• Start
  • Wywiady
  • Kontrwywiad Popcentrali. Rozmowa z Agnieszką Gadzińską, niezwykle ważną autorką książek dla dzieci
  • Jarek Mikołajczyk

Kontrwywiad Popcentrali. Rozmowa z Agnieszką Gadzińską, niezwykle ważną autorką książek dla dzieci

W zabieganiu, czasem gubi się rzeczy ważne. Choć Popcentrala wypracowała sobie komfort pisania własnym tempem i priorytetami, czasem też gdzieś umyka to co jest prawdziwą wartością prowincji. To właśnie ludzie są prawdziwym dobrem, ludzie twórczy, aktywni, a jednocześnie w pewien sposób czyści, niezachlapani celebryckim błotem i trendami. Dziś w Kontrwywiadzie Popcentrali rozmowa Jarka Mixera Mikołajczyka z Agnieszką Gadzińską.

- Pamiętasz moment w którym wiedziałaś, że chcesz pisać bajki? Rodziło się to przekonanie długo w czasie, czy jakiś jeden impuls?

- O tym, że chcę pisać wiedziałam od zawsze, od zawsze też interesowała mnie literatura dziecięca. Natomiast tym, co ostatecznie zdecydowało, że będę pisać dla dzieci, było chyba to, że zostałam mamą… Zresztą świat dziecka, zapewne również z racji zawodu, jest mi po prostu bliski- łatwo w niego wchodzę i dobrze się w nim czuję.

- Jesteś pedagogiem, czy terapeutyczny aspekt bajek ma dla ciebie znaczenie, jeśli tak to czy pisząc swoje historie myślisz o tym aspekcie?

- Zawsze staram się coś przekazać w swoich tekstach. Może aspekt terapeutyczny to za dużo powiedziane, ale na pewno chcę poruszyć pewne struny, sprowokować do przemyśleń, rozmowy. Moje książki to zabawne historie, ale mówiące o wielu trudnych sprawach w życiu dziecka- poruszam problem zazdrości, przyjaźni, lojalności, adopcji, kradzieży, lenistwa… Wielu zagadnień, które towarzyszą nam, na co dzień, a które czasami trudno wytłumaczyć kilkulatkowi. Mam nadzieję, że moje teksty pomogą rodzicom czy opiekunom, rozpocząć dialog z dzieckiem, ułatwią wspólne odkrywanie świata.

- Niewątpliwie kawałek Twojego literackiego życia to Sklota, czy był jakiś realny pierwowzór bohaterki? Jak duży wpływ na twoje książki ma fakt, że sama jesteś mamą?

- Rzeczywiście jestem kojarzona najbardziej z książkami o przygodach Skloty- to ona wprowadziła mnie w świat literatury dziecięcej i oczywiście mam do niej duży sentyment. Pierwowzorami postaci występujących w Sklocie, były moje dzieci i ich przyjaciele oraz dzieci moich przyjaciół. Sama Sklota to po prostu moja starsza córka- opowiadania powstały, kiedy stawiała pierwsze kroki w szkole i ja bardzo chciałam jej to ułatwić. To, że jestem mamą bardzo mi pomaga... Moje dzieci są niesłychanie twórcze, pomysłowe i jednocześnie wrażliwe. Codziennie dostarczają mi inspiracji i bez nich na pewno nie byłabym tym, kim jestem.

 

- Co kapelusz jeść powinien i inne opowiadania to książka zabawna, pełna lekkości, pisanie zabawnych historii wymaga pewnej wrażliwości. Czy jednak pomysły dostarcza życie?

 

- Myślę, że każdy gatunek literacki wymaga od autora wrażliwości- wchodzimy w cudzą skórę, cudzy świat, nieważne czy nasz bohater ma lat 4, czy 70. Cieszę się, że moje teksty odbierane są jako lekkie, ponieważ, (i to moje osobiste zdanie), uważam, że książki na tym etapie rozwoju młodego czytelnika, mają przede wszystkim zachęcić i zainteresować. Kiedy ów czytelnik będzie gotowy sam sięgnie po dojrzalszą literaturę. Najważniejsze to sprawić, by dziecko chętnie sięgało po książki z własnej woli i czerpało z tego przyjemność- w ten sposób mamy szansę wychować świadomego i krytycznego czytelnika.

 

- Kłopoty z ulicy Rumiankowej, jedna z Twoich nowości dotyka momentu gdy chłopcy wolą własne towarzystwo, bez dziewczyńskich klimatów, jacy są Tadzik i Stefan? Czy chłopcy zagoszczą na dłużej w Twoich książkach?

 

- Rzeczywiście, w mojej najnowszej książce pojawia się zarys problemu związanego z podziałem w grupie rówieśniczej. Często obserwuję na pewnym etapie rozwojowym, że dzieci zaczynają wybierać towarzystwo swojej płci- wiąże się to różnicami we właśnie kształtujących się poglądach, zainteresowaniach, sympatiach i antypatiach, autorytetach… Moje dzieci mają przyjaciół obu płci i moim zdaniem bardzo na tym korzystają- wymaga to kompromisów i spojrzenia z różnych perspektyw, a przecież to rozwija. Pisząc „Kłopoty…”, starałam się wejść w skórę chłopca- nie było to łatwe, ale jako siostra starszego brata, nigdy nie miałam problemów w kontaktach z płcią przeciwną i często uczestniczyłam w typowo chłopięcych zabawach. Mam nadzieję, że moi bohaterowie są przez to wiarygodni i da się ich lubić- chociaż bez przerwy psocą - ich intencje są dobre.

- Po za lekkim piórem i świetnym rytmem języka siłą twoich książek są także ilustracje. Masz szczęście do ilustratorów, czy wydawnictwo po prostu prowadzi dobrą politykę?

 

- Rzeczywiście, w książkach dla dzieci ilustracje mają ogromną moc. Jest powiedzenie, że nie ocenia się książki po okładce- cóż, jeśli chodzi o literaturę dziecięcą, to się nie sprawdza… Oprawa graficzna przyciąga i sprawia, że sięgamy po daną pozycję i nawet najlepszy tekst może się nie obronić, jeżeli ilustracje zawiodą. Mam ogromne szczęście do ilustratorów i do fantastycznych osób z wydawnictwa, które często konsultują ze mną wybór ilustratora, choć wcale nie muszą tego robić, bo nie ma takiego punktu w naszych umowach. Wybór ilustratora czasami długo trwa, ale zawsze lepiej poczekać niż wybrać niewłaściwie. Książki ilustrowane przez Artura Nowickiego (Sklota) i Artura Gulewicza (Kapelusz.., Kłopoty.. i Lekarstwo na krowę), wydawane w dużym formacie i na świetnej jakości papierze, dobrze oddają klimat moich opowieści i są po prostu ładne.

 

- Gdyby powiedziano Tobie w wydawnictwie możesz wybrać kogo chcesz z polskich ilustratorów, kogo byś wybrała?

 

- Jeśli chodzi o polskich ilustratorów, to bardzo cenię twórczość Macieja Szymanowicza i Piotra Sochy.

 

- Ewa Jaworska powiedziała kiedyś, że to co piszesz jest bliskie Wandzie Chotomskiej, komplement rzecz jasna, ale gdybyś miała wymienić swoich mistrzów czy mistrzynie literatury dziecięcej to kto?

 

- To olbrzymi komplement – sama nie śmiałabym się nigdy porównywać do takiego autorytetu. Jeśli chodzi o poezję dziecięcą, nie będę oryginalna- Brzechwa i Tuwim. Natomiast proza to bez wątpienia Astrid Lindgren, Ulf Stark (generalnie bardzo odpowiada mi spojrzenie na świat dziecka, oczami autorów skandynawskich : Pia Lindenbaum, Sven Nordqvist…). Z własnego dzieciństwa i wczesnej młodości ogromnym sentymentem darzę książki Nienackiego, Papuzińskiej, Bahdaja, L.M. Mongomery, Musierowicz, wspomnianych Tuwima i Brzechwę…- to autorzy, którzy tak naprawdę wpłynęli na całe moje życie i ukształtowali mój gust czytelniczy.

 

- Piszesz bajki i opowiadania dla dzieci, baśnie rzecz jasna są inną formą ale gdyby idąc tropem Bruno Battelheima zapytać wolisz Andersena czy Braci Grimm?

 

- Nigdy tak naprawdę nie przepadałam za baśniami i nigdy nie utożsamiałam się z żadną z postaci baśniowych - nie miałam w sobie materiału na księżniczkę... ( zresztą, pamiętam pytanie jednego z wykładowców podczas studiów pedagogicznych, z jaką postacią się utożsamialiśmy w dzieciństwie. Moim wzorcem osobowym był Janek Kos, jeden z „Czterech pancernych”, o czym do dziś krążą rodzinne opowieści... Dość nietypowo). Jeżeli musiałabym wybierać to jednak nieco psychodeliczna aura opowieści Andersena przemawia do mnie bardziej niż historie Braci Grimm, (tym bardziej, że miałam okazję zapoznać się z wersjami pierwotnymi). Natomiast moje dzieci przepadały za baśniami i legendami, młodsza córka z resztą nadal bardzo je lubi. Ja to po prostu szanuję.

 

- Poza pisaniem i rodziną co jeszcze wypełnia życie Agnieszki Gadzińskiej?

 

- Lubię tworzyć- interesuje mnie rękodzieło i kiedy mogę sięgam po coraz to nowe techniki- bardzo mnie to odpręża ( niekoniecznie moje wytwory muszę posiadać- często wystarczy mi sam proces tworzenia:). Dużo czytam, pasjonuje mnie historia polskich dworków ziemiańskich i kultura materialna XIX i początków XX wieku, lubię polskie góry, poezję, interesujących i otwartych ludzi, z którymi mogę porozmawiać na ciekawe tematy, lubię muzykę (trochę śpiewam i gram na gitarze… ), kocham moje psy, tęsknię za kotem (pierwowzorem Kaktusa ze Skloty), chyba jeszcze długo mogłabym wymieniać…

 

Jarek Mixer Mikołajczyk