• Start
  • Recenzje
  • Klątwa nad miastem – brawurowo przyjęta premiera
  • Jarek Mikołajczyk

Klątwa nad miastem – brawurowo przyjęta premiera

Zacznijmy od końca. Owacje na stojąco, trwające kilkanaście minut, bodaj trzykrotne wykonanie piosenki finałowej – wystarczają za wszelkie słowa pismaków. Pozamiatane. Nic sensownego już nie zostaje do napisania. Recenzja praktycznie niewykonalna, wydaje się być jednak potrzebna. Teatr to teatr - nic mniej i nic więcej. Nie ma żadnych okoliczności łagodzących, bo jeśli są, to godzimy się na to, że to nie teatr jest istotą i sensem teatru. Godzimy się na ideologizowanie, które nigdy, może z wyjątkiem MCHAT-u, nie przyniosło nic dobrego teatrowi. Pisanie więc, że to spektakl wyjątkowy, bo realizowany w ramach projektu z udziałem osób niepełnosprawnych; staje się jednoczesnym deprecjonowaniem tegoż konkretnego przedstawienia i zwyczajnym draństwem wobec artystów. Spektakl albo jest dobry, albo nie.

Opowieść o tym, że bardziej liczy się tu prawda niż talent – dowodzi nie tylko stygmatyzowania wystepujących artystów, ale też kompletnego braku wiedzy zwłaszcza z dziedziny teatru.

Nie jest to więc spektakl wyjątkowy, a na pewno nie dlatego, że zaproszono do realizacji osoby, o których zgrabnie mówią organizatorzy: artyści z alternatywną motoryką i alternatywnym systemem komunikowania się ze światem. Kanwa opowieści zaczerpnięta z średniowiecznej ponoć legendy, wedle której wszyscy, którzy nie pasowali do wzniosłych uroczystości ku czci św. Wojciecha swym wyglądem zostali wydaleni z miasta. W istocie legenda wydaje się zawierać ziarno prawdy o Gnieźnianach, ale chyba nie tylko o nich.

Wedle legendy król żebraczy rzucił klątwę na miasto uwalniając w eter słowa: Niech nigdy w tym dniu słońce nie świeci. Sama legenda posłużyła raczej jako trampolina dla Rafała Urbackiego – reżysera i uczestników warsztatów projektowych oraz Artura Pałygi, który zajął się opracowaniem literackim.

Początek spektaklu, dość sztampowy jak na projekt, choć uzasadniony. Powiało, w tym chaosie wijących się ciał, Grotowskim, który podobno już dawno passe. Na szczęście wyłonił się obraz jak z międzywojennego kabaretu. Sugestywność kostiumów po mistrzowsku dobranych do fizjonomii aktorów. Piękne futro i czarne skórzane spodnie wbiły się w Darka (Dariusz Pavanello) jak w moskiewskiego potentata cyrkowego, Damian niczym szef taniego kabaretu z francuskiego przedmieścia – garnitur i melonik szyty jak na miarę do niezbyt sumiastego wąsa. Przygarbiony ulizany emerytowany książe (Bogdan Ferenc) – trochę taki Gombrowicz, z którym zawsze było mu do twarzy. Sebastianek (Sebastian Pawlik) wrzucony w to nieco cyrkowo-kabaretowe towarzystwo w sutannie – wkleja się w obraz osobliwości. Wowa (Volodymir Vorobiov) totalnie po bandzie rzucony w białego niedźwiedzia. Ewa (Ewa Jentek) wdziergana w ogromne swetrzycho odsłania jedynie pięknie blade łydki i stopy. Najbardziej kosmiczno-cyrkowe kostiumy: Misia, Kasia i Filip. Michalina Rodak, aż dziw jak wiele znaczą buty i czarne taśmy jeśli się wie co i jak pozszywać. Katarzyna Adamczyk - Kuźmicz księżniczka-czarny łabędź świetna gra kopyt na butach i ten prosty biały czepek, sukienka. Filip Pawlak strój uniwersalny, choć nieco cyrkowy przez te włochate spodnie, ponownie sugestywne kombinacje czarnych taśm i tasiemek. I jeszcze ten pancerz Matki Chrzestnej (Dorota Jenek) trochę jak u Ateny.

Surrealizm i pewna cyrkowość ale nie klaunada, zdecydowanie świadomie użyte przez reżysera i scenograf. To co się zdarzy na chwilę przerodzi się zresztą w cyrk. Na szczęście nie będzie to cyrk Hansa Balmera a lalkowatość Misi i Kasi nie idą w stronę jego rzeźb. 

© Marek Lapis. All Rights Reserved  DO NOT COPY WITHOUT PERMISSION

Powróćmy jednak do spektaklu. Mocny początek Bogusława Ferenca z muzyką Bajzla – chyba trochę zagłośna gitara, zabieg raczej zamierzony choć trochę rozmywa tekst, a tekst nie jest o cukierkach i kwiatkach. - To co krzywe nie może pochodzić od krzyża, krzyż jest prosty jak chleb. Rysy pana boga spoglądającego z wyżyn swej miłości są proporcjonalnie pięknie, symetrycznie wzniosłe szlachetnie imponujące. Dobre jest piękne, a piękne jest dobre. Zdarzało się owszem Panu Bogu mieć małe tête-à-tête z krzywusami i chulakami...- tak mniej więcej wychodząc od słów piękno i harmonia monologuje na wstępie otwartym tekstem Ferenc. Gdzieś tam może mniej potrzebne teksty ginsbergowo - stachurowe nadzy na ulicach miasta i temu podobne zbędne podpórki. 

Symetria jest sztuką głupców, mawiał do przyszłych lalkarzy Marek Tybur na historii sztuki. Kolejna etiuda monolog należy do Michasi. Tu zaczyna się łagodny surrealizm, Michalina Rodak jak zepsuta laleczka frazuje troszkę jak w scenariuszach Schaeffera, czy jak Maria Peszek na Voo Voo Muzyka ze słowami, choć bardziej po wierzchu i mniej z bebechów – tu akurat to dobrze. Świetnie ruchowo, choć nadczynność kończyn zdecydowana. Przede wszystkim nie gubi ważnych słów, które wypowiada. - Jesteśmy ludźmi wrażliwymi. Niewrażliwi ludzie nie chodzą do teatru...także dla Was ludzi wrażliwych widok powykręcanych kończyn, asymetrii...jest po prostu przykry, a że człowiek człowiekowi nie powinien, oj nie powinien robić przykrości – zasłońcie oczy, zasłońcie...A może zasłonić ich – będzie łatwiej jest ich mniej – dość jednoznaczny początek kwestii. Niepatrzenia. Rozwija się dalej – To na co się patrzy kiedy się nie patrzy, gdy się wzrokiem unika to na co się spogląda. Jakie przestrzenie niewidzialne dotąd się widzi, kiedy się nie patrzy? Kiedy się wzrok od drugiego człowieka odwraca, to na co się go przenosi? Na kotka, który zjadł ptaszka, na ptaszka, który zjadł kotka...

Gra w bazyliszka – ładny motyw, kto się poruszy, to spotka go to samo co ich. Jeśli już mowa o ruchu, jeszcze raz w odniesieniu do Michasi – sporo tu przyruchów zamierzonych zapewne, nie zawsze jednak potrzebnych. 

© Marek Lapis. All Rights Reserved  DO NOT COPY WITHOUT PERMISSION
Dobry zabieg ze wspomnianym cyrkiem, tu Darek, pokazujący Ewę na wózku jako swój cud trochę odrealniony, a jednak chwyta...Piękny "numer popisowy" Damiana: chodzę tyłem!!!

Mocne fragmenty zagrane przez Filipa. Piękny duet z Wową, który pożycza Filipowi własną rękę. Hiperrealizm dosłowności tekstu, wrzucony w surrealny pozornie dystans uwalnia groteskę. Perfekcyjna gra Filipa Pawlaka rozbija wszystko co można chcieć odczytać w tej scenie. Mimo dosłowności tekstu nie mamy tu jakiegoś bebechowowstrząsowego miotania się w zmaganiach z niedoskonałością formy, jaką jest ciało. Śląska gwara brzmi naprawdę godnie, nie jak w TVS, jeśli rodzi się śmiech to widz tak naprawdę, zostaje wyśmiany przez samego siebie. Pozornie absurdalny problem rudości, opisany przez jak sam o sobie mówi człowieka, który ma półtorej ręki – mistrzostwo. Policzek w twarz stereotypu, elegancki policzek w twarz widza, który boli dopiero po wyjściu z teatru. 

Bardzo czytelnie rozegrane duety. Kasia i Ewa, próba wejścia we własne role. Osamotnienie jest tak samo przypisane księżniczce co dziewczynie na wózku. Jest napięcie i coś pomiędzy aktorkami w powietrzu, które gęstnieje by ujść jak rozwiązanego balonu, gdy Ewa kwituje czekajacy na nią w teatrze wielkim bilet dla inwalidy tym, że Hitlerowi też nie pozwolono zostać artystą. 

Kruchy, pełen poezji epizod teatru w teatrze serwują nam Sebastian i Bogdan Ferenc. Sancho (Bogdan Ferenc) subtelnie prowadzi przez tę scenę „Donkiszocika”. Jedna z tych scen, przy których widz czuje sól na policzku, nie ckliwa i nie jedyna to łza. 
Mocna scena z Matką Chrzestną, która przedstawia dobrotliwie swoje dzieci w tym faktyczną córkę Ewę. Dorota Jenek, podobno znalazła się w grze przypadkiem, zatem istnieje sensowność przypadku. 

Zwrot konwencji ale i treści przynosi pojawienie się św. Wojciecha. Żółcie i pomarańcze sukni św. Wojciecha, kwiaty we włosach to coś czego nikt wcześniej, nie tylko na tej scenie nie zrobił. Wspaniały kontrast do śmierdzącego krwią i kadzidłem Rapsodu o św. Wojciechu (grywano to kiedyś u Fredry). Pozornie uderzenie w zatęchły mit czeskiego patrona miasta, nie niesie w sobie nic z świętokradztwa. Nie ma w tym taniej prowokacji. Piękny św. Wojciech grany przez Agatę Wasik staje się ludzki, kiedy za suknią w żółci i kwiatami we włosach pojawia się śpiew Agaty Wasik opadają wątpliwości – to potrzebna scena. Powietrze, które wentyluje mentalność nie tylko gnieźnieńskiego widza. Pozornie purnonsensowy tekst o niemocy świetnego, który scalił wszystkie członki tylko jakoś brak mu palca...Bez palca to właściwie nic nie można zdziałać - siada ten tekst bezbłędnie, rozpycha się podtekstem z opóźnionym zapłonem w głowie widza. Piosenka św. Wojciecha zbudowana na kontrastach tempa i dynamice. Delikatny śpiew przechodzi w niemal punkowe darcie się, które podbija energetyczne wykonanie. 

Można przyjąć, że ta piosenka zamyka właściwą część spektaklu, dalej mamy festiwal, dedykowany św, Wojciechowi jak na Gniezno przystało.

Kolejne piosenki jedna po drugiej niosą salę, ale też niosą konkretne opowieści. Po raz kolejny rozbraja ale i rozbija Filip. Bardzo mocno niesie też piosenka Kasi. Motoryka nieco jak skrzyżowanie Cyndy Lauper z Siouxie Sioux (raczej z The Creatures niż Siouxie & The Banshees). Kolejna ostra i w poszyciu postpunkowa piosenka to ta śpiewana przez Misię podobnie trafia formą i treścią w punkt. Piosenka finałowa, fakt pachnie trochę broadwayowskim hapyyendem. Jest jednak w tym wspólnym śpiewaniu jakaś moc. Wydrążone miasto wydrążeni ludzie...mocne wersy złagodzone ostatnim refrenem. Na szczęście mimowolne ale nachalne skojarzenie z hasłami politycznymi z kampanii wyborczych tymi o budzeniu - niebawem stracą punkt opdniesienia i będzie to jedynie nadzieja, tak nam potrzebna. 


Dobry spektakl. Dobry, nie - dobry, jak na Gniezno. Dobry, nie - dobry, jak na taki projekt. Dobry jak na dobry spektakl. Kolejny na scenie Fredry w tym roku. Pierwszy tego typu, to prawda.

Mimo pewnej formuły sklejonych etiud – spójna i czytelna wizja reżysera. Konsekwencja w składaniu puzzli. Rafał Urbacki - wie co i z kim robi.  

Bajzel to muzyk, a nie stan dźwięków na scenie. Świetny pomysł z powierzeniem muzyki właśnie Piotrowi Piaseckiemu – Bajzelowi (Bajzlowi?) Jest to co powinno – aktorzy nadają na tej fali co Bajzel. 

Kostiumy, opisano wyżej, ten bardziej przyjazny model surrealizmu – brawa dla Martyny Wyszomirskiej

Cały projekt 5 Zmysłów Ekspresja, jak to się dziś mówi na propsie. 

PS.

1 Dobrze, przyznaję - ma dla mnie znaczenie nadbudowa projektu. Chyba jednak jedynie w sferze normalności. Traktowanie dorosłych ludzi, jak dorosłych ludzi - tym też mnie ujęli autorzy projektu. Litość, taryfa ulgowa czy robienie z dorosłych - malutkich dzieci, mimo że dawno wyrośli z piaskownicy i plastikowych żołnierzyków to żenada. Spektakl z udziałem artystów, "asymetrycznych" to normalność. Dopóki takie sytuacje będziemy traktowali jako wyjątkowe, tkwimy w matni klątwy króla żebraków. Filip sprawił, że bodaj pierwszy wstałem do owacji, nie dlatego, że fajny z niego jednoręki bandyta i chciałem mu dać chwilę wruszenia. Wstałem bo Filip stworzył całym sobą, takim jaki jest, piękną postać, którą dała mi wiele wzruszeń ale i uśmiechu. Poraziła mnie jego wrażliwość i inteligencja nie fakt, że jak sam zaśpiewał jest Ryżym Hanysem, który ma półtorej ręki. Wzruszyłem się, kiedy Ewa i Kasia próbowały zamienić się rolami, bo Ewy „ja, ja, ja” było piękne, bo na scenie działo się to co powinno dziać się zawsze zmaganie aktora z soba i z rolą. Sebastian zostaje w mojej pamięci wspaniałym Donkichotem również za rzetelność zmagania. Damian i Darek? - Przyznaję poznałem ich osobiście – bo pięknie wkleili się w swoje role, bo szczerość jest w cenie...Agata była po prostu olśniewajaco piękna w żółtej sukni – najpięknieszy św. Wojciech w historii teatru – idę o zakład. Szkoda, że Allardyce Nicole tego nie dożył, chociaż jako Angol pewnie by nic nie skumał. Wstałem też ze względu na jej śpiew. I wiele innych chwil, momentów i wzruszeń...

2 Zdaję sobie sprawę, że skojarzenia polityczne to mój prywatny teatr absurdu, może by jednak ich nie było gdybym nie widział w dniu generalnej ulotek jednego z kandydatów do fotela...Na szczęście w dniu premiery zniknęły.

3 Tak wiem. Recenzja dłuższa niż spektakl. 

Jarek Mixer Mikołajczyk

Zdjęcia: © Marek Lapis. All Rights Reserved
DO NOT COPY WITHOUT PERMISSION