• Jarek Mikołajczyk

Infant Joy Quintet - New Ghosts Recenzja

Dom Wydawniczy For Tune, kompletnie nie oszczędza, ani siebie, ani fanów. Płyta za płytą, zwłaszcza z serii z muzyką improwizowaną, rozbija skostniałą strukturę tego co kiedyś było marką samą w sobie, a dziś opiera się na odcinaniu kuponów od bycia rewolucjonistą półwieku temu - polskiego jazzu. Pionierzy stylu, którzy niestety zapomnieli już ducha rewolty, którą kiedyś nieśli...Być może godni szacunku, a nawet na pewno, poza kilkoma wyjątkami opowiadają nam wciąż te same opowieści udając, że to improwizacja. W międzyczasie wyrosło, zupełnie gdzieś z boku, pokolenie tych, którzy wrócili do źródeł improwizacji.

 

Granie intuicyjne oparte na wzajemnym słuchaniu i szacunku do dźwieku, spotykamy niemal na połowie płyt For Tune. Infant Joy Quintet idzie o krok dalej, a może w bok. Mamy tu oczywiście muzykę otwartą. Istotą jej jest nie tylko brak ramy kompozycyjnej, w przypadku Infant Joy Quintet sensem jest wspólne granie tej właśnie otwartej muzyki. W nowej fali muzyki zwanej improwizowaną – de facto intuicyjnej (jak to nazwał kiedyś w odniesieniu do swojej formacji Ryszard Wojcul) solówki grane na tych samych patentach w różnych składach zastąpiło ponowne słuchanie siebie przez muzyków i wspólne improwizowanie. Improwizacja przestaje być kokietowaniem publiczności. To coś dużo ważniejszego. Nie ma miejsca na popisy, ani na mruganie do słuchacza, gdy coś nie wyjdzie. W przypadku Infant Joy Quintet muzycy podchodzą do siebie i do dźwięków bardzo poważnie, nie boją się jednak popłynąć. Trzeba przyznać, że to zagrywanie się przez muzyków, aż do „zapomnienia się” - przypomina dzieciaki, które potrafią bez opamiętania wymyslać zabawy i ciągnąć je niejako pozwalając się prowadzić tymże zabawom aż do zmęczenia. I podobnie jak dzieciom zabawy, tak IJQ dźwięki układają się po sobie, bądź się ze sobą kłócą, w niemal naturalny, może raczej pierwotny sposób. Nie mamy tu jednak do czynienia z muzycznym „róbta co chceta”.

Improwizacja zbiorowa - źródło jazzu, w pewnym momencie zastąpiona przez wyścig solówek, powraca. Jazz powoli znowu, choć z innym, bo współczesnym brzmieniem, łapie ten powiew, na który stać było Ornetta Colemana kiedy na okładce płyty z grudnia 1960 umieścił napis: Free Jazz: A Colective Improvisation By Ornette Coleman Double Quortet. Napis jak napis, jedynie może ten kolektywizm improwizacji...Nie mniej ten podwójny kwartet – to wcale nie oktet.

Sounds Of The Night Sky. Zostawmy historię jazzu, nie mniej to rozbicie na dwa kanały, w każdym z nich jeden kwartet...To właśnie rozwiązanie, które przed laty torowało drogę Infant Joy Quintet do dwóch niezależnych od siebie torów rytmicznych. IJQ pracuje jednak inną metodą, siła rozwiązania osadza się na basie. Coleman nagrywając First Take miał dwie pełne sekcje rytmiczne. Ray Dickaty ma do dyspozycji dwóch bębniarzy: Michał Kasperek i Dominik Mokrzewski pracują na pełnych obrotach i nie zawsze w tym samym tempie. Po środku, można tak chyba powiedzieć, Ksawery Wójciński, niczym obejma przynosi miejsca scalenia kawałków. Zdaje się, że najbliżej tego colemanowego rozdwojenia rytmu jest właśnie Sounds Of The Night Sky.

 

Za to w drugim utworze New Ghost blisko 10 minut kompletnie świeżego w brzmieniach, odczytania na nowo innego bardzo zapomnianego mistrza saxofonu. Wydaje się nawet, że nie tyle słyszymy tu echo płyty Gohsts z 1964 z Don Cherry'm co Spiritual Unity i to tej drugiej wariacji Ghost mimo wszystko nie ma tu cytatów i jest inne tempo. (W przypadku aylerowych klimatów czasem z tym tempem to każdy sobie). Duchy IJQ to zgodnie z nazwą, Nowe Duchy. Brzmi to też z dużo większą mocą, saxofony Dickaty'ego i Jana Małkowskiego tworzą, zwłaszcza w drugiej części utworu, niemal noise'ową ścianę dźwięków, zdublowane bębny idą głęboko tworząc pewną dzikość, która brzmi jak Afro Hard/Core (dokładnie tak, nawet jeśli czegoś takiego nie ma). Nieco schowany w skowytach saxów, bas Wójcińskiego pod koniec New Ghost – brzmi wyraziście ciepło, ale mocno. Ostatnie sekundy utworu - sax przypomina linię melodyczną z początku, kawałek wygasa właśnie saxofonem i głęboko brzmiącymi tomami.

 

Bell, Book & Candle

Ostatni trzeci utwór; blisko półgodziny zdecydowanie kolektywnej improwizacji, bardzo blisko współczesnej muzyki preparowanej. Zwłaszcza początek w okolicach poczynań Uwe Schnaidera i Paula Wirkusa. Uważne stawianie pojedynczych dźwięków, muzycy przez ponad minutę nie zagęszczają akcji, pojedyncze szarpnięcia, uderzenia i dmuchnięcia...Delikatnie rozedrgane, neurotycznie krótkie sekwencje narastają powoli. Saksofony nie wchodzą od razu w wysokie rejestry, pojawiają się piskliwe rwane dźwięki oraz typowe dla free jazzu z jego początków dmuchnięcia, perkusja jeszcze do uchwycenia nie tylko rytmicznie, ale też pojedyncze uderzenia w blachy i bębny. Około 4:13 bas Wójcińskiego bardzo nisko z podmuchem. Jeszcze chwila do infradźwięków. Pięknie jeszcze przed 5 minutą saksofon, bębny też pracują efektywnie, a niekoniecznie efektownie. Powolne, ale gęste narastanie, dobre dźwięki dzwonków i głębokie nie koniecznie głośne bębny - w to wbijają się szczoteczki...Dość dzika transowość, pięknie tutaj wszystko chodzi. Blisko 8 minuty narasta mocno wyczuwalny puls, saxy szukają wyższych rejestrów. Kolejna rzeźnia perkusyjna około 10 minuty i 20 sekund...piękne partie bez wyjących saksofonów, które milnkną po 11 minucie...Wyciszenie podbija dynamikę, wiedzą o tym muzycy Infant Joy Quintet. Dokładnie kiedy percepcja zaczyna powoli odmawiać przyjmowania natłoku dźwięków, zostaje sam nieco rozedrgany rytm oparty głównie na miękkich dźwiękach bębnów. Pałkerzy wchodzą na okolice rantów - bądź darabuki. Wraca sax. Atakuje agresywnie, ale raczej na środkowym paśmie herców dętych. Elementy arabskie. Zadzior i pełnia dętych...trudno wyłapać czy to gdzieś tu Ksawery Wójciński chwyta za Trąbkę Kieszonkową...Blisko 17 minuty zaczyna się brutalna bezlitosna rzeźnia pisków, skowytów, gwizdów i dmuchnięć...Bębny dość głęboko brzmią...wysokie rejestry dęciaków w kontraście z nimi...Pierwotny trans, którego pozbawiła nas cywilizacja i edukacja. Ekstaza w okolicach 25 minuty...Perkusja bardziej po blachach. Zejście na minutę przed trochę jak z marsza żałobnego na długim dźwięku.

 

Bardzo mocna podróż przez dźwięki. Paradoksalnie płyta, która odwołuje się do tego co było już w muzyce na początku drugiej połowy XX wieku, jest bardzo odważnym krążkiem. Materiał wymaga też ogromnej odwagi od tych, którzy przywykli do jazzu na salonach. Świetny zespół i dość istotny, choć tylko w momentach, gość.  

Jarek Mixer Mikołajczyk

Infant Joy Quintet

New Ghosts

wydawca Dom Wydawniczy For Tune 2014

muzycy:

Ray Dickaty: tenor & soprano saxophone

Michał Kasperek: drums, percussion

Jan Małkowski: alto saxophone

Dominik Mokrzewski: drums, percussion

Ksawery Wójciński: double bass, pocket trumpet

gość - Laura Waniek: chromatic harmonica, whistles, jaw harp