• Jarek Mikołajczyk

Maja Koman Pourquoi Pas recenzja

W sporej części poważnie alternatywna, trochę jednak przewrotna, zgaduję patrząc na odwrócone "do góry nogami" zdjęcie Mai Koman na okładce Pourquoi Pas. Świetnie wystylizowane zdjęcie, delikatna acz szlachetna patyna. Lekko zbrudzone kolory: szarość, czerń i biel...Otwierając digipack słuchacz czuje się bezpiecznie. Nikt tu nie będzie fikał koziołków - a to odwrócenie zdjęcia nie było tanią zgrywą. Trochę niedzisiejsza, a jednak współczesna, pierwsza myśl po otwarciu płyty, o samym krążku nie o Mai. Tak jak nastawienie do płyty artysta buduje świadomie formą okładki, tak pierwsze dźwięki - często otwierają lub zamykają słuchacza. Smyk pociągnięty po strunach kontrabasu - brzmi tak, że...

Po prostu brzmi intrygująco bez brudu i dzikości ciągnących smykami po strunach Zeppelinów, a jednak nieco ponętniej niż Witold Szczurek w swoich Basspace. Za tym smykiem zaczyna się wokalna nostalgia. My dear deer pozwala delikatnie i ciepło odpłynąć. Instrumentaliści oszczędnie. bez wygłupów puls basu, miejscami akcenty na bębnach...Sporo powietrza, nie tylko w momentach smyków, delikatnie narastająca transowość bez rozwinięcia umyka, właściwie rozpływa się kawałek. Maja Koman zaczarowała tak jakoś mimochodem, podskórnie i nienachalnie...

Beat me zostawia nas w pewnym nostalgicznym błogostanie. Maja śpiewa lekko, kilka ciekawych fragmentów perkusji bez napierdalania, bass ciepłym pulsie, tło skrzypiec - piękne. Aranż znakomity. Beat mi - takie dźwiękowe muskanie, Maja w tym "beat mi, beat mi, beat mi" brzmi jak dziewczynka z podwórka sprzed lat skacząca w gumę może jak wyliczanka...

Pure exchange żongluje raczej klimatem, dość matowym i nieco minimalnym. Kolejny kawałek It's Not Mine - ukulele wprowadza lekkość...Tak jakoś prawie do tańca gra zespół, dość zabawny tekst, zaśpiewany bardzo lekko z zejściem na szeptach. Po serii anglojęzycznych utworów, przychodzi czas na język, w którym Maja porusza się równie sprawnie, malując głosem bez żadnego wysiłku. Kika trochę jak kolejna lekka, zwiewna piosenka niemal z podwórka. Muzycznie prosto z wyraźnym pulsem. Wprowadzanie dzieci do kawałków często bywa nie tyle banalne co po prostu kiepskie. Tutaj Kika Koman dodaje uroku.

Babcia mówi kolejny kawałek odsłaniający jasną stronę Mai Koman. Dobry tekst, z dwuznacznościami. Zabawny, z jednej strony mógłby być hymnem w obronie "normalności świata", ba nawet modelu rodziny...Z drugiej...No właśnie świetnie, że jest to publicystyka z przymrużeniem oka. Babcia - hicior z youtube, broni się również na płycie. Świetne chórki. Dziad podobny klimat, tu jednak trochę obrywa "patriarchat", którego mit, chyba mocno już dziurawy, znajduje jeszcze wyznawców. Kolejny dobry tekst z jajem. No i tyle prawdy o tajemnicach wygasłej małżeńskiej alkowy. Świetne stylizowane na ludowe partie śpiewu pomiędzy wersami podanymi na granicy recytacji trochę "rapowej". Klimat miejscami (w tych prawie mówionych fragmentach) jak Maleńczuk w "Synu" - Hasioka. Jakby klubowa motoryka tła. Jest jedna rzecz wśród wielu, które cieszą na płycie Mai, taka trochę nienachalna, a jednak...Maja Koman swobodnie porusza się przez stylistyki, pozostając cały czas sobą, a nie kalką. Kiedy śpiewa po francusku to nie tylko ze względu na język brzmi to jak piosenka francuska. Kiedy porusza się w sferze języka polskiego - to jest bardzo polska piosenka. Najbardziej słyszalne nawiązania do polskiej tradycji ludowej rzecz jasna w "Babcia mówi" i "Dziad".

Ósma na płycie Zmarszczka - piękne zabawy głosem i słowem, na początku kawałka trochę pozytywkowo. Wejście sekcji rytmicznej delikatnie kołysze kawałkiem. Dylematy wyśpiewane przez Maję, pozornie opowieść o rozterkach rozedrganych kobiet przez pryzmat Zmarszczki. Jednak Koman pozwala nam widzieć Zmarszczkę jako kolejny ślad istnienia...Kawałek muzycznie z takich, które się snują...Ale snują się z klasą. Moje zmarszczki me kochane, wszystkie moje wszystkie historie opowiedziane...

Śpij człowieku - koniec żartów na płycie. Lekka kołysanka, troszkę matowa, ciepła i minimalistyczna, jak większość kołysanek, właściwie tylko wokal i delikatne trącanie strun.

Koniec żartów na płycie, ale jeszcze nie koniec krążka. Blue moon - bardzo powoli, podskórnie rozwija się ten niemal cold wave (od strony basu i piana jakby od Satie)...Budowanie, narastanie...Niepokój prawie niewyczuwalny narasta, gdzieś tam motoryka basu między Joy Division, a Klaus Mitffoch...Oszczędnie grane, ale dość głębokie bębny...Transowość podbita elektroniką. Wokal na kontraście z instrumentalistami. Maja Koman w dość neurotycznym kawałku nie zmienia się ani w Kristin Hersh, ani Lidię Lunch... Opowieść przez pół szepty i spokój wokalny, staje się jak bomba z opóźniaczem. Po prostu piękny kawałek, który delikatnie narasta, by wcale nie kulminować...Na ma tego pierdolnięcia (jak np w podobnych sytuacjach u CAN - ale też to inna muzyka)...Po chwili już kiedy się skończy, kiedy nic nie gra - ciarki. Na koniec Dear sadness...muzycznie oprócz początku i finału raczej tylko tła i wokal Mai, tym razem gdzieś w klimatach rozpiętych między Kate Bush, Lykke Li...mniej Julia Stone. Bardzo dobre bezpieczne wyjście z płyty.

To jedna z tych płyt, do których się wraca.

Maja Koman ma na tej płycie bardzo rzetelnych muzyków, panowie od rytmu: Piotr Masternak (bas i kontrabas), Michał Jastrzębski (perkusja), ale też skrzypek Paweł Ernst i odpowiedzialny głównie za klawisze i gitary oraz beaty Jarosław Wójcik są dokładnie tak jak trzeba i tyle ile trzeba. Stara zasada trochę ostatnio zapomniana, że żeby pokazać, że jak się gra nie trzeba cały czas napierdalać. Maja Koman ma raczej pełną świadomość swoich instrumentalistów, pozwala im momentami pokazać przede wszystkim: umiar i granie oszczędnością, ale nie tylko. Jest coś co chyba można by nazwać ekonomią dźwięków - nic nie zostało roztrwonione.

Bardzo dojrzały debiut. Czasy jakieś takie, że zazwyczaj debiutują dzieci, które gdzieś błysnęły, a "mejdżersi" dostrzegli jakąś szansę szybkiej kasy. Debiutanci polskiego Show Biznesu bywają:...Debiut Maji Koman owszem poprzedzony pewną obecnością na scenie, to jeden z najdojrzalszych debiutów od lat w tym kraju. Dostaliśmy już na starcie bardzo ważną płytę. Mimo braku nudy, płyta jest bardzo spójna. Jeśli jest wspomniana już żonglerka stylistyczna, to raczej emocjami i nastrojami...To od pierwszego smyka na kontrabasie, w "My dear deer", po ostatnie niepokojące piana i ostatnie wyśpiewane na zejściu "to me" jedno brzmienie. Budzi wiele skojarzeń, a jednak jest rozpoznawalne.

Dla tych, którzy jeszcze słuchają płyt w całości, tych o których artyści tak często zapominają. Tak to płyta, na której nie ma przypadkowości. Dramaturgia płyty, coś dziś raczej w zapomnieniu. Dobór, kolejność utworów - Maja prowadzi nas przez świat Pourquoi Pas odsłaniając jego światło i mrok w sposób przemyślany. Można rzec kompozycja płyty, nie tylko poszczególnych kawałków.

Jarek Mixer Mikołajczyk

Maja Koman - Pourquoi Pas

Warner Music Poland 2014

Personel:

Maja Koman - ukulele i piana

Piotr Masternak - kontrabas i bas

Paweł Ernst - skrzypce

Michał Jastrzębski - perkusja

Jarosław Wójcik - gitary, instrumenty klawiszowe, beaty