• Jarek Mikołajczyk

3moonboys "NTZWNWG" - recenzja

3moonboys NTZWNWG. Tak gra się dziś w "Bydgoszczu", cytując kogoś, kogo pewnie nie warto pamiętać. Nie ma w tym jednak żartu. Dziś nie potrzeba dla określenia tego, co istotne w muzyce współczesnej  czyli brzmienia, podpierać się kulawymi często określeniami: manchesterskie granie, czy nowojorskie brzmienia gitarowe. W przeciwieństwie do tych dość enigmatycznych prób definicji, bydgoskie brzmienie ma bardzo konkretny wymiar. Jest w nim wszystko to, co przyniosła płyta Variete, ta z klatką schodową na okładce i słowami, które tną jak brzytwa, ta właśnie, na której bas i bębny brzmią pełniej. Zatem słuchając np. Dopaminy po prostu się słyszy – to jest Bydgoszcz, podobnie robi się z 3moonboys.

 

Dziś strażnikiem tych brzmień wydaje się Jarek Hejmann, od pierwszego kawałka Miś NTZWNWG to brzmienie jest siłą. Brzmienie, które oczywiście tworzy zespół. A jednak nie bez powodu Hejmann i Michał Kupicz znaleźli się w „kredytach” na okładce. Kończąc ten trochę przydługi prolog – siłą Bydgoszczy w tym wszystkim jest kompletne olanie silenia się na brzmienia: manchesterskie, nowojorskie, a przede wszystkim warszawskie.

 

Okładka, bo od niej rozpoczyna się przygoda z krążkiem, intryguje zdjęciem na wejściu. Stare aparaty foto były niezwykle fotogeniczne. Spójność całej okładki z materiałem na płycie bliska jest dokonaniom grafika Something Like Elvis, zwłaszcza z płyty Shape, choć podobieństwo jedynie czcionki na tylnej stronie digipacka. Zapewne to konsekwencja linearna – autorem okładki jest Radek Drwęcki, odpowiedzialny za syntezatory w zespole. Dobre zdjęcia, czysta całość.

 

Motoryka bębnów i basu w pierwszym kawałku  Miś wysyła skojarzenia w rejony pierwszych płyt Kristen, to nieustannie zapowiadające się rozpędzanie kawałka, które jednak nie następuje, kiedy już wydaje się, że za chwilę będzie noise i wybuch ściany dźwięku, numer owszem transuje, a potem się rozpływa. Muzyczna iluzja w mistrzowskim wydaniu. Taka niby ładna piosenka, a jednak podskórnie drąży słuchacza dopiero, gdy milknie. Mało słów, w nich proste skojarzenia:

jedno oko, wielki ziew...

…kurz opada

spada cień,

zrywa korzenie u stóp

wyrosły tam

gdzie obumarł plon…

 

Nowocześnie, selektywnie, gitara z powietrzem i elektronika – jest wszystko jak trzeba. To jednak rytm niesie ten kawałek. Bardzo pierwotna transowość. Bębnów i elektroniki nie powstydziłby się duet Jakie Liebzeit i Schiller W. Bas osadzony w ramach, powtarzalny; paradoksalnie buduje wrażenie niekończącej się opowieści.

 

-3m2 rytm dalej zdaje się królować nad kawałkiem, wyznacza go powtarzalność; tym razem tę transowość budują jednak syntezatory. Znacznie więcej tu hipnozy niż szamanów. Piękne fragmenty zawieszenia motoryki kawałka tylko po to, by wybrzmiały proste, prawie pozytywkowe motywy. Sporo powietrza i szumów, niewiele, a w tym tekst prawie jak mantra: „więc pomóż nam odnaleźć światło zanim utoniemy w głębiach”  bez jakiegoś nachalnego uduchowienia, bardzo współcześnie.

 

Umieralność. Piękne zejście z transu poprzednich kawałków. Tym razem zapętla się trochę newcountrowa gitara. Niby to Calexico (klimatem), a  i jakiś J.J. Cale z metalizującymi selektywnymi dźwiękami „kółek” gitarowych. Nie ma jednak złudzeń, jeśli nawet wokal rysuje piękną piosenkę, bardzo motoryczne bębny bez łomotu, grane prosto, też potrafią prowadzić kawałek. Doskonale można bujać się w rytm, kolejny numer, który po prostu toczy się bez zbędnego wysiłku i hałasu. Piękne tła klawiszy  coś pomiędzy brzmieniem fisharmonii a akordeonu. Wyraźny bas, bez udziwnień. Niesamowicie selektywnie brzmiący kawałek. Praktycznie każdy dźwięk trafia. Czy to ten powierzchowny spokój, czy oddychanie w tekście? Coś jednak niesie odprężenie. A przecież tekst nie o różowych motylkach.

 

trzymam fragmenty

głosów miedzy włosami

udaję rozmowy

 

Przy tym kawałku nie ma wątpliwości, aparat fotograficzny sprzed lat to nie przypadek. Na Tym Zdjęciu Wcale Nie Wyglądasz Grubo, to płyta, którą 3moonbooys opisuje życie kadrując jak aparat: detale, chwile...Przemijalność nie jest tu ciężka jak wódka na stypie, jest uśmiechnięta jak wspomnienie, nawet gdy trochę boli…

 

Przejazdem. Utwierdza, kontynuuje to, co wyjaśniła Umieralność. Głębokie bębny. Pełne powietrza tła syntezatorów, więcej dynamiki zwłaszcza w gitarze. Ponownie kawałek toczy się się motoryką auta, które mknie autostradą czy tramwaju na nieco dłuższej prostej. Bas sieje niepokój, trochę w kontrze do malujacego nostalgią wokalu.

 

przyklejam uśmiech

do ust

robię notatki

na małych kartkach

zostawiam ślady

w tramwajach i autobusach

wysyłam listy do wszystkich…

 

Kroki zaczynają się trochę minimalnym klubowym kołysaniem. Robi się piosenkowo, nawet tak "ładnie" jak w radiowym prime time. Znamy już takie piękne piosenki, które sprawiają wrażenie "ładnych lekkich i przyjemnych", choć takimi nie są, przynajmniej nie do końca. Inne stylistycznie skojarzenie z She Bringst The Rain mistrzów świata zza zachodniej granicy. Tu jednak kawałek z czasem nabiera mocy, zamierzonej szorstkości i uporządkowanego brudu, w przeciwieństwie do Can. Rzecz raczej w tej potencjalnej przebojowości, która mimo wszystko nie na ucho dzisiejszych szefów muzycznych radiowych rozgłośni. Obym się mylił

 

Cssiii. Taki trochę synkopowy taniec, niekoniecznie w znaczeniu Beli Bartoka. Ciekawe frazowanie tekstu. Muzycznie kolejny do bólu selektywny kawałek. Nawet w tych momentach, gdy dźwięków jest dużo, żaden nie ginie. Raczej ascetycznie zagrany kawałek. Pięknie pałki chodzą po rantach niczym metronom. Aranż kawałka wciąga, absorbuje…Tak się uzależnia słuchacza. Kolejny kawałek, który gra nawet, gdy już się skończył.

 

W/od/pływy. Skończyło się pięknie  ładnie na krążku. Zaczyna się pięknie, ale z pazurem, z niepokojem i z czymś, co nie pozwala na pływanie po wierzchu. Wejście kawałka trochę jak z progresywnego horroru. Bębny i tła  dark ambient, niesamowicie wyciągnięta momentami na pierwszy plan gitara sieje równy niepokój co reszta. Tuż przed 5. minutą wyrasta ściana dźwięku, narasta, choć nie ma mowy o jakiejś bezlitosnej chłoście. Kawałek schodzi niemal klamrą. Wokal bez neurotyczności i rozedrgania, a jednak tylko pozornie jest czysto i jasno, niby w kontraście, a raczej obok instrumentów. I o to chodzi, bez dwóch zdań nurtujący, trochę drażniący kawałek. Petarda, która tym razem wybucha w rękach.

 

w wirze tańczy blask

mozaika świateł stu

nie zatrzyma się

niekończący film

bez początku.

 

Przenikanie. Przedostatni kawałek. Niesamowity mix wpływów. Początek jak z lat 80-tych. Post punk, może i postrock i motoryka, która rozbija mózg w drobny mak. Takie trochę połączenie panów z Can z klawiszami Manzarka. Wokalnie też miejscami jak Damo Suzuki (charyzmatyczny wokalista Can), tylko brzmi jednak badzo wspócześnie  zero archaizmu. Jakieś echa psycho-rocka z lat 70- tych w warstwie instrumentalnej. Ogień. Moc.

 

Do+dawa+nie. Minimalistyczny, mimo patosu echa i szumów, początek ostatniego kawałka, aż do pojawienia się basu. Kolejny muzyczny walec z opóźnionym rozpędem. Brudny kawałek, taki właśnie na sam koniec płyty. Syndrom ściany płaczu – słuchacz kołysze się z grymasem chasyda przed murem modlitwy. Nie jest to jednak Kadysz, ale czy na pewno?

 

gnij w dolinie

mrok w płaszczu skryj

czarny swój płaszcz

czarny Twój blask

W cieniu skryty

dziecięcy płacz

co byli śmiali

nie śmieją się

śmiać się nie będzie

nie będzie nikt.

 

Niesamowita świadomość artystyczna wagi brzmienia każdego dźwięku i siły odpowiedniego aranżu. Płyta NTZWNWG sama w sobie oskarża 3moonboys o morderstwo z premedytacją. Rzecz jednak w tym, że płyta nie zabije przypadkowego odbiorcy. Wysłuchana pobieżnie czy niechcący, wysłuchana na pół gwizdka, np. pomiędzy gotowaniem obiadu a kieliszkiem wina, czy przy sprawdzaniu lajków na fejsie  po prostu sączy się gdzieś koło ucha, nie czyni krzywdy, a nawet jest miło. Wysłuchana zgodnie z zaprogramowaniem przez zespół, w spokoju, od deski do deski  zabija tuż po ostatnim utworze, wybucha niepokojem ciszy. Potężny kawał pozornie takiej sobie muzyki. Dokładnie tyle jest dźwięków, ile się mieści w ludzkim uchu, i te magiczne 40 minut całości, jak płyty sprzed lat, z tych archaicznych czasów, gdy słuchało się płyty, a nie poszczególnych kawałków. Całość powinna tworzyć całość – wiedzą o tym 3moonboysi.

 

Bardzo dobry, spójny album. Muzyka budząca pewne skojarzenia, a jednak wymyka się podobieństwom i jednoznacznym definicjom. 3moonboys jeśli czerpie garściami z otaczających inspiracji, filtruje umiejętnie ,tworząc z nich swoje granie.

 

3moonboys

Na Tym Zdjęciu Wcale Nie Wyglądasz Grubo

Music Is The Weapon 2014

 

Jarek Mixer Mikołajczyk