkaset placków. W dziedzinie różnorodności, swoją mocną pozycję od lat mają restauracje firmy Pietrak. Niedawno powstała Pyra, próbująca lokalne jedzenie sfastfoodzić i dobrze, bo to droga do szerszego wypromowania produktu. Pięknie w lokalny rynek wkomponowały się też lokale prowadzone przez obcokrajowców, co ubogaca naszą kulturę kulinarną. Jest też Kapelusz, White Taste czy Taka Karma, które znalazły pomysł na siebie. I jest wiele innych, przy okazji tworzących klimat do biesiad nie tylko typowo jedzeniowych, jak Misz-Masz lub Tanken. Wiele by można wymieniać. Jednak niestety ta branża jest trudna – około 40% lokali nie wytrzymuje roku. Były ciekawe pomysły jak np. tarciarnia, ale też nasze społeczeństwo nie do końca jest zwyczajne jedzenia „na mieście” i wielu idzie tylko do sprawdzonych miejsc, lub po sprawdzone produkty. Ciekawym zjawiskiem opisującym tę sytuację są festiwale foodtrucków – widać wtedy że do klasycznych burgerowni kolejka, że hej, a do koreańskich, czy jamajskich ludzi niewielu. Często boimy się nowego i kiedyś nawet o tym robiliśmy spektakl „Kto zabrał mój ser” (uśmiech). Jest lepiej, ale ciągle nie dojrzeliśmy do pewnych rodzajów ryzyka, a to tylko można osiągnąć poprzez poprawienie statusu społecznego i obcowanie z innymi kulturami.

Wiele osób pyta nas na blogu, gdzie zjeść, co polecamy, pytają o przepisy, chwalą się swoimi osiągnięciami kulinarnymi, staramy się odpowiadać, ale nie zawsze jest na to czas. Dużą robotę zrobiły programy kulinarne w telewizji, gdyż spopularyzowały gotowanie jak np. Masterchef, wspólne biesiadowanie jak np. Ugotowani czy też chodzenie do restauracji – Kulinarne rewolucje. Międzynarodowe wycieczki uatrakcyjnił Robert Makłowicz. Pascal Brodnicki jeżdżąc po Polsce przypomniał jej bogactwo kulinarne. Zatem dzieje się i gnieźnianie też biorą w tym udział. Na targowiskach widać także wielu zainteresowanych pochodzeniem warzyw czy owoców. Małe masarnie zaczęły przeżywać oblężenie jak np. u pana Alojzego Nitki w Rybnie Wielkim i nawet z Poznania specjalnie przyjeżdżają klienci po szyneczkę.

Warto jeść lokalnie zarówno w sensie produktów wytworzonych w okolicy jak i lokalnej gastronomii. Bo to tutaj przy sprzedaży bezpośredniej następuje relacja między producentem dania lub produktu, a klientem czyli nami. Dużo prędzej lokalni producenci czyli rolnicy zareagują na nasze preferencje niż sieciówki. Podobnie z gastronomią. W złotych łukach ciężko będzie nam zjeść własnoręcznie skomponowane danie, a w takim np. Głodniaku jak zapragniemy buraczków do burgera to nam je w końcu zaserwują. No może nie od razu, ale jednak. Dlatego warto jeść lokalnie. Nie będę już wspominał o korzyściach wynikających z lokalnych wpływów podatkowych, rozwoju regionu, spadku bezrobocia, a już na pewno o naszej świadomości. Mnie na przykład cieszy, jak poznaję młode małżeństwo produkujące Sery Ruchocińskie, mogę zobaczyć ich oborę, poklepać krowę i później w domu zajadać się pysznym ruchociniakiem z czarnuszką. Codziennie przejeżdżam obok gospodarstwa producenta, od którego bierzemy do Domowych Przysmaków warzywa i wiem co podajemy gościom. Nieraz słyszałem opinie gości, jakie to pyszne rzeczy serwujemy i nie chodzi tylko tu o kunszt Pań z Domowych, ale też o jakość towaru. Lokalne jest o prostu najlepsze. Tym bardziej, że w Wielkopolsce jest najwyższy poziom kultury agrarnej i najlepsze ziemie. To po co mamy kupować jedzenie w sieciówkach, które dzięki niższym kosztom produkcji w innych regionach i obfitym nawożeniu zakontraktowano dla całego np. portugalskiego czy niemieckiego najeźdźcy i ładnie wygląda, często będąc tańsze od straganowego. Mamy skarby pod nosem, a oszczędzamy złocisze tracąc zdrowie w dłuższej perspektywie. Nie mówię, że trzeba zdrowo – od tego są dietetycy. Jedzmy świadomie, smacznie i lokalnie!

- I jeszcze może powiedz czy w kontekście wyjazdów młodych ludzi, co choćby z powodów edukacyjnych bywa zrozumiałe, ale też starszych animatorów, co już nie jest tak optymistyczne, widzisz nadzieję na rozwój nie tylko instytucjonalnej, gnieźnieńskiej kultury?

- Tendencje są nieubłagane, dzieje się tak na całym świecie i nie próbowałbym walczyć z wiatrakami. Każdy ma swoje motywacje i według nich postępuje. Czy to chęć zysku, przestrzeni życiowej, czy miłość, czy też edukacja – każdy powód trzeba szanować. Kultura może być towarem eksportowym, ale nie zapominajmy o naszych, swojskich, tubylcach, ziomeczkach, sąsiadach. Ci wszyscy ludzie tu zostali i oni mają prawo korzystać z owoców tych działań. Ośrodki kultury mają wręcz obowiązek wspierać, promować i udostępniać infrastrukturę młodym twórcom. Jeśli nie wychowamy swoich, to nie zakorzenimy w młodzieży chęci tworzenia. Funkcja impresaryjna też jest ważna, jednak jak już nadmieniłem wcześniej – młodzież biorąca udział w tworzeniu czy chociażby dorastająca z teatrem, będzie dużo lepiej świadoma niż tylko jako odbiorca kultury. Oczywiście odbiorcy też są ważni i dla nich to wszystko gdzieś tam robimy. Róbmy swoje, a instytucje niech nam tylko nie przeszkadzają, jeśli mogą niech wspierają, tylko oby nie za uścisk dłoni przed wyborami, bo to lekkie szmaciarstwo. Za nasze pieniądze, czyli za podatki mają taki pieprzony obowiązek. Szukajmy nowych kanałów dotarcia do odbiorcy. Dlatego Marka Sama w Sobie jest mocno w Internecie.

- A czy kulturalny jedzer zostaje i jak wyglądają jego najbliższe plany?

Kulturalny jedzer zostaje. Może nie już tak mocno zawodowo jak kiedyś, ale zostaje. Zasięg działania fikcyjnie wyodrębnionej krainy Jedzpospolitej, wymusza trochę działania na terenie bardziej regionalnym. Mocno idąc w okolice Wrześni, Powidza, Trzemeszna, Żnina, Kiszkowa, czy też Łubowa. Ale trzon będzie w Gnieźnie, bo bazę trzeba gdzieś mieć. Jedzer, czyli postać żyjąca jedzeniem, nie mylić z żarłokiem, jest wszędzie. Jedzer jest w każdym z nas, tylko trzeba go w sobie wybudzić. Jedzmy lokalnie i smacznie dobre jakościowo produkty, najlepiej z naszego regionu. Nie ma nic złego w jedzeniu tłustym, czy też w korzystaniu z węglowodanów. Byle smacznie i po naszemu. Bawmy się jedzeniem, uczmy się gotować i korzystajmy z przepisów oraz przysmaków przygotowanych przez innych. Lepiej dobrze zjeść, niż podobać się byle komu.

 

Rozmawiała Kamila Kasprzak - Bartkowiak

Fot. Archiwum Ł. Muciok

Tagi: Kontrwywiad Popcentrali Łukasz Muciok Kontrwiad

Skorzystaj z okazji, by zobaczyć nagradzane i doceniane przez krytyków polskie filmy. Dzięki projektowi „Kultura Dostępna w kinach” w każdy czwartek o godzinie 18:00 bilety kosztują jedyne 10 zł dla każdego.

Happy Olo

Kino Helios
Czwartek 26 kwietnia 2018
godz. 18:00

Narzeczony na niby

Kino Helios
Czwartek 3 maja 2018
godz. 18:00

Atak Paniki

Kino Helios
Czwartek 17 maja 2018
godz. 18:00