• Start
  • Wywiady
  • Bo też zobacz, Gniezno jest na tyle duże i na tyle małe/kontrwywiad czyli rozmowa z Pawłem Bąkowskim
  • Jarek Mixer Mikołajczyk

Bo też zobacz, Gniezno jest na tyle duże i na tyle małe/kontrwywiad czyli rozmowa z Pawłem Bąkowskim

W tym miejscu, gdyby Mixer umiał śpiewać, pewnie zabrzmiała by piosenka "Spotkałem sie z kolegą" z płyty Waglewski & Maleńczuk. Z tą różnicą, że nikt nie wymieniał podczas spotkania zestawu win. Była kawa na stole i rozmowa. Rozmowa jak widać długa i szczera. Miała być to rozmowa o Pawle J. Bąkowskim, a jest rozmowa o: ludziach, śieci powiązań, a nade wszystko o Pawle przez pryzmat Miasta i ludzi. 

Rozmawiamy w tydzień, może dwa po premierze spektaklu Kabaretu im. dra Frankensteina. Czy "Gilgamesz. Epos albo przypały w Mezopotamii "- to było pożegnanie?

Jedno z pożegnań. Decyzja o wyjeździe z Gniezna zapadła w ubiegłym roku, jeszcze przed wakacjami, więc naturalne było, że wtedy miałem porozpoczynanych kilka, jak to dziś się mówi,projektów na które chciałem doprowadzić do końca. Kilka takich spraw mniej czy bardziej osobiście ważnych. Gilgamesz był na pewno jedną z nich. Chciałem, a raczej chcieliśmy z Kabaretem im. dra Frankensteina pokazać go w połowie listopada, ale jak to zazwyczaj bywa, trochę się to przeciągnęło, między innymi przez pewne problemy ze zdrowiem. Jednak bardzo zależało mi, żeby to przedstawienie skończyć i pokazać. Okazało się, że jak zwykle było jeszcze sporo pracy, ale muszę przyznać, że jestem terazbardzo szczęśliwy, że udało się „Gilgamesza“ skończyć. Było sporo różnic, jeśli chodzi o wykonawców. To był czas takiej małej wolty. Na szczęście pojawili się ludzie, którzy sami jakoś dołączyli, zaczęli pytać czy można dołączyć do grupy. To dało nowego kopa. Zwyczajowo, mam taki styl pracy, że kiedy zaczynaliśmy miałem 1/3 tekstu napisaną i nie ukrywam, że wtedy miałem jeszcze zamysł, żeby Marek Malinger grał główną rolę. Zatem był to taki szczególny rodzaj humoru, który właśnie On fantastycznie wygrywa na scenie z każdym niuansem. Ostatecznie Marek, nie mógł z nami grać i to był zrozumiały kryzys. Na szczęście pojawiła się Kasia Pokora. Wybawienie. W zasadzie debiutująca aktorka z niezwykłą inteligencją sceniczną, zrozumieniem tekstu. Zacząłem pisać na bieżąco. Kasia trzeba powiedzieć, trochę nam uratowała sprawę, nawet nie trochę. Ruszyło, ale jednak 4 miesiące byłem wyłączony przez zabieg chirurigczny i dlatego premiera była praktycznie parę dni temu. Tak, muszę powiedzieć, że to było jedno z gnieźnieńskich pożegnań. Następnego dnia, kiedy się obudziłem, po dość hucznej celebracji, powiem szczerze, najpierw ogarnąłem się pod typowo późnoporankowym względem biologicznym, a później włączyłem sobie Baker Street – utwór, który pojawia się w Gilgameszu i oczywiście się...nie wiem, czy popłakałem, ale wzruszyłem się na pewno. Rano rzuciłem okiem na wpis Grzegorza Kamińskiego, że „chłopaki i dziewczyny z Frankensteina pewnie przeżywają teraz trudne chwile, pomyślałem, że chyba nie tak mocno, że trochę przesada... A jednak. Pomyślałem o tych wszystkich twarzach, z którymi pracowałem, fantastyczne znajomości udało się zawiązać przy okazji kabaretu. I koniec końców jednak się rozpłakałem. Dotarło do mnie, że jest to jednak rodzaj pożegnania z Gnieznem. Kilka lat działalności, tego kabaretu, do którego tworzenia przecież mnie zaprosiłeś, trochę wbrew woli, bo ja chciałem robić raczej dramaty. W eSTeDe był jednak wakat na kabaret, nie dramat. Pamiętam, że podchodziłem do tego sceptycznie. To był czas, kiedy i tak byłem już jakimś śmieszkiem, tak byłem niekiedy postrzegany, więc na scenie wolałem realizować w cudzysłowie ambitniejsze rzeczy. Doprecyzujmy, może nie ambitniejsze a poważniejsze. Ważne rozgraniczanie. Stało się tak, że kabaret do mnie przylgnął i stał się kilkuletnią historią...może 8 lat?

Patrząc na scenę gnieźnieńską, 8 lat to długo. Mówisz, że niechętnie a może niechcący wszedłeś w ten kabaret... Zdaje się jednak, że to kabaret wówczas Żart Tomasza Kujawskiego był początkiem Twoich poczynań scenicznych... I co istotne początki Kabaretu im. dra Frankensteina to ludzie, którzy właśnie z tomkowej ekipy wyszli...

Tak. Wywodziliśmy się z zupełnie innego kabaretu, który później płynnie stawał się teatrem. Dramatycznym, eksperymentalnym może... Prowadzonym przez Tomka Kujawskiego. Zaczynaliśmy, nie pamiętam, chyba jako Żart po prostu. Potem chyba Teatr Dramat, to się przenikało... Trzon Frankensteina był faktycznie z tego tomkowego źródła.

Tak się, jakoś te moje rozmowy o kulturze Gniezna, lub widzianej z Gniezna z twórcami z tych podwórek z tych ulic, ostatecznie sprowadzają się do rozmów o ludziach... Zatrzymajmy się chwilę. Tomek Kujawski to ważna dla Ciebie postać?

Absolutnie. Absolutnie kluczowa. W tym sensie, że taka inicjacyjna. Pewnie też to, że w tym burzliwym momencie, jakim jest dla młodego człowieka gimnazjum, skrzyżowały się nasze drogi. Ja byłem uczniem, a Tomek nauczycielem. Wtedy raczej nie interesowałem się przesadnie kulturą. Przepisałem się go klasy Tomka, chciałem być w klasie sportowej, koszykówka – wiadomo. Na WF-ie podchodzi do mnie nowy kumpel z klasy i powiedział coś w stylu: ty to jesteś podobno taki filozof, to może się przydasz u nas na polskim, mamy takiego dziwnego kolesia od Polaka. Chyba zawsze lubiłem gadać i dyskutować (może w innej społeczności miałbym zadatki na rabina)... Przeniosłem się traktując to trochę jak wyzwanie. Trafiłem na Tomka, który się okazał specyficznym, ale fantastycznym nauczycielem. Prawie anegdotyczny jest początek. Mieliśmy wymyślić na zajęciach hasło reklamowe, założyłem się z kumplami, że powiem na lekcji to, które wymyśliłem dla beki. Trochę, żeby zagrać Tomkowi na nosie najpierw powiedziałem że przygotowałem hasło wytworów nabiałowych z miejscowości Pały. Kiedy nieświadomy pułaki Tomek powiedział: no to proszę… rzuciłem głupi zasłyszany gdzieś wierszyk:

Chcesz mieć zęby jak kryształy

pij codziennie mleko z Pały.

Wiadomo, w gimnazjum to pykło, koleś kozak, że czyta takie rzeczy przy nauczycielu, wszyscy wybuchnęli śmiechem... Tomek był na tyle kumatym nauczycielem, że stwierdził, że zrobiłem to w ramach konwencji. Bo faktycznie, że tam miejscowość Pały i że niby faktycznie wyroby mleczne stamtąd. Poprosił mnie, żebym został po lekcji. Wiadomo, myślałem, że jakiś przypał się kroi, ale nie... Tomek powiedział, że widzi u mnie potencjał kabaretowy, że on robi generalnie jakieś dramatyczne rzeczy, ale, że przygotowuje kabaret na dzień nauczyciela i chciałby mnie w to zaangażować. I tak to się w sumie zaczęło. Tomek później wprowadzał mnie też w muzykę, pożyczał płyty, pojawiały się pogłębione rozmowy na temat literatury czy historii kultury. Myślę, że przede wszystkim dawał nam wszystkim takie wspaniałe narzędzie, jakim jest szeroko rozumiana wrażliwość i otwartość na różne wytwory kultury. Właśnie tego uczył, żeby przeżywać coś, a niekoniecznie patrzeć ze strony intelektualnej, analitycznej czy wiedzowej. Pamiętam, jak kiedyś mówiłem, że nie rozumiem jakichś obrazów, a Tomek mówił, że sztuki nie trzeba koniecznie rozumieć, że ważne, by przeżywać. Był w tym ważnym okresie. Potem przeszliśmy na ty, kiedy poszedłem do liceum. Rzecz jasna każdy ma teraz swoje życie, które układa się tak, jak się układa. Widujemy się rzadziej, ale zdarzają się nocne rozmowy. Teraz Tomek jest też moim przyjacielem.

Mówiąc o Tomku, użyłeś słowa wrażliwość, to chyba słowo, które go określa niemal w pełni...

Tak. Dokładne tak jest. Uważność i wrażliwość. 

U Tomka ten kabaret i teatr się przewijały, na początku chyba jednak był teatr, to zresztą nieistotne dla tej rozmowy co było pierwsze. Jeśli jednak mówimy o Tomku, to wydaje mi się, że spokojnie mówić możemy o środowisku. Jasne, że wcześniej Sławek Kuczkowski i Mityng Teatralny... Nie mniej, gdyby dziś pokusić się o drzewo genealogiczne...to od prostokąta z napisem Tomasz Kujawski można by dalej strzałkami zaznaczać... Oczywiście to jest totalne uproszczenie: SIKSA, Paweł Bakowski – Kabaret im. dra Frankensteina. No niezły siewca z tego Tomka.

Tak to jest chyba to, czym zahaczyłeś nas gdzieś prowokując i pisząc o środowisku kulturalnym na Facebooku. Kulturę i jej tkankę tworzą ludzie. Można powiedzieć, że Stowarzyszenie Ośla Ławka inicjowane było przez ludzi wywodzących się z kabaretu Frankensteina... Wcześniej, jak już mówiliśmy, część z nas poznawała się w grupach Tomka. Ludzie w ten czy inny sposób wchodząc w relacje, kształtują siebie wzajemnie. Po za tym to też są przyjaźnie, które przetrwały - cały czas przyjaźnię się z Alex Freiheit, z Michałem Walerym i na tyle o ile nam czas pozwala z Markiem Malingerem. To są znajomości, które są towarzyskie, ale bardzo często przekładały się też na działania działania kulturalne w mieście. Tak, masz rację i to jest niesamowite, że rzeczywiście można by wyrysować taki graf, kto od kogo odchodzi artystycznie czy kulturowo. Tych relacji owocnych a czasem burzliwych można by opisać więcej. Pewnie cały artykuł by wyszedł o Alex i Tomku. Sporo było tego konfliktu, ale ostatecznie twórczego. Zresztą no to są też takie charaktery namiętne i stanowcze. Ja może w tej kontrze z Tomkiem nie stawałem tak, bo raczej jestem układny. Oni są za to porywczy. To też ciekawe. Myślę jednak, że jak najbardziej dla Alex to też była jakaś ważna postać.

Zapewne o to trzeba by pytać Alex, ale nie da się ukryć, że ten czas jej gry w teatrze Tomka był takim początkiem jej poszukiwań, ruchowych i scenicznych...nie ukrywam, że dla mnie, kiedy Tomek się tak zgramoncił na maxa i jeszcze dobił to postgrotowskim Alex była tą osobą, która broniła się w tej dość niejasnej konwencji...

Mam wrażenie, że chyba nawet u Olufy (Alex) zasiał nie tylko wrażliwość, ale i świadomość siebie i kreacji...Tomek poszedł później w kierunku czegoś, co można nazwać niereligijną duchowością. Chodzi o duchowość, która wywodzi się z uważności na „tu i teraz”. On to praktykował w sztuce. Myślę, że u Alex to najbardziej zaowocowało jako świadomość ruchu i ciała, ale pewnie nie tylko u Alex tak było. W pewnym momencie Tomek chyba nawet za bardzo poszedł w tę ekspresję ruchu. W tym okresie, kiedy był robiony tryptyk poetycki, to Alex była faktycznie czołową postacią.

Tak to widzę, a na pewno widziałem to w ten sposób, gdy oglądałem spektakle. Hmmm mieliśmy rozmawiać o Pawle, a tu Tomek, Alex... Wiesz ale to pewnie dobrze, że jest rozmowa, człowiek z człowiekiem, a nie pan przyszedł i teraz zada spisane pytania. Kiedy mówiłeś o tych wpływach Tomka na poszczególnych ludzi, uświadomiłeś mi że ten graf czy raczej siatka powiązań sięga dalej. Chociażby Edward Gramont – Nowa Sól...

Tak, Tomek i chyba Magda Karpińska grali, zdaje się, u niego...


Mam wrażenie, że to przenikanie się jest po trosze odpowiedzią na ten zarzut hermetyczności środowiska kultury. To, niekoniecznie jest tak, że stanowimy sitwę, może się po prostu lubimy, dobrze nam się z sobą tworzy... To nie znaczy też pewnie, że jest jedna grupa. Skądś przychodzimy dokądś, zmierzamy, parafrazując zawołanie pewnej partii...

To jest chyba tak, że to się spontanicznie przenika. Część środowiska łączy się z innymi ludźmi, powstają nowe grupy, wynikają z tego inne rzeczy. Wywodząc się z kabaretu Frankensteina, czyli z genezą gdzieś ze środowiska Tomka Kujawskiego, Ośla Ławka spotkała się z innymi ludźmi takimi jak choćby Kuba Dzionek... Ciekawe w sumie są te zderzenia. Taka genealogia kultury w Gnieźnie to ciekawy temat. Z jednej strony taka hermetyczność jest czasami zdrowa, bo czuliśmy w pewnym momencie taki para-mesjanistyczny zapał. Zderzasz się, trochę jak w „Stowarzyszeniu Umarłych Poetów, mając takiego trochę natchnionego w dobrym tego słowa znaczeniu nauczyciela, zderzasz się z betonem rzeczywistości, z ludźmi o niekoniecznie rozbudzonej wrażliwości czy to w domu, czy w szkole, czy na ulicy. Czy tego chcesz, czy nie wzrasta w tobie poczucie jakiejś wyjątkowości, wyjątkowości „naszej” grupy. Do pewnego momentu to jest chyba zdrowe, to napędza młodego człowieka – to jest nie do przecenienia, jeśli chodzi właśnie o wpływ Tomka. Ty, no przecież ja się poznałem i z Tobą przy okazji jakiegoś nagrywania spektaklu właśnie kabaretu Żart do Telewizji. Z Alex też się tam poznałem, długoletnia przyjaźń o różnych kolejach. To był taki artystyczno-towarzyski węzeł.

Gdzieś pewnie i Sławek czy nawet Comes się w tym łańcuchu przewijali... Jednak żeby nie tylko o tym, co było. To, co teraz. Czujesz się dalszym ogniwem, kolejnym inspiratorem? Destruenci, kabaret, ludzie młodzi, nowe twarze, nowe głowy i serca...

No pewnie to trochę zabrzmi dziwnie, przede wszystkim dla mnie samego, ale tak, czuję się kolejnym ogniwem. Dzieje się to raczej spontanicznie i samoistnie. Nagle widzisz, że dalej niesiesz ten ogień. Wspomniałeś Destruentów, przecież Krzyśka Romanowskiego poznałem w sumie jeszcze jako dzieciaka przy okazji próby Kabaretu im. dra Frankensteina . Kilkadziesiąt minut wcześniej poznałem Kacpra Polusa, spotkałem na korytarzu w eSTeDe i zobaczyłem, że ma futerał od instrumentu, zapytałem go na czym gra. Odpowiedział, że puzon. No to pomyślało mi się nagle, żeby może puzon w kabarecie wykorzystać, bo przecież ten chłopak wygląda na kumatego... Kacper się zgodził - „Super, bardzo fajnie, ale przydałaby się jeszcze trąbka. Poszedł na górę i za jakiś czas wszedł do nas na scenę z długowłosym Krzyśkiem, takim dzieciakiem lat może 13... I to jest mądrość centrów kultury, dopóki oczywiście są centrami, że ludzie twórczy mogą się w nich odnaleźć, spotkać, pogadać. Dziś Krzysiek ma chyba z 19 lat, jest już na etapie dojrzałości... A my razem przechodziliśmy, chociażby przez Destruentów. Razem się jaraliśmy tym, co tworzyliśmy. Także faktycznie to jest tak, że to się kręci dalej. Że coś dajesz i coś bierzesz. To jest kurcze ciekawe... Bardzo dziwne doświadczenie też. Czas kręci się dziwnym kołem. Na szczęście, to jest rzecz, która się po prostu dzieje i nie zastanawiasz się nad tym, chyba, ze przy wspominkach. Pewnie coś podobnego działo się w Twoim przypadku z dorastaniem artystycznym Pietruchy. (Marcin Pietruszewski przypis redakcji)

Samoistnie się to dzieje, pewnie się tego nie planuje. Zatrzymajmy się przy Destruentach, co u Destruentów?

Krzysiek ma pewne plany wyjazdowe. Nie chcę wchodzić w jakieś nudne szczegóły, Destruenci byli projektem dość ambitnym pod względem organizacyjno-wykonawczym. Niby duet, ale skomplikowany. Krzysiek, świetnie gra na trąbce, natomiast ja tam recytując, zapodając teksty i ogarniając, a raczej ucząc się na bieżąco, ale ogarniając taki analogowy syntezator spięty z kompem, jakiś sampler, gitara tona efektów... Powiem szczerze, że jak mielibyśmy to teraz robić, to potrzeba by chyba trzeciej osoby. Tak, żeby mieć mniejszy skrawek do ogarnięcia, móc skoncentrować się bardziej na tekście albo muzyce... Destruenci byli super doświadczeniem. Krzysiek mocno się zaangażował w Create. I widzę, że bardzo dobrze im się to kreci. Ja jak pewnie wiesz, próbuje teraz raczej tych wokalno-rapsowych przedsięwzięć, bez wątku wykonywania muzyki na żywo. Destruenci się trochę tak naturalnierozłożyli, poszli swoimi drogami i destruują dalej. Nie wykluczam jakiegoś wspólnego nagrania, tak jak zrobiliśmy Wybory, z czego jestem zadowolony, że to w sieci jest. Taka pamiątka. Zagraliśmy w kilku fajnych miejscach. Doświadczenie zostało. Natomiast jakoś tak naturalnie, jak generał, przeszło do stanu spoczynku.

Od lat w naszych rozmowach przewija się też Twoje rapowanie.

Fakt od lat...

Długo to dojrzewa.

Tak, bardzo długo. Pamiętasz jeszcze, kiedy robiliśmy w pierwszym składzie naszego Europe & Asia Sound Theater u Kajetana w studiu (Kajetan Święcichowski – Hurtownia Dźwięku) wspominałem, że nie jestem zadowolony z tego rapu, który nas otaczał... Może jednak dobrze, że wtedy nie zacząłem rapować. To było 9 lat temu pewnie, może 10. Wtedy to buńczuczny byłem. A rapu słuchałem jeszcze w podstawówce, mój starszy brat przynosił kasety. Trzeba powiedzieć jasno i wyraźnie, do mikrofonu, że rapu słuchałem w latach 90. z pieprzonych kaset. No i już wtedy hejtowaliśmy polski rap. Jakoś tak wychodziło. Słuchaliśmy Nasa, House of Pain, Cypress Chill, Puff Daddy’ego. Rapowe ekipy były bardziej podwórkowe, siedziały chyba mocniej w polskim rapie. W każdym razie jakoś ten rap się gdzieś przez moje życie przewijał. Jakiś czas temu przestałem słuchać rapu, powiedzmy lata 2006-2015 się wyłączyłem i nie żałuję za bardzo. Teraz jednak jest znowu świetny moment dla tej muzyki. Może nawet zbyt dobry – w pewnym sensie, to jest inny temat, cała duża rozmowa. Kiedyś było tak, że był rap określony bardziej formalnie i był ten alternatywny, który pokazywał, że to jest bardzo pojemna forma. Rytm plus brzmienie. Teraz to bardzo rozkwitło, ale znowu paradoksalnie znowu weszło w jakieś inne koleiny. Zdarzyło się tak, że w końcu po wielu latach napisałem nowe teksty. Tej, najstarszy tekst z przygotowywanej przez mnie EP-ki ma chyba z 7 czy 8 lat, oczywiście go pozmieniałem, a najnowszy jest sprzed kilku dni... Chyba w końcu powstanie ta epka, zrobię to po tylu latach gadania, sam dla siebie. Szegetz to taka zabawa, ale też bardzo ważna dla mnie, choć bez napinki. Chciałem zdążyć przed 30. ale się nie udało. Może to będzie kolejny etap przejściowy. Podejrzewam, że kabaret zakończył działalność. Dobrze zakończyliśmy, godnie zakończyliśmy, jestem z tego zadowolony, ale jednak... Zakończenie… Myślę, że Przedświt EP” będzie taką kolejną formą przejścia, kolejnym rytem. Działalność Szegetza jest o tyle wygodna organizacyjnie, że próbujesz sam ze sobą i z beatem. Łatwiej ogarnąć samego siebie... I to dla mnie też odpowiednia forma zawsze lubiłem rytm i zawsze lubiłem tekst. Chyba. To jest też dla mnie ważne, że jest wyzwanie, ja się tego tak naprawdę dopiero uczę. Późno trochę.

Rozmawiając o kulturze w Gnieźnie, skoro mówimy o Szegetz, zostańmy przy rapie. To chyba było ostatnie tak silne zjawisko kulturowe, którym mocno żyło Gniezno, tak silne nawet w tym rozumieniu szerszym jako kultura Hip Hop. Patrząc na gnieźnieński rap, cokolwiek to znaczy, to raczej mamy regres zjawiska...

No, jestem za młody na te pierwsze Kartele, pamiętam około roku 2003/2006 – chyba...kiedy zaczęło się moje liceum, było sporo składów. Mój kumpel Darek Gapski fotograf, filmowiec, który teraz zaczyna karierę jako super projektant mebli, nawijał w składzie. Kiedy chodziłem na te jego koncerty w MOK-u, to grało po 8 składów, było pełno zajaranych ludzi. Ja wtedy stricte Hip Hopu nie łapałem, ale też lubiłem. To było świetne, czuć było niesamowitą energię. Parę lat temu też było dużo ekip, mocna zajawka nie tylko koncertowa, ale i freestylowa, zresztą wiesz, bo sporo imprez robił Tymek z Type. Teraz trochę to przycichło. Ja bardzo kibicuje Małkiemu – Unloaded. To jest ciekawa rzecz, ciekawy człowiek. Co prawda nie przepadam jak Polacy nawijają po angielsku, bo nie robią tego za dobrze po prostu. To chyba nawet reguła, od której nie ma za bardzo wyjątku. Natomiast produkcyjnie Unloaded jest ciekawy, ma też jakiś swój image, ma potencjał z pracą z głosem, ogarnia gitarę, mam nadzieję, że to, co ma w bani może fajnie rezonować z tym, co się dzisiaj dzieje w rapie. SBardzo mocno mu kibicuje. Wiadomo, Miły i Ginger też już wyjechali z Gniezna, ale to też mocny skład Mordor Muzik. Mocno przycichł za to np. Jang ZiZi Baby, który też jest specyficzną osobą, czy wręc osobowością. Jego ostatnie rzeczy, które z Ananasem robił były ciekawe. Jest jeszcze sam Ananas. Młody, który czasem zawiesza działalność, potem wznawia... Jeśli działa dalej to kibicuje i produkcyjnie i z rapowaniem. Było dużo rapsów w Gnieźnie, chwilę temu, teraz to gdzieś ucichło... Sam zresztą wiesz z najbliższej rodziny, że ludzie wyjeżdżają. Tymek i Damaze też już siedzą w Poznaniu. Tomaszek, czyli Mateusz - Boko to też ogarnięty facet...

Jeśli już wspomnieliśmy Tomaszka, wcześniej przecież wokal w punkowej, Demencji teraz mocno połączył siły z częścią Ust Mariana w Hanz Bonanza... To jest ciekawe zjawisko znaczy sam Mateusz, ale też Damaze – tacy ludzie, którzy nie zamknęli się w klatce prawilnego rapu...

Tak. No to też jest temat. Z jednej strony jaram się trochę tym prawilnym rapem, czy może bardziej jego środowiskowością, tym, że tak zwana autentyczność jest tam ważna. To jest fajne, powiązane ze stylem życia, z drugiej jednak strony bardzo ograniczające. Nie czułem przez to pełnej przynależności, bo miałem zawsze inne rzeczy z boku, niekoniecznie „prawilne”. Za to teraz jest chyba dobry czas na moją relacje z rapem, bo czuję się blisko ludzi: nie jeżdżę po mieście jakimś Maybachem, gram w kosza na szkole i zbijam z wiarą piątki na mieście. W dodatku wiąże się to z moimi poglądami społecznymi i politycznymi – czuję, że to rezonuje z pewną tradycją tej kultury. Wiem, że początki rapu były zawsze dwoiste, od początku. Z jednej strony zajawki na osiedlach, „bruklinach”, w parkach i na ławkach – z tym się jakoś utożsamiam. Zresztą mówiąc o Nowym Yorku, to zawsze był rap, który był na imprezach disco, gdzie większości Czarnych nie wpuszczali, bo nie mieli dobrych butów i hajsu; ale był też ten rap, który nawijali na czarnych dzielnicach i ulicach,... Tak pewnie jest do dzisiaj. Jest nurt konsumpcji, zbytku i blichtru, no i nurt w duchu A Tribe Called Quest. Pewnie można to mądrze dzielić, czyli raczej łączyć...

Trudno mówić o rozmiarze, jaki miał w najlepszych latach Hip Hop w Gnieźnie, ale nie da się ukryć fenomenem jest gnieźnieńskie środowisko slamowe, bo tu już nie mówimy tylko o slamerach ale i sporej publice. To też gdzieś gnieźnieńskie początki to Twoja osoba i chyba to wspominane już środowisko...

Stary, to jest... Jeśli ktoś by mnie zapytał z czego, między innymi, jestem dumny (nie lubię tego słowa, bo ma kiepskie konotacje) toczuję dumę, ale taką czułą i wrażliwą, myśląc o tych slamach... Udało się stworzyć jakieś środowisko slamowe – to jest piękne! A zaczęło się tak, że kiedyś przeczytałem w gazecie, że slam ma być na Pretekstach... Ja już byłem po jakiejś lekturze artykułu o slamach, więc mniej więcej kojarzyłem co to ma być i wydawało się super. No to poszedłem, poznałem się wtedy z Sylwią Gawłowską, z Dawidem Majerem, Marek Kaźmierski był wtedy w Gnieźnie. Fajna ekipa. Ale wracając - poszedłem na ten slam i to totalnie nie był slam. Dopiero Alex Freiheit przywiozła dobre praktyki slamowe przeszczepione z Torunia, z klubu Od:Nowa. Zaczęła z sukcecami występować w ramach slamu,, poniekąd zresztą SIKSA wywodzi się między innymi z tych akcji slamowych... Alex chciała to zrobić w Gnieźnie, i tak od słowa do słowa: Bąkol zróbmy to w Gnieźnie. Odpowiedziałem, jasne zróbmy. Udał się ten pierwszy, był wspaniały, chociaż taki w dobrym tego słowa znaczeniu trochę „nieslamowy... Była w nim jakaś eksploracja czegoś nieznanego. Teraz, kiedy pojeździliśmy po slamach w innych miastach, wytworzył się na gnieźnieńskich slamach dobry balans. Przyznajmy jednak, że ten pierwszy to był jakiś spontan– totalny freestyle. Trochę jak te pierwsze walki mieszane, wychodził bokser z jedną rękawicą naprzeciwko judoki czy zapaśnika i nikt nie wiedział, co się stanie. Tak samo było u nas. Był Skrzydło, Ochol, byłem ja, była Alex – ludzie z innych światów innych szkół walki, nikt nie wiedział czego się spodziewać. Był przecież Miły, który tam nawijał, ja coś beatboksowałem, świetne prowadzenie Pana Walizki... Teraz kiedy patrzę na ludzi z Gniezna, to pojawili się świetni zawodnicy. Bardzo mocno kibicuje Zuzie, i Saszy, i Skoli. Wiesz, ale jest jeszcze kilku, którzy pojawiają się z raz lepszym, raz gorszym rezultatem. Ale to są akurat trzy postacji, które tak najbardziej pamiętam. Kurczę, jak Zuza przyszła na pierwszy swój slam czytała bardzo akademicko, trochę jak na apelu czy konkursie recytaroskim w szkole i teksty też były takie szkolne, a teraz naprawdę robią na mnie wrażenie. Przeżywam jem! I to jest ekstra, że slam jednak robi coś dobrego z ludźmi, czy po prostu pomaga im w czymś. Myślę, że do dzisiaj te slamy gnieźnieńskie mają tego ducha – nie są wyrachowane. W Poznaniu czasami slamy są średnio ciekawe, może tam po prostu dzieją się za często? Tutaj ten Slam im. Franciszka Rabelais jest raz w roku, kilka w międzyczasie i to jest ogień, święto po prostu. Raz są te slamy lepsze raz gorsze, ale zawsze trzymają wysoki poziom, taki jakie widywałem na dużych festiwalach typu Miasto Poezji w Lublinie czy Poznań Poetów..

 

Nic nie mówisz o swoich wygranych...

Wiesz ja nie wiedziałem, jakie są moje teksty i do czego się nadają. Pisałem je, gdzieś składowałem na dysku twardym i właściwie nic się z nimi nie działo... Później mieliśmy w Oślej Ławce taką imprezę Karaoke Poiesis. Poetycka parapetówka” – siedzieliśmy w opuszczonym budynku, bez prądu przy stołach przykrytych gazetami i czytaliśmy swoje teksty. Okazało się, że moje teksty nadają się właśnie do takiego publicznego czytania na głos. Jakiś czas po tym wygrałem ten pierwszy slam w Gnieźnie. Później jeszcze jeden w Gnieźnie i dostałem takie fajne wsparcie, więc zdecydowałem się pojechać na „Poznań Poetów” i się okazało, że bach! Udało się!Zaproszono mnie wtedy do Lublina, żebym przyjechał po dwóch tygodniach na festiwal – bach wygrywam! Nagle takie strzały mocne, w tak szybkim czasie... To było wspaniałe. Chociaż mam też kilka późniejszych i gorzkich przemyśleń... Pewnie przez to, że zauważyłem jak slam, jako zjawisko, się standaryzuje. Staje się trochę bardziej wyrachowany”, przez to straciłem trochę do tego serce. Ale co jakiś czas jeszcze jeżdżę. Z takich większych imprez, to w zeszłym roku udało się jeszcze wygrać np. Bum Poetycki w Toruniu. Czasami sobie odświeżam ten temat. Natomiast nie czuje się tak, jak wcześniej takim slamerem-slamerem. Wydaje mi się, że potem poszedłem w jakieś poetyckie teksty, które niekoniecznie nadawały się na slamy. Podsumowując, trochę się na slamowanie poobrażałem, ale już mi przeszło...pewnie będę czasem występował...

Potrzebujesz zmian?

Tak, zmiany są potrzebne. Ta sama zasada obowiązuje miasto, kulturę i mnie – zbyt wiele zastanych rzeczy nie robi dobrze. Gniezno jest kochane i fajne jest tu środowisko, odnośnie środowiska… są oczywiście pewne mankamenty... Nie wiem, czy się z tym zgodzisz. Nawet teraz, jak była ta „afera liberowa” pomyślałem sobie, że trochę za mało jest jednak krytyki. Sam nagrywałem 62-200 to jedyne co widzę. Plus i minus”, przecież, próbowałem, ale chyba za mało się dzieje by to była aktywność odpowiednio regularna. Robiłem to z puczucia, że za mało jest krytyki. Zrozumiałem jednak, że sam nie zrobię tego tak, jakbym chciał. To musiałaby być osoba z zewnątrz, wiesz dentysta, który się interesuje kulturą nie ma żadnych powiązań z MOKami, eSTeDe i opisuje, co widzi - nagrywałby i cisnął... Tak wiesz, po wszystkich...

Pewnie jesteśmy w tym samym potrzasku. Na tyle jak dalece znam cię i siebie, pewnie, gdybyśmy zrobili coś kompletnie z dupy, potrafili, byśmy sobie pocisnąć. Ufam, że mamy w sobie tyle dystansu. Niewątpliwie jednak Rejs – „ja nie mogę być jednocześnie twórcą i tworzywem...” piękna scena gry w dupnika...

To jest problem. Nie wiem, czy do przeskoczenia. Musiałaby się pojawić osoba czy dwie z zewnątrz środowiska... Tylko, to niestety też jest tak, że, jak bardzo interesujesz się kulturą, to zaczynasz ją tworzyć lub na odwrót. Często masz wtedy nie najgorsze pióro, zaczynasz pisać o kulturze, to wkręca...i zaczyna się to niezdrowe połączenie...

Może nie zdrowe, ale nie wiem, czy nie konieczne...Nie, żebym bronił tej opcji, nie jestem wolny od dylematów, ale mam świadomość kiedyś, gdybym nie zaczął pisać o Sławku Kuczkowskim jak o wizjonerze, poecie twórcy teatralnym, to do dziś pisałoby się o nim, jeśli w ogóle to jak o portierze z MDK-u, który bawi się w teatr. Pewnie podobnie byłoby z Elą Binkowską, do dziś byłaby w przestrzeni publicznej ciekawą jak na Gniezno malarką, a ona jest po prostu świetną malarką bez tego pieprzonego jak na Gniezno...

Ok. To jest zdrowe, jeśli chodzi o taką opisową stronę. Jednak jak na krytykę to jest trochę za słabe. Przywalić, pierdolnąć... Przydała by się naprawdę osoba...no taki outsider.

Byle kompetentny. Z przyjemnością odstąpię trochę miejsca na portalu, bo faktycznie będąc częścią czegoś, co przecież sam w którymś tekście nazwałem gnieźnieńska brooklińska Radą Żydów, w analogi to piosenki Kazika bez jakichkolwiek innych analogii, trudniej jest przywalić. To wcale nie chodzi o to, co czasem ktoś sugeruje, że nie przywalę, bo jak to zrobię, to ktoś mnie nie zaprosi do współpracy... Nie wiem jak Ty, ja z tym nie mam problemu. Jestem w większości rzeczy najemnikiem, zatrudnia się mnie dlatego, że jestem dobry, a nie dlatego, że napisze w zamian laurkę. To jest trochę tak, że to rybie oko, szersze widzenie utrudnia, nie chodzi wcale o krzywizny i zniekształcenia. Gdy widzisz, że impreza nie wyszła, widzisz też albo przynajmniej się zastanawiasz, dlaczego nie wyszło... Mówisz sobie ok, więcej będzie strat niż zysków, nie napiszę wszystkiego...

Tak trochę nawet pewnie tłumaczysz sobie te osoby. To są te miękkie czynniki, bo to nie jest tak, że ktoś ci każe coś napisać. Widzisz więcej, może przez to mniej ostro. Jest też pewnie trochę tak, że wiesz, że za chwile przyjdziesz np. coś robić w jakiejś instytucji lub z jakimiś ludźmi...pewnie nawet podświadomie piszesz delikatniej. Za chwilę będziesz z nimi spędzał czas, czegoś potrzebował. Trochę to tak jest. Potem takie rzeczy działają podskórnie, przekazuje się krytyczne uwagi raczej pocztą pantoflową, a to chyba gorzej. Słyszę różnych ludzi w mediach, czytam wywiady i myślę sobie „ok, coś tam pieprzą, bo taką mają politykę pijarową”, ale wiem, że robią coś innego. Krytyka ucieka w komentarz na portalu albo reakcje na facebooku „przykro mi”, ginie to w jakimś informacyjnym szambie.

Mamy świadomość powiązań, wiemy, że jak przetniemy jedną, to oberwą i winni i nie winni... Zostawmy. Ciekawi mnie co teraz będziesz robił?

Powiem Ci tak, między nami Mixer – mnie też to trochę ciekawi. Pamiętam, że jak np. wyjeżdżałem do Szkocji sobie popracować przez dwa miesiące we wakacje, to tęskniłem właśnie za tą siecią znajomych, wydarzeń, za funkcjonowaniem w zaprzyjaźnionym środowisku... Takie radosne myśli w przerwach od czyszczenia rur z platform wiertniczych, że jak wrócę do Polski, to pójdę sobie wtedy jeszcze do eSTeDe, będę robić kabaret, będę róbił różne fajne rzeczy, bo przecież wchodziłem też w bardzo dużo efemerycznych projektów. Razem też robiliśmy bardzo różne rzeczy, one pojawiały się i znikały, niektóre były dłużej inne krócej, ale działo się... Czasem sprowadzały się do jednorazowych happeningów, było tego dużo i ciężko byłoby ad hoc je uporządkować... To się działo cały czas. Mogę policzyć na przykład kabarety, czy Teatr Horror Vacui, jak robiliśmy np. Filifionkę” [„O Filifionce, która wierzyła w katastrofy] z Alex i z Zuzą Gawałkiewicz. Takie rzeczy się pamięta. Bardzo dobrze się to wspomina... I wiele innychspraw, które gdzieś miło płynęły między palcami, się tworzyły i znikały – o! Studio 34 na przykład...

I teraz czeka mnie wykorzenienie, przeprowadzka i przesadzenie się. Trzeba będzie te korzenie ponowniezapuszczać, więc sam jestem ciekaw, co z tego wyjdzie. A z drugiej strony jestem trochę zmęczony polem kultury… tak, mogę tak powiedzieć „kultury instytucjonalnej. I mojej działalności kulturalnej najczęściej pro publico bono. Lubie ją robić i będę ją robić w pewnym stopniu na pewno, tym się po prostu oddycha. Chciałbym się też skupić na swoich rzeczach, na swojej twórczości jakkolwiek to okropnie brzmi. Takiej, w której mogę sam działać. Jestem, żaglem, sterem i okrętem. Pewnie gdzieś się zakręcę wokół jakiegoś środowiska... Powiem ci, patrząc z perspektywy czasu, może jednak trochę za dużo srok ciągnąłem za ogon. To było trochę męczące, stresujące, bo gdzieś zawsze nieco czasu brakowało. Na przykład dobrze się stało, że teraz do Gilgamesza akurat miałem parę dni wolnego i na finiszu cały czas przy tym siedziałem. Załatwiałem już trochę sprawy z przeprowadzką, tu młodzi ludzie zachęcali, żebyśmy się jeszcze spotkali... Kupa czasu...

Warto Gilgamesza jeszcze raz, chociaż pokazać...

Pracujemy nad tym. Na pewno. Nawet w jakiś dziwny dzień tygodnia, bo nie jest łatwo o termin. To też jest dobre, że się dużo dzieje i brakuje wolnych terminów. Pewnie w środku tygodnia, ale pokażemy to, mam nadzieję, jeszcze przed wakacjami.

Pociągnąłbym temat powiązań instytucji... Masz czasem tak, że jest telefon i dostajesz zajebistą propozycję za zajebiście za darmo? Kurde no, o co chodzi? Bo jak z Gniezna to najlepiej bardzo tanio albo za free, ale wiesz mało czasu, nikt inny tego nie zrobi i takie tam bla bla słyszysz...

Teraz rzadziej. Wiesz to też nie jest tak, że nie rozumiem idei pracowania na rzecz społeczności lokalnej. Zresztą sam wiesz, że wiele robiliśmy razem dla sprawy...Z drugiej strony ważne jest i nie mówię tego cynicznie, ważne jest wycenianie pracy, bo to przecież jest praca. O tym można łatwo zapomnieć, może to z boku wyglądać jak zabawa, ale trochę to czasami boli, że działalność opiera się „a może zrobisz to, może tamto”... Lata lecą więc już teraz się uczę częściej odmawiać, ale i lepiej selekcjonować rzeczy w które wchodzę... To jest tak, jak mówił nasz wspólny dobry kolega Maciej Comes Kuźniewski: Bąkol sam zobaczysz po latach i rzeczywiście, mając 22 lata i studiując można robić wiele rzeczy za darmo, ale potem zaczynasz widzieć, dociera do ciebie, że to musisz zapłacić, tamto opłacić... Nie pójdę na stację benzynową i nie powiem, tutaj panie dla społeczności - zatankuję, nie zapłacę... Rozumiesz o co chodzi. Przy Stowarzyszeniu Ośla Ławka ja też dopłacam, nie tylko ja zresztą. To zrozumiałe, nikt mnie do tego nie zmusza, ale też często nie bierze się pod uwagę poświęcanego czasu i energii.

Wiesz ja sam sobie, to tłumaczę, a czasami Oli, że np. robię Popcentralę, oczywiście nie sam a z fajnymi ludźmi, ale niektórzy kupują wędki, idą łowić ryby też wydają na to kasę, a ja mam taką pasję, by pisać o kulturze, nią żyć... Tylko cholera nie wszystko, co robię, może być hobby... No i nie wszystko tez nim jest...

Tylko widzisz te ryby potem je rodzina albo nie je, ale ty o tym decydujesz. Jedno czego faktycznie nie lubię w instytucjach to takie symboliczne przywłaszczanie pracy...

A to jest dość częste...

 

Tak. Wiesz włodarze, dyrektorzy, wszelkiej maści szefowie... Później się wszyscy pojawiają, krążą, przemawiają. OK, rozumiem to w takim sensie, że to są publiczne pieniądze, nasze pieniądze i ktoś tym budżetem zawiaduje... Tutaj nie do końca zgadzam się z jednym z Twoich felietonów, bo to że są publiczne, znaczy, że są w pewnym sensie nasze, a z całą pewnością „nie ich”. Chodzi mi o to, że potem różne akcje są sprzedawane, że po prostu jakiś pan szef zaprosił, pan szef opłacił, jeszcze mu podziękujmy 500 razy. Dobrze, mógł przeznaczyć na coś innego, fajnie, że tak nie zrobił, ale bardzo często to, co się dzieje to przesada.

Zastanawia mnie, czy to też nie sprawia, że są takie sytuacje, jak fakt, że Create gra w Gnieźnie dopiero drugi koncert i to sporo czasu upłynęło. Ja już nie mówię o Ryba & The Witches Bartka Muszyńskiego, Twarze braci Pacholskich... Dziwna sprawa, bo są z Gniezna, ale do Gniezna ich nikt nie zaprasza. Nie wiem może to szerszy problem nie tylko gnieźnieński takiego braku szacunku do swoich... Podkreślę że to się zmienia, ostatnio jest lepiej, bo pamiętam, jak było 20 – 30 lat temu... Jednak nadal coś w tym jest.

To jest ciekawe. Powiem ci tak: wydaje mi się, że są zespoły, czy są grupy ludzi, którzy działają tylko w Gnieźnie. I to chyba jest złe wyjście, to gdzieś w komentarzach fajnie opisał Buri (Piotr Buratyński)... Jest druga postawa tak jak robi Create, że robi objazdówy i super, budują coś. Może nie zawsze przekłada się to na wymierną korzyść, ale poznają ludzi, budują relacje, budują przede wszystkim publiczność i grają po całej Polsce. To jest ważne. Natomiast są zespoły, które się cieszą, że siedzą tutaj w Gnieźnie i tu tylko grają... Zadowalają się tym, że ktoś zadzwoni i powie, słuchaj, tu mam lukę w programie i fajnie by było gdybyś wystąpił... To na dłuższą metę ślepy zaułek. Można (i powinno) się z tego cieszysz, gra się, ale czy to jest rozwiązanie na dłuższą metę? To jest rzecz, którą opisał wspomniany wcześniej Darek Gapski, kiedy jeszcze pisał licencjat o fotografii w Gnieźnie. Wspominał dziennikarza, który charakteryzował gnieźnieńskie środowisko fotograficzne jeszcze w latach 80., że oni nie jeżdżą do innych miast na wystawy, nie konfrontują się i to jest ważne. Zobacz, że Ci, którzy patrzą gdzieś dalej, funkcjonują nieźle. Nie chodzi o to, żeby się zaraz stąd wynieść, ale, żeby zacząć funkcjonować na szerszych wodach. Z drugiej strony, wracając do twojego pytania, to coś w tym jest… być może to kwestia komunikacji? ale z drugiej strony raczej wiadomo, gdzie trzeba uderzyć, jeśli chce się zagrać. A jak nie wiadomo, to wystarczy mnie czy Ciebie zapytać, przecież pomożemy. Nawet wystarczy napisać na Popcentrali na feju: słuchajcie chcielibyśmy zrobić to, czy tamto podpowiedzcie... Do nas na Oślą Ławkę też ludzie piszą. Myślę, że jakby jakiś młody zespół, który nie ma powiązań napisał do was na Popcentralę to pewnie byś sam podpowiedział, jak i do kogo uderzyć...Wiesz to też, jest tak, jak się kiedyś Buri śmiał - no bo co? Ci biedni urzędnicy mają sami wjechać komuś na chatę z kasą w kufrze i tekstem „rób nam kulturę”? Myślę, że w Gnieźnie mamy dużo więcej gorszych patologii. Takich jak telefony z tekstem tu byśmy dali dofinansowanie, ale widziałem cię na takim a takim proteście, więc nie damy. To są moim zdanie gorsze patologie.

Polityka, która wciska się wszędzie?

Bo też zobacz, Gniezno jest na tyle duże i na tyle małe. Tu się ludzie wszyscy znają, nic nie przejdzie niezauważone. Potem ludzie mówią, że On czy Ona się udzielała, nie damy kasy, bo ludzie wiedzą, że kojarzą, on jest stamtąd. W większym mieście może się to bardziej rozchodzi, a może nie... Ciężko powiedzieć. Tutaj na pewno wielu ludzi wie o tym, co robisz i to rzutuje na teoretycznie niepowiązane ze sobą sprawy, pojawiają się niemerytoryczne względy. A już największym dramatem tego miasta są, a przede wszystkim będą wyjazdy ludzi z Gniezna. Sam mam wyjechać przecież...z różnych przyczyn, ale jednak wyjechać...

Był taki moment, gdy zacząłem się cieszyć, że się zmienia: zacznijmy od tego, że Ty wróciłeś, i nie dlatego że się przyjaźnimy, że Alex działając gdzieś tam też była tu, ba pojawił się „pierwszy słoik gnieźnieński” wspomniany przez Ciebie Buri... Zaczęło w mojej optyce być sensowniej. Teraz chyba ponownie jest trend wyjazdowy... Uciekamy stąd, bo...

Tak, trochę, jak fale. Przypływ i odpływ, raz lepiej, raz gorzej. Teraz akurat kończę czytać przydługawą powieść, ale ciekawą Księgi Jakubowe Olgi Tokarczuk. To jest trochę jak z dworem Jakuba Franka, nie chcę się oczywiście porównywać, broń Boże! (nie wiem, który Boże, w kontekście Jakuba Franka...) W każdym razie, kiedy oni przyjeżdżali do jakiegoś miasta w Austro-Węgrzech, chyba do Brünn to ono ożywało na jakiś czas, potem gdy wyjeżdżali, to znów przysypiało... Sam wiesz, że Gniezno jest na tyle małe, że tu nawet kilka osób robi różnicę, tworzy to środowisko. Musi być ta sceneria, responsywność, kiedy pojawia się rezonans, jedna osoba potem pojawia się trzecia... Niestety takie miasta są pewnie skazane na odpływ. Jestem pesymistą, jeśli chodzi o demografię takich miast jak Gniezno. Mimo wszystko, cieszy, że Urząd się stara, pewnie starostwo jakoś też, żeby w jakiś sposób uatrakcyjnić to miasto... Miasto wygląda inaczej, są fajne knajpy, tworzą się miejsca. Ale nieubłagane tendencje są takie, że raczej będzie się wyludniać. Ja się cieszę, że przez te kilka lat tu funkcjonowałem, to był naprawdę wspaniały czas dla mnie i jeżeli chodzi o kulturę, bo byłeś i Ty, i są takie fajne osoby jak Piotrek Wiśniewski w Urzędzie Miejskim, i było moje ziomkostwo z Oślej Ławki, i Alex, i Dorota, i Maja, która robi świetne grafiki. Później młodzi się pojawili, było też przecież Szajse Records i to było fajne, to trybiło jak trzeba. Później jeden wyjazd potem drugi... Potem ktoś musi być bardziej zajęty swoimi sprawami, potem u kogoś dziecko się pojawia... Tu jednak jest, chociaż szansa na kolejne pokolenia. Miejmy nadzieje, że takie osoby się będą pojawiać, z podobnym zacięciem. Takich jednak głupków jak my, społeczników...

Figura głupka wioskowego niegdyś ważna i potrzebna. Choć może w wymiarze miejskim to jest trudne... Kończąc, nie wiem, czy też obserwujesz to, że teraz przyszły świetne aktywne młode roczniki. Kiedyś był Bąkol i ta ekipa Tomka i trochę pusto...

Jeszcze była fajna ekipa wokół Bapu. Wszędzie gdzie się pojawiali, to pojawiała się też atmosfera radości. Jak przychodzili na imprezy Oślej Ławki, to było wśród nich sporo takich barwnych osób. Rzeczywiście jednak masz rację teraz, takich ludzi jest dużo więcej. Wydaje mi się, że Polska się też jakby zmienia, również instytucje kultury. Miejmy nadzieję, że za tą zmianą infrastruktury eSTeDe, pójdzie też inne zmiany, że będzie tam coraz lepiej. Kibicuję. MOK pewnie też się będzie zmieniał, parę lat temu mieliśmy woltę w teatrze. Trochę się pozmieniało na plus i to pewnie też wyciąga, inspiruje te roczniki. Faktem jest, że ja miałem chyba więcej pokory, teraz ta młodzież internetowa jest chyba taka bardziej do przodu, tak mi się wydaje. Chociaż niestety uber-ironiczne, to jest trochę słabe. Może my też byliśmy do przodu, tylko Tomek mi nie mówił. Mam jednak wrażenie, że młodzi ludzie mają w sobie dużo przebojowości.

Ostatnia kwestia, rzecz ważna. Ośla Ławka będzie działać...

Mam ogromną nadzieję, że tak. Wiesz, nie ma ludzi niezastąpionych. Natomiast trzeba znaleźć tych ludzi na zastępstwa i to nie zawsze jest łatwe. Jasne, nie ma ludzi niezastąpionych, ale pewni ludzie w pewnych konfiguracjach, bo to jest ważne, świetnie funkcjonują. Sam człowiek, nawet geniusz bez rezonansu, bez odpowiedniego środowiska nic nie zrobi. Nawet ważniejsze jest środowisko, to jest jak grzybnia, nie mylić z chujnią - żeby chujni nie było, to musi być grzybnia i ona działa jak ekosystem. To, co mówię wiąże się też z moją wizją społeczeństwa z tym, jak myślę o ludziach, kulturze, społeczeństwie i polityce. Nie chodzi o mnie, który odejdzie, który się przeprowadzi, tylko chodzi o to, żeby dalej działało to środowisko. Zobaczymy. Zresztą na razie pewnie będę działał trochę zdalnie. Mam jednak nadzieję, że ta wymiana pokoleniowa będzie następowała. Teraz pytanie właśnie dość istotne co z tymi rocznikami, o których Ty wspominałeś. Czy ktoś zostanie w Gnieźnie? To jest pytanie... Otwarte.

Oby otwarte.

Właśnie oby. Tak jak to nasze miasto Gniezno Otwarte, oby nie tylko na wyjazdy. Ale ładne i fajne jest to nasze miasto, i chyba nieźle już zagospodarowane... Miasto, w którym się przecież sporo... wygłupialiśmy...

Dzięki za rozmowę.

Dziękuje.

Making Off pojawi się w przygotowywanej książce. Tam Bąkol mówi sporo o prowadzącym tę rozmowę. 

Rozmawiał:

Jarek Mixer Mikołajczyk

 

Tagi: Paweł J. Bąkowski Gniezno Kabaret im. dra Frankensteina Rozmowy o kulturze Sotowarzyszenie Ośla Ławka

Skorzystaj z okazji, by zobaczyć nagradzane i doceniane przez krytyków polskie filmy. Dzięki projektowi „Kultura Dostępna w kinach” w każdy czwartek o godzinie 18:00 bilety kosztują jedyne 10 zł dla każdego.

Happy Olo

Kino Helios
Czwartek 26 kwietnia 2018
godz. 18:00

Narzeczony na niby

Kino Helios
Czwartek 3 maja 2018
godz. 18:00

Atak Paniki

Kino Helios
Czwartek 17 maja 2018
godz. 18:00