• Jarek Mikołajczyk

Renata Przemyk Pomiędzy Stylami - Rozmowa

Rozmowa o Tomie Waitsie, Jarocinie i Rzeźbie Dnia oraz teatrze i otwartosci z Renatą Przemyk po koncercie w Centrum Kultury eSTeDe rozmawiał Jarek Mixer Mikołajczyk

 

Kiedy zaczynaliście sporo w Waszym graniu z Ya Hozną było Toma Waitsa, mówiło się, że w jakiś sposób go popularyzowaliście w Polsce. Jakie były te początki?

 

Wtedy w 89 roku…Faktem jest, że byliśmy jednymi z niewielu, którzy nie tylko namiętnie słuchali, to jeszcze usiłowali inspirować się Nim co najmniej. Sławek Wolski, z którym zakładaliśmy Ya Hoznę, wcześniej grał Waitsa z Mariuszem Lubomskim.  Oni też grali na festiwalu studenckim, tam się poznaliśmy i właściwie to Waits nas połączył. Tak mi się podobało to co oni zrobili, że najpierw nawiązała się rozmowa, a potem współpraca w 89 roku okazało się, że tak dużo nas łączy. Wspólne spojrzenie na piosenkę, wspólne fascynacje i ciągoty w stronę łamania schematu, bawienia się muzyką. To komponowanie muzyki gdzieś na styku różnych pozornie sprzecznych elementów, to nas zawsze pociągało. Po latach okazało się, że zostaliśmy uznani za propagatorów Toma Waitsa w Polsce. Choć my tak naprawdę, przede wszystkim się dobrze bawiliśmy i byłam zachwycona, że podoba się to publiczności.

Renata Przemyk - projekt akustyczny

 

Niewątpliwie i Ya Hozna i sama Renata Przemyk to poruszanie się na styku różnych stylistyk. Początkowo oczywiście określano to co robiła Renata Przemyk piosenką autorską, czy nawet poetycką. Przyszedł też czas na rockowe oblicze. Czy to  dzięki Armii, która zaprosiła Was do Jarocina?

 

Wtedy jeszcze nie. Przyznaję, że interesowało mnie wiele różnych rzeczy, tak wiele gatunków mi się podobało, ciężki rock też, ale i klimaty jazzujące czy poetyckie. Najwięcej jednak w tym wszystkim było mieszanek, jakiejś alternatywy, chyba powstała wtedy taka nisza na polskim gruncie. Armia miała tutaj trochę inne znaczenie. To dość dziwne dla mnie, kiedy w 1989 roku graliśmy na festiwalu studenckim właśnie akustycznie i akordeonem, to było coś pomiędzy Tomem Waitsem a Niną Hagen i taką mnie właśnie odnalazła i polubiła ekipa z Armii…Do tej pory jest dla mnie tajemnicą jak oni na Nas trafili. Wtedy nie było mediów z taką siłą rażenia jak dziś, ani Internetu. Myślę, że to palec boży, na pewno jakąś siłę sprawcza trzeba tu wyznaczyć. W każdym razie się spotkaliśmy, było z ich strony zaproszenie do Jarocina. Wcześniej jeździłam tam jako słuchacz i wiedziałam co się wiąże z obecnością na tamtejszej scenie. Powiedzmy szczerze mogło być naprawdę dobrze, a mogło się skończyć śmiercią sceniczną. Miałam jednak przeczucie, że grzechem było by nie skorzystać z zaproszenia. Wiedziałam też, że to jest tak duże wyzwanie, wielka próba, a jednocześnie rodzaj jakiegoś błogosławieństwa. Miałam wrażenie, że to jest taka próba ognia, że jak się uda w Jarocinie, to już nic mnie nie złamie. Jeśli tu mnie nic nie zaskoczy, to już wszystkie marzenia w życiu się spełnią. Postawiłam wszystko na jedną kartę. Pojechaliśmy, choć Sławek był przerażony. Warszawiak z dobrego domu, to ja byłam tym zwariowanym ogniwem. I to, że to się jednak udało, i ta publiczność jednak nas pokochała, to był ważny punkt na mojej drodze. Na początku nie była to łatwa miłość. Pamiętam, że byłam tym tak zachwycona, że to się udało, że publiczność przyjęła te nasze piosenki z akordeonem... Chociaż nie obyło się bez walki, przez pierwsze piosenki czuło się jednak opór, zdziwienie i pewną konsternację. Potem zadziało się istne szaleństwo tych bardzo kolorowych ludzi była euforia i było pogo. To było tak niesamowite wrażenie, że nie zapomnę tego nigdy, to był taki moment, który dał mi niesamowitą siłę. Jarocin dał mi taki glejt, że jednak na tej scenie jest dla mnie miejsce, że mam coś do zrobienia.

 

Potwierdzeniem tego glejtu jest jedna z gablot Spichlerza Polskiego Rocka…

 

Tak. Bardzo się cieszę, że tam się mogłam znaleźć. Są tam moje glany, są zdjęcia, jest identyfikator, z któregoś z tych pierwszych Festiwali, na które jeździłam jeszcze jako widz. Jest jeszcze taka festiwalowa gazetka już z czasu gdy graliśmy w Jarocinie z adnotacją o nas, że mamy wystąpić w tym dniu jako goście Armii.  Bardzo lubiłam Armię, Oni już byli kimś na scenie, scena należała do nich i mogliśmy wystąpić z nimi na tej samej scenie, to mi bardzo pochlebiało.

 

Spichlerz Polskiego Rocka Glany Renaty Przemyk

 

Festiwal w Jarocinie zwłaszcza ten z początku lat 80-tych to chyba nie tylko muzyka…

 

To właśnie nam dało taki powiew wolności. Niesamowite wrażenie. Jarocin był niesamowicie kolorowy, to że na co dzień otaczała nas w tamtych latach szarzyzna zupełnie nas w Jarocinie nie dotyczyło.

 

Nieustanne poszukiwaniu na styku gatunków form i stylistyk. Rozmawiamy o rockowym aspekcie, ale pojawił się teatr. Czym jest teatr dla Renaty Przemyk?

 

Nie tak od razu pojawił się ten teatr. Owszem on kiedyś tam był w moim życiu, jako dziecko grywałam w teatrzykach dziecięcych. Być może wtedy gdzieś połknęła bakcyla. Ta magia teatru mnie urzekała. Kiedy wiele lat później w 2002 roku dostała m propozycje i to bardzo poważną, napisania muzyki do spektaklu Balladyna w reżyserii Jana Machulskiego. Padały poszczególna nazwiska współtwórców spektaklu Zofia de Ines jedna z czołowych kostiumografek, Narta Klubowicz jedną z głównych ról grała…Na koniec jeszcze magiczne słowa, że mam wolność artystyczną. Wydało mi się, że to po prostu kolejna propozycja, której nie da się nie przyjąć. Mimo, że byłam wtedy zupełnym nowicjuszem jeśli chodzi o obsługę komputera w zakresie komponowania. Kupiłam wtedy specjalnie komputer Atari, rok wcześniej w sumie z Maćkiem Aleksandrowiczem pracowaliśmy na jego Atari przy płycie Hormon. Tutaj stanęło przede mną wyzwanie, że muszę to zrobić sama w dodatku w bardzo szybkim tempie. To było faktycznie kolejne wyzwanie tak samo niebezpieczne, co pełne emocji. To kolejna rzecz, która zostanie we mnie do końca życia. Praca z realizatorem w zawrotnym tempie, 24 godziny na dobę. Potem premiera, która rzuciła mnie na kolana i takie emocje, których nie byłam nawet w stanie w tedy nawet sobie wyobrazić. I tak od tej pory przygoda z teatrem trwa nieprzerwanie. Fred Apke reżyser, który był na premierze Balladyny jako gość, był pod takim wrażeniem spektaklu, że zaprosił mnie do pracy przy swoim spektaklu. Zrobiliśmy Odjazd, który też został utrwalony na płycie.  Tak to popłynęło, tam znalazł się inny reżyser, zaproponował mi następne sztuki. Teraz czekam na taką propozycję, która postawi przede mną inny rodzaj wyzwania. Cały czas grane są dwa spektakle robione w ciągu ostatnich trzech lat. W teatrze Rampa – Pieśń morderczyń tez we wspaniałym towarzystwie, bo przyszło mi po latach poniekąd na jednej scenie z Tomem Waitsem stanąć, bo jego piosenki zostały wybrane. Za spektakl Szyc w Teatrze Barakah  dostałam nagrodę na Festiwalu Teatralnym w Polkowicach. Taki kolejny etap rozwoju, przyznam byłam zachwycona, że właśnie za muzykę do spektaklu otrzymałam nagrodę, a więc za coś zupełnie odrębnego niż to co robię na co dzień. Zdarzyło mi się tez parę razy grać na scenie aktorsko, to też wspaniałe doświadczenie. Jeśli wrócić do muzyki, przechodziłam przez bardzo różne gatunki. Mówiliśmy o rocku, ale w mojej twórczości rock w całej krasie ukazał się w 96 roku od Andergrant, żeby w 2001 zbliżyć się do jazzu. Wcześniej oczywiście było dużo poetyckiego ciągle z akordeonie. Muszę przyznać, że chyba byłam niezłym utrapieniem dla dziennikarzy.

 

 

Pewnie ten problem z dookreśleniem tego co pani robi jest pewnie wśród dziennikarzy do dziś. Przed chwila byliśmy świadkami takiego akustycznego grania z triem. Jednak ostatnia płyta, przyniosła dużo świetnie brzmiącej elektroniki. Czy to podążanie za modą czy może jakaś potrzeba wewnętrzna? Sprawdzenie się czy zabawa?

 

Sprawdzenie to chyba nie to słowo. Natomiast zabawy w tym jest sporo. Intuicyjnie ciągnie mnie w takich kierunkach w których mogę się w danym momencie wypowiedzieć najpełniej, ale też ciągnie mnie do łączenia brzmień w taki sposób, który pozwoli mi najpełniej może najdosadniej wyśpiewać te teksty, które śpiewam. Nie da się wyznaczyć tych kierunków inaczej niż intuicyjnie. Komponując Rzeźbę Dnia, podążałam za tym co podpowiadały mi podszepty intuicji. Tu taj też trafiłam na Jarka Barana – wspaniałego realizatora, który myślał pod wieloma względami podobnie o piosence, a jednocześnie miał fantastycznie opanowany warsztat brzmień elektronicznych. Składa loopy z własnych sampli i udało nam się pożenić to o czym marzyłam, te naturalne szlachetne brzmienia instrumentów akustycznych z elektronika i z elektrycznymi gitarami i z gitarami akustycznymi. Zaśpiewane jest też to wszystko trochę inaczej niż na poprzednich płytach. Dla mnie głos jest najwspanialszym instrumentem, którym można robić tak nieograniczone i piękne rzeczy, nieograniczone rodzaje brzmień i oddać nim tyle emocji…Jestem bardzo wdzięczna publiczności, że cierpliwie podchodzi do tych moich eksperymentów i towarzyszy mi przez te lata w zeszłym roku obchodziliśmy 25-lecie. Była seria koncertów jubileuszowych, takich ze specjalną oprawą. Po koncercie przychodzili ludzie i to było fantastyczne doświadczenie, ta wymiana wspomnień. Słuchacze czuli się jakoś zobligowani by opowiedzieć o swoich wspomnienia związanych z moimi piosenkami. To było piękne i wzruszające, te opowieści, kiedy, kto zaczął słuchać, od jakiej piosenki co wtedy ważnego działo się w jego życiu. Wspominali czy właśnie ten Jarocin, czy byli na festiwalu w Krakowie, to naprawdę było bardzo wzruszające gdy opowiadali, kto dołączał od jakiej płyty…

 

Ten koncert w Scenie to dziwnej to projekt akustyczny. Czy dobór repertuaru wyznaczyły instrumenty? Czy w tym programie znajdzie się miejsce dla utworów z ostatniej płyty, bo to chyba dość trudne zadanie?

 

Jeszcze faktycznie nie, jesteśmy w trakcie przygotowywania, znajdą się w akustycznym programie i piosenki z Rzeźby Dnia. Ten projekt rozwija się wielokierunkowo, ale też równolegle. Są oczywiście koncerty z Rzeźbą Dnia, ale bardzo brakowałoby mi też tych akustycznych projektów, gdyby nie były grane równolegle. Brakowałoby mi tych kameralnych emocji i przestrzeni, jakie budują się przy koncertach akustycznych. Trio Akustyczne, jako projekt, jest też trochę efektem tych moich tęsknot teatralnych, jest w nim trochę takiego parateatralnego projektu gdzie można zrobić coś więcej. Gdzie można nawiązać bliższy kontakt z publicznością, kiedy pozwalam sobie opowiadać pomiędzy piosenkami. Sama byłam zaskoczona, nie spodziewałam się, że tak mi się to spodoba, kiedyś witałam się z publicznością na początku i żegnałam na koniec koncertu. Nie miałam potrzeby dopowiadania czegokolwiek, a tutaj jakby same zaczęły przychodzić do mnie historie, zaczęłam to naturalnie rozbudowywać, zaczęłam dodawać kolejne gadżety, rekwizyty. Zaczęłam żyć tym również poza sceną. Przyjaciele zaczęli mi znosić różne instrumenty perkusyjne albo przedmioty wydające dźwięki…Jak się przyjrzeć wiele z tych rzeczy nie jest stworzona do tego by być instrumentami, ale zostały do tego przystosowane. To też stwarza pewną otwartość. Taki akustyczny projekt, koncert to też przede wszystkim emocje, to granie i improwizacja. To przed trio akustycznym i przed graniem roli teatralnych było mi obce. Teatr nauczył mnie z jednej strony pokory i współdziałania a z drugiej takiej otwartości, że błędy się mogą zdarzyć wtedy te błędy można ograć i stworzy się nowa jakość, czasem coś ciekawszego. To czego nie byłoby, gdyby człowiek nie pozwolił sobie na niedoskonałość. Spuściłam z tonu, z tej perfekcji z przygotowania wszystkiego do ostatniego dźwięku i otworzyło się coś niesamowitego. Równolegle idą swa programy, nie jestem w stanie odmówić sobie żadnego z nich i jestem w trakcie tworzenia trzeciego.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

Ja także dziękuję.