• Start
  • Felietony
  • 100 zdań nie tylko osobistych na 100. Rocznicę Wybuchu Powstania Wielkopolskiego. Polak naprawdę potrafi
  • Jarek Mixer Mikołajczyk

100 zdań nie tylko osobistych na 100. Rocznicę Wybuchu Powstania Wielkopolskiego. Polak naprawdę potrafi

Taka rocznica się już nie powtórzy, o tym wiedzieliśmy wszyscy, już dawno.
Wiedzieli o tym także wszelcy animatorzy, organizatorzy, można było więc odnieść wrażenie, że 28 grudnia 2018 to dzień z cyklu 100 imprez na 100. rocznicę.
Czy to źle?

Tak i nie.

Źle, jeśli, było to ruszenie na kasę, dobrze, jeśli to pospolite ruszenie patriotyzmu lokalnego było szczere.
Na szczęście tego dnia, nikt już nie pokazywał wystawy "ksera - ksera zdjęcia ksera", bo takie też u nas otwierano, a kilka dni przed rocznicą w MOK-u pokazano wielkopolską Siłę WspółPracy.

Spektakularnym było na pewno otwarcie Domu Powstańca Wielkopolskiego w rewitalizowanym Starym Ratuszu, porównywalne znaczeniem dla potomnych do rozmachu Powrotu Dowódcy, czyli sprowadzenia szczątków kapitana Pawła Cymsa na gnieźnieński Akropol.
Jest multimedialnie, przynajmniej w sporej części, hologramów nie mamy, ale wiele bardzo wciągających: technologii, stanowisk, królików z kapelusza w pozytywnym znaczeniu.
Jest też sporo grygućków – takich rysunków historycznych dla dzieci, co się im spodobają.
Jest miejsce na warsztaty, bo przecież akuratna Wielkopolska to organicznicy.
Jest też właściwy człowiek, na właściwym miejscu – Marta Pacak, pewnie nie jest to oczywiste, że to Ona jest tą właściwą, bo się nie owija we flagę narodową przy każdej okazji na każdym winklu.

Otwarcie o mały włos trwałoby tyle, co rocznica, nudno się jednak nie zrobiło, może trochę duszno od VIP-ów, a może po prostu nie zdjąłem płaszcza.
Przed Ratuszem całkiem ciekawie zabrzmiała z dziećmi Przestrzeń.
Wieczorem chrzest sali koncertowo-teatralnej w Ratuszu, ponoć udany, mówią ludzie, którym ufam, nie dlatego mnie tam nie było, że bym bał się, że po tym koncercie profesorka pianina rodem z Gniezna wyskakiwać będzie z lodówki, po prostu byłem w innym miejscu.

Zanim jednak o tym, gdzie byłem i dlaczego w tym czasie byłem - za koszarami przy Sobieskiego, trzeba to powiedzieć — Polak potrafi, Wojciech Polak potrafi prymas i arcybiskup.
Prymas potrafi powiedzieć kazanie w katedrze, właśnie takie jak trzeba było powiedzieć na tę 100. rocznicę, ku pokrzepieniu, ku pamięci, ale też ku przypomnieniu, że nadmierne wątpliwości i podziały zniweczyłyby insurekcję wielkopolską i jej zwycięstwo, jak czasem nas zżera dziś ta z samymi sobą wojenka.

Ogromna flaga, i to przejście z katedry na cmentarz – kolejne wzruszenia, nie pytajmy jeszcze, czy trwałe, w tym momencie zapewne były prawdziwe.
Na Akropolu Bohaterów chyba ten tekst Paderewskiego, który część zna prawie na pamięć, a którego sens tak bardzo zapomnieliśmy, ten z Bazaru z 27 grudnia 1918 – moment, w którym o sobie i o pianiście przypomniał Andrzej Malicki.

Piękne słowa o byciu razem ponad podziałami, o naszej małej ojczyźnie przy tzw. setce dla TV Gniezno wzruszył się prezydent, to pewnie dobrze, ludzie lubią ludzi.
W rozmowie z Robertem Gawłem, w tym przypadku przede wszystkim szefem gnieźnieńskiego oddziału Towarzystwa Pamięci Powstania Wielkopolskiego i historykiem, potem gdzieś dopiero senatorem, powraca kapitan Cyms, który powrócił 5 lat temu.
Powraca, bo jest wśród swoich, powraca, bo ta 100. rocznica to jakieś dopełnienie, koda, choć jeszcze nie koniec.
Sejmik, trochę to brzmi strasznie jak sejm, a jednak samorządy Ziemi naszej spotykają się razem nie często, prawie tak jak często jest 100. rocznica, więc chyba mnie to cieszy.
Chyba, bo w tym czasie kompletuję stroje, do scenek Pruskiego zmierzchu – zaczęło się na Kareji, za moment ostatni spacer „próbaz młodzieżą, której ufam, bo nie mamy wyboru, musimy sobie zaufać, wszak moje czwarte alter ego to Improwizacja.

Forma taka, że albo musielibyśmy ograć to „na stopro”, a czasu było mało, albo młodzi ludzie muszą zaufać w to, co wymyślamy, a przede wszystkim w siebie.
Nie chce się teraz skupiać na tym połączeniu rekonstrukcji z teatrem korowodowym w marszu, pod szyldem Pruski zmierzch – zaczęło się na Kareji, jednak moją 100. rocznice wypełnia to zdarzenie właśnie.
Faktycznie, tak jak to było historycznie i w tym scenariuszu, napisanym przez wspomnianego Roberta Gawła wszystko zaczęło się od Kareji.
Nie, nie trzeba się bać, streszczenia pisał tu nie będę.
To, co dla mnie istotne, a wiedzą ci, którzy znają moje awersje do strzelanek, chyba po raz pierwszy obok typowo rekonstruktorskich akcji zrobionych pod okiem Ramzesa Temczuka – zawodowo, były też drugie plany i tła historyczne.
To właśnie te tła, nieco niestety technicznie zgubione przez reflektor, który był, a jakoby go nie było, te tła pozwoliły prowadzącym opowiedzieć o pięknie i złożoności kulturowej Gniezna początku XX wieku.
Mikołaj młody chłopak w roli Walczaka, tuż pod Ratuszem i domem Kasprowicza, bardzo dobrze krótko na temat – kobiety rzucają się na szyje powstańcom, bo tak być pewnie mogło.

Ważne zdania, jakie padły tu, poza powstańczymi faktami, to te o historii Ratusza, który powstał po wielkim pożarze i pewnie definicja Kareji.
Tuż po rozpoczęciu, scena-stacja pierwsza - kwartał żydowski przynosi pierwszą muzykę na żywo, nie licząc Roty.
Sara Powaga, studentka Akademii Muzycznej skrzypaczka co najmniej dwóch dobrych orkiestr zagrała cudownie w oknie Akwarium, taki specyficzny budynek, w którym kiedyś by zamieszkać, trzeba było być grubą rybą, najlepiej partyjną.
Specyfiki tego budynku nie dało się zdjąć z wszystkich mieszkańców, najpierw ochoczy byli na granie w oknie, nawet na balkonie, a potem zdziwienie, że to żydowska melodia to nie, a wydawało się, że mamy XXI wiek.
Na szczęście znaleźli się ludzie, którzy wbrew nazwisku otwarci nie tylko na Mazura, i zabrzmiało to, co tu brzmiało przed laty w okolicach synagogi, a zabrzmiało pięknie.
W tym miejscu niestety trochę zgubiła widoczność młodych ludzi, którzy pojęli, że tu byli, sąsiadowali z naszymi dziadami starsi bracia księgi, szkoda, bo zagrali tę migawkę z przejęciem.

Dobrze jednak wybrzmiała tu narracja o kwartale żydowskim, synagodze o tym też, że w głębi był Hotel Centralny i w nim zapadały pierwsze powstańcze decyzje.
Odrobinę gwarowych opowieści miałem tu okazję dołożyć do przypomnienia o historii wielkiej kamienicy, zresztą nie tylko, bo zaraz za nią przy późniejszej księgarni Waisa rozegrała się polska czytelnia, po pofrunęły ulotki.
Rzecz jasna księgarnia Waisa była ośrodkiem polskości nie zupełnie w czasach powstania, to jednak część naszej gnieźnieńskiej, wielkopolskiej historii.

 

Kolejna rodzina, która mogła przecież tu żyć.

No i miało nie być streszczenia, to jednak ważne, nie wszyscy Niemcy byli źli – to raz. W tym dniu 100. lat temu mieli prawo się bać i pewnie się bali, bo niektóre rodziny już tu w 3 albo 4 pokoleniu, a teraz po prostu po ludzku dla nich to powstanie to strach się bać.

Widocznie zaniepokojeni Niemcy, po naszymu Szkiebry przechodzą do protestanckiego kościoła – dziś garnizonowego.
To się wydaje istotny przekaz, bo radość powstania to też emocje, lęki i strachy po każdej stronie Miasta Trzech Kultur i tej czwartej wielkopolskiej, czasem nie wiem, czy nie najbardziej zapomnianej.

Dwa mocne dość zdarzenia na tym placu, przy którym powstańcy zdobyli pocztę, przy uciesze rekonstruktorów, trochę strzałów pada, w sumie inaczej niż w rzeczywistości, tu jednak potrzeba nam klimat przywołać, nie tylko fakty.
Dziewczyny z ekipy scenkowej wraz z rekonstruktorami i Witoldem przejmują pocztę, jest nasza flaga, teraz mam minutę rozgrzać tłum i rodzi się hałas: Hura! Hurra!
To na tej ulicy nieco dalej, może dzięki zwycięstwu powstania jakieś 300 metrów dalej u Cameya nagrywano pierwsze rapowe płyty – więc zróbmy hałas.
Niemcy, sąsiedzi to jedna sprawa, a jednak pruski pomnik zapewne kole w oczy, tych, którzy przed chwilą przejęli pocztę.
Ten zwalony symbolicznie pomnik – jest teraz poszukiwaniem tożsamości.
Częścią tego naszego Gniezna tuż za Garnizonem i Pocztą jest fotograf Nowicki, to też okazja, by nie tylko zrobić sobie to zdjęcie historycznym aparatem, ale i przypomnieć o innych fotografach i fotografkach z miasta.

A teraz na koszary, po drodze jeszcze odrobina radości i: Niech żyje Polska! Wielkopolanie fyrali wszak na migane więc ten walc zagrany przez Filipa Bironta na akordeonie i zatańczony przez ekipę młodych ludzi splata się z narracją o restauracji Wiedeńskiej.
Już tylko na koszary pójść pozostało, spoglądam więc w tył, idziemy tłumnie.

Kolejne strzały, rzeczywistość historyczna nieco podkoloryzowana, ale przecież tak dzieje się raz na 100 lat, więc nikt tu nie pyta.
Tłum to tłum, dzieciaki wybiegają po łuski no i jest trochę niebezpiecznie, nie tak jak w Powstaniu, ale jednak.
Chór zaśpiewał bodaj 4 kadrową, wjechali ułani, przecież to nasi, a konie rzecz jasna kochamy, również ja Wielkopolanin, bo przecież tez Polak jestem też trochę.
Robert autor scenariusza, bo teraz jest po prostu Robertem; zaczyna dziękować, jest komu i jest za co, zostało mi tylko krzyknąć: szczuny mycki z głów!
Kiedy duda, dudziarz, bo nie kobziarz (kobza to instrument strunowy), kiedy Mikołaj Woźniak zaczyna grać Mazurka Dąbrowskiego – ciarki na plecach, ja mam w oku łzę, ty masz w oku łzę, wy macie w oku łzę, oni mają w oku łzę.
My płaczemy ze wzruszenia?
Nie wszyscy, ale to dobre to łzy są, jeśli są.


Race podpalili nie w tym momencie, kiedy trzeba, osobiście myślę, że nigdy nie są w porę, to jednak dziś nie ma znaczenia – dla mnie, zresztą to było chyba wcześniej.
Tak to jakoś ten dzień dobiegał końca.
To trzeba przyznać, takich tłumów ulice Gniezna nie widziały dawno, można zaryzykować, że to najliczebniejsza lekcja historii w historii tego miasta.
Jeszcze długo w noc zdjęcia wielu autorów, fotografów, czy po prostu uczestników zasypały Facebook Powstaniem Wielkopolskim z Gniezna.

Dziwne jakieś wrażenie starostwo poddało tę naszą rocznicę, naszą insurekcję. Paradoks, bo to poddanie jest raczej dziełem tych, co byli przed wyborami - jakby wiedzieli, że przegrają już wcześniej.
Zostawmy jednak tym razem politykę i polityków, najlepiej po prostu ich zostawmy.

Gdzieś tak pomiędzy wszystkim w moich rękach ląduje Tygodnik Ludowy, Andrzej Krasa, niezłomnie walczy o pamięć, że powstanie miało też lewą stronę, bo miało. Zostawiamy więc w tę rocznicę spór o ten PPS i Dziadka.
Tak jak żyli tu mieszkańcy kwartału żydowskiego, jak częścią naszej rzeczywistości byli też dobrzy Niemcy, a nie zmieniło to potrzeby zrywu niepodległościowego, tak działacze lewicy również walczyli w Powstaniu.
Znak czasu, pewna, bo przecież niepełna zgoda w narodzie, na ulicach, w katedrze, na cmentarzu i w Domu Powstańca Wielkopolskiego.
Sobota nad ranem, przeglądam prasę, sporo tu miejsca poświęconowłaśnie tym wydarzeniom ważnym; jest otwarcie Domu Powstańca Wielkopolskiego, nieco mniej, choć ważne bardzo wyeksponowane słowa Prymasa, nie najgorzej z relacjami z Akropolu, niektórzy pisali wiecej i wcześniej i wrecz obficie Pruski zmierzch — zaczęło się na Kareji.
Krótki oddech, jakaś pauza pomiędzy rocznicowymi werblami, taka jest ta sobota, po dynamicznym piatku.

Zmęczenie dopadło nie tylko organizatorów, media także dostały zadyszki, bo jednak nie da się 100. imprez odnotować, opisać jednego dnia nawet w 100. rocznicę. Potyczka w Zdziechowie upamiętniona topornym pomnikiem, a przecież akurat w tej wsi bambrojewabyć nie powinno.
No dobrze ohydny nie jest, tylko czy to wystarczy, że jest w Gnieźnie jeden brzydszy pomnik św. Wosia?
Tu jednak w Zdziechowie te 100. lat temu rozegrało się coś, cobyć może nie tylko uratowało Gniezno, ale prawdopodobnie uratowało losy Powstania w tym jednym waznym momencie.
Po raz kolejny stało się jasnym, że Polak potrafi, bo pięknie mówił nie tylko o rodzinie Dondajewskich prymas Wojciech Polak.
W pełni się zgadzam z ks. Prymasem, nie zawsze, a jednak tym razem to niby tak oczywiste, a jednak prawda to: rodziny wielkopolskie niosły w swoich historiach istotęrodziny — bycie razem, pomimo a możewłaśnie dlatego, że dzieliły doświadczenia.

Piękne to zestawienie Świętej Rodziny z rodzinami wielkopolskim, rodzinami powstańczymi, bo przecież w prawie każdej rodzinie, ktoś szedł do powstania.
Czasem ten dziwny i trudny zawód, który raczej przynosi tylko zawody, daje szansę, tak jak dał mi teraz szansę rozmowy z wnukiem Wincentego Dondajewskiego.
Taka po prostu była ta rodzina, że ojciec Wincentego bił się w Powstaniu Styczniowym, sam Wincenty zginął pod Zdziechową, syn nad Bzurą, a jedną z jego córek zgilotynowano w czasie II Wojny za ukrywanie aliantów.

Jak sami o sobie mówią  po prostu wielkopolską rodziną i tyle.
Deszcz i chłód, niczego w tej Zdziechowie nie zepsuły.
Może tylko, kiedy pani wójt mówi, że "wartości Bóg, Honor, Ojczyzna nie były obecne naszemu pokoleniu", zastanawiam się co to znaczy i czy to przejęzyczenie, czy jakaś dobra poprawność polityczna?
100. Rocznica Wybuchu powstania wielkopolskiego, niestety nie wyłącza spostrzegawczości — no pewnie jakoś tak mi zostanie już na zawsze.
Robi na mnie wrażenie biało-czerwone odbicie olbrzymiej flagi na mokrym asfalcie, harcerze po bokach — wzruszyło mnie to polskie odbicie w deszczu, choć jestem Wielkopolaninem.
Może wzruszyło mnie to, co pokazuję na tak polskim zdjęciu właśnie dlatego, że jestem Wielkopolaninem.
Przepraszam, a jednak mam w sobie ten rozdźwięk, może dlatego, że jak Kaszubi czy Hanysi mam tę świadomośćpłynącą z historii, że my Tobie Polsko zawsze, wszędzie i wszystko, a Ty niekoniecznie nam.
Tyle padło słów, że razem, że dla naszych fyrtli, na naszych fyrtlach, z naszą Wiarą, dla naszej Wiaruchny i wiem, że to, co mnie boli, jest takie nie do końca razem, hip hip i hura hura.
Patrzę teraz na miłośnika Lwowa, piewcę rzekomych kresów w tej Zdziechowie, i chciałbym zapytać, czy wie, czy zdaje sobie sprawę, że Erika Steinbach ma te same emocje, kiedy widzi w takiej choćby Zdziechowie "Deutschesöstliches Land", a ja się na to nie godzę.
Jeśli czasem nie wiem, kim jestem, bo w składach nie wiedzą jużhandlyrze co to tytka, abo pyrki, wiem, że na pewno nie jestem Niemcem.
Wróćmy do tej 100. rocznicy na brak akcentów, nie możemy tu w Gnieźnie, i okolicy narzekać.

Jednak myślę, że poza Domem Powstańca Wielkopolskiego i Pruskim zmierzchem po prostu nie było pierdolnięcia, takiego do stokroć rocznicy.
Nie no kocham jazz, tylko taki co to go się nie da podpiąć do każdego projektu, bo pieniądz nie śmierdzi, właściwie to samo grając dzień wcześniej tylko, że niby kolędy — przepraszam, że wolałbym Kowalonka z płytą powstańczą, którą stworzył specjalnie, bo też miał w rodzinie powstańca.
Chciałem zobaczyć hologramy w DPW, nie zobaczyłem, a jednak mi się podoba, nie tylko to, ze wreszcie jest, ale jaki jest Dom Powstańca Wielkopolskiego.
Tak krawiec staje, jak mu miary staje, ten krawiec skroił więcej — to pewne.
Chciałbym zobaczyć karnawał powstańczy, platformy, orkiestry, chóry, zobaczyłem młodzież gnieźnieńskich szkół, rekonstruktorów i dwóch zakochanych w historii fyrtli prowadzących.
Zobaczyłem więc Gniezno, niczego więcej zobaczyć nie chcę.
Taki już jestem ograniczony: mój fyrtel, moje podwórko, mój winkiel, moja Kareja. Nasze powstanie, nasza historia, nasza kultura, nawet jeśli, każdy czy kazda z nas ma swój fyrtel, swoje podwórko, swój winkiel - Kareja jest tylko jedna.

Jarek Mixer Mikołajczyk

zdj. Sebastian Uciński, Aleksandra Gross-Mikołajczyk, Urzad Miasta w Gnieźnie i Jarek Mikołajczyk