• Jarek Mikołajczyk

a kiedy dym opadnie

Premiera „Między nami dobrze jest” Doroty Masłowskiej w reżyserii Piotra Waligórskiego – niedziela 26 stycznia 2014 Teatr im.Aleksandra Fredry w Gnieźnie. Dym, z tytułu artykułu w przedstawieniu opada stanowczo za długo. Uprawniony i zupełnie „naturalny” zabieg teatralny, mam nadzieję, że nie miał być wyrazem awangardy – bo nie był - nawet jeśli część widowni poirytował już na starcie. O ile sam dym mógł widzowi pozwolić poczuć się niemal namacalnie jak "nazajutrz" po jakiejś katastrofie nuklearnej, czas totalnego zadymienia przerywało zgrane we wszystkich wizjach postarmagedonu „kiepskie” krakanie krucze czy gawronie. Szkoda. Pierwszy sygnał, że owszem teatr to może sprawa umowy i konwencji, ale my tu będziemy posługiwać się czasem hiper realną dosłownością. W odsłaniających się okolicznościach przyrody równie hiper realnego śmietniska – zdecydowanie bardziej dramatyczna była by cisza niż dźwięk, który niby brzmi naturalnie, a jednak nie wiadomo czy ma przestraszyć czy rozśmieszyć. Do tego pierwsze post-ludzkie dźwięki, które sugerują nie wiedzieć czemu, że ową katastrofę przeżyli ludzie ułomni lub odebrało im mowę. Przynajmniej jasne Masłowskiej tu będzie mało.

 

Nim jeszcze się coś zaczyna dziać natarczywe pytanie: dlaczego? Dlaczego? DLACZEGO? I jeszcze, że przecież jeśli Grabowski u Schaeffera biega po scenie robiąc uuuaa i udaje małpę to czemuś to służy, do tego jak u Schaeffera nadaje tempo, rytm, podbija motorykę...

 

Reżyser nie ufa wyobraźni widza, który zapewne był kiedyś (choć raz) na śmietnisku czy złomowisku – wystarczyłby symbol, znak, scenografia - bo to jest przecież teatr. Język teatru nie znosi dosłowności, wszelkie przeniesienia 1 do 1 burzą napięcia i odzierają teatr z niedopowiedzeń, półtonów i cieni. Oczywiście tak też może się dziać w teatrze, jeśli wynika z koncepcji reżysera, jeśli inscenizator ma silne argumenty – asy w rękawie i chociaż po antrakcie je pokaże. Za tym jednak najczęściej idzie teatr totalny – sceniczna rzeźnia. Zresztą od Wielkiej Reformy Teatralnej, w teatrze wolno wszystko (prawie) ale tym bardziej nie wszystko trzeba. Do antraktu pozostajemy świadkami tego co u Doroty Masłowskiej dzieje się w małym lokum pomiędzy, a raczej gdzieś obok: Osowiałej Staruszki, Haliny i Małej Metalowej Dziewczynki. Ta w sumie oś „światów równoległych” Masłowskiej umownie „Polska B” - u Waligórskiego prawie nie istnieje. W zamian dostajemy futurystyczną wizję rozpadu człowieczeństwa. Jesteśmy świadkami czegoś na kształt „Planety małp” tylko „The Day After”. Nie mnie oceniać Armagedon – tekst nie traktuje o tym, a o robocie teatralnej. Nie mam jeszcze problemu z rozwaleniem struktury języka Doroty Masłowskiej, robiono już tak nie tylko z jej tekstami. Tyle, że uczciwie rzec biorąc istnieją jeszcze takie słowa wytrychy, których mi zabrakło: „na motywach”...Paradoksalnie może jeszcze większe rozbicie języka - bardziej odważne, wybrzmiałoby lepiej. Przecież i tak Piotr Waligórski wyrzucił cały dowcip języka – siłę tego dramatu. Coś, co sprawiało, że tytuł „Między nami dobrze jest” nabierał wymiar podskórnego pocisku, było najwidoczniej nie potrzebne w tej realizacji. Pytanie czy nie lepiej było pozbawić tę część słowa w ogóle? Pozostawienie tej „Polski B” w warstwie tekstowej po uprzednim wyjałowieniu z gierek słownych, zapewne było zamierzone. Niestety zamiar pozostaje tajemnicą reżysera.

 

Intuicja może być podstawą pracy reżysera, czasem jednak warto sprawdzić czy to co podpowiada jest czytelne dla odbiorcy. Tak sobie myślę jeszcze w połowie pierwszej części.

 

Szkoły są różne, jedni mówią, że reżyser nie może przeczuwać – musi wiedzieć. Inni ufają w Natchnienie Boże lub wenę. Jeśli jest to wena - pół biedy, czasem się sprawdza, ale jak wiadomo: „prawdziwa wena raz jest raz jej nie ma”. Jeśli natchnienie? Szanse są po 50 % albo powstaje Wielka Improwizacja, albo coś na kształt monologu wygłaszanego przez Mikołaja Grabowskiego, nomen omen Reżysera, (u wspomnianego już Schaeffera) po którym Peszek wygłasza znamienne: Przepraszam pana ale podczas tego monologu to pan się popluł.. Wróćmy do pierwszej części spektaklu, czyli na świat po katastrofie – w sumie czy nuklearnej? tak naprawdę jeszcze nie wiemy. Ale pizgnąć musiało niemiłosiernie. Tu podobnie jak u Doroty Masłowskiej ciężar spada głównie na: Małą Metalową Dziewczynkę, Osowiała Staruszkę i Halinę. Bohaterki jednak gubią swoją inność - nie reprezentują innych światów tak jak w dramacie. To akurat paradoksalnie, aż tak nie spłaszcza ich wymiaru. Ze wszech miar w koncepcji Waligórskiego zabieg słuszny. Pozostawienie postaciom ich „rysu” z tekstu Masłowskiej w takiej inscenizacji mogłoby nie tyle być dowcipne, a śmieszne. Niedoszczętne rozbicie warstwy językowej nadal nie ma uzasadnienia. Mała Metalowa Dziewczynka niby bełkoce, a jednak rozumiemy jej słowa, znamienne u Masłowskiej choćby o zawracaniu Wisły i wypływaniu w Ameryce z iluśtamdolarówką, nie śmieszą – ale też nie zastanawiają...Po co więc mamy je rozumieć? Dobrze to wizja reżysera i nie w tym rzecz żeby zaraz potraktować, rozwalone na czynniki, wypowiedzi muzycznie tak po feldmanowsku.

 

I tu pierwszy raz myśl „chciałbym ale się boję”.

 

Jeśli już burzy się coś wartościowego to przecież tak na amen. Wagner postulował, że „dramat jest syntezą sztuk” odnosił to oczywiście do dramatu jako dzieła scenicznego. Realizacja Waligórskiego chyba nawet jest bliżej postulatu Craiga – "dramat to sztuka syntetyczna". Gdyby więc trzymać się ojca „Nad-marionety” - nie da się, nie powinno się rozdzielać go na warstwy wniesione przez inne sztuki składowe. Spoiwem – tym co nadaje dramatowi, (jako przedstawieniu) ostateczny kształt jest li tylko reżyser, którego wizji podporządkowują się nie tylko: scenograf, kompozytor i już bezwzględnie aktor. Momentami tak można próbować uzasadniać pewne działania w "Między nami dobrze jest" u Fredry. Takie założenie eliminowałoby jakąkolwiek ocenę gry aktorskiej, przynajmniej w tej pierwszej części. A wszystko co zagrali aktorzy byłoby przeniesieniem wizji "reżysera - animatora" 1 do 1. W przypadku Anny Pijanowskiej w roli Małej Metalowej Dziewczynki można odnieść właśnie takie wrażenie – perfekcyjnej „Nad-marionety”. Wyraźnie zarysowana postać, utrzymana konsekwentnie do końca. Zadanie nie łatwe. Gdy reżyser wycina spore pasmo emocjonalno-intelektualne, - odpada spora gama aktorskich środków wyrazu.

 

Nie wierzę by Mała Metalowa Dziewczynka nawet po wybuchu wojny była aż tak metalowa, a lubiłem ją u Doroty. Nie budzi tu takich emocji we mnie. Nie podoba mi się – ale gra dobrze.

 

Szkoda, że choć momentami Anna Pijanowska buduje zwartą postać, tworzy coś czego w tym spektaklu mało, jakąś chemię między widzem a sceną, nie przebija się wyraźniej z człowieczeństwem. Zdecydowanie słabo we fragmentach krzyku. Idzie to wszystko gdzieś z gardła, nie ma podparcia w trzewiach. Bez emocji - nie ma krzyku - jest tylko udawanie, a przecież w całej postaci jest jakaś prawda. Nie jest to prawda Masłowskiej, ale jednak. Chyba słusznie wygrała ten casting. Młoda aktorka powinna przejść tę bardzo nieakademicką szkołę Waligórskiego.

 

Halina trochę jakby ginie. Wydaje się, że tak ustawił akcenty reżyser. Kilka dobrych chwil, odrobina emocji w dialogu z Bożeną, odrobina tekstu Masłowskiej ocalona. Momenty zanoszenia się śmiechem dobrze brzmią.

 

Osowiała Staruszka – Nie da się ukryć zjawa ze światów nie tylko przed nuklearnych, ale też z epoki teatru sprzed Wielkiej Reformy Teatralnej. W tej części Daniela Zybalanka – Jaśko jest zupełnie na miejscu. Cokolwiek można mówić o jej "aktorstwie nie z tej epoki" – babcia choć mniej eksponowana niż Mała Metalowa Dziewczynka – mówiąc kolokwialnie dała radę. Choć nie wpisała się w domniemana koncepcję Nad-marionety.

 

Ej ale po co ten quazi ksiądz? To nie wiem i wiedział nie będę.

 

Po raz kolejny powraca pytanie: Dlaczego? Znaczy po kiego grzyba ten niby ksiądz? Wolę RADIO. Przecież reżyser niby uciekł przed Polską w tragiczny postnuklearny świat. Brak konsekwencji. Ani to wtrącenie, ani interludium, ani Stand Up. A już wydawało się, że zasada im dziwniej tym lepiej eksploatowana w latach 80-tych zwłaszcza przy inscenizacjach Witkacego przestała istnieć. Nie interesuje mnie pojawienie się tej postaci, której jakoś nie dostrzegłem w dramacie Doroty, dla tego, że jest w jakimś sensie...No właśnie w jakim sensie i jaka? Nie jest ani uderzeniem w jakieś uczucia religijne, nie jest też jakąś szyderą. Interesuje mnie bo nie znajduję żadnego uzasadnienia do takiego zabiegu.

 

Pierwsza część dramatu Waligórskiego inspirowanego tekstem Doroty Masłowskiej – rozwlekła, mało dynamiczna. Rozumiem, że czasem "nie-dzianie się" jest właśnie „dzianiem się” – tylko wtedy nie jest nudne. Cieszyć się trzeba, że i tak krótko - Krystian Lupa kazał nam siedzieć na Marzycielach 4 godziny. Jeśli jednak przyjmę, że nie przyszedłem na „Masłowską” druga część przedstawienia, może obronić pierwszą i obalić wątpliwości. Nie szokują mnie, dym i śmieci. Nie robią też żadnego wrażenia. Plastycznie ta część przeciążona. Mimo wszystko dość spójna.

 

No to czekam na te asy w rękawie. Jest Reality show – będzie jatka.

 

OK plastycznie jest lepiej. Scena – podświetlana podłoga, akcja w studiu TV. Jasne, czytelne przejścia z „świata na wizji” do zgoła innej prywatności celebrytów, narzuca dynamiczna muzyka. Tekst mniej ginie, nawet miejscami, choć zdecydowanie za rzadko jest śmieszny. Tak ze trzy razy delikatny śmiech odezwał się na sali. Ta dosłowna scena tv wśród złomu przestaje być dosłowna, jest trochę inaczej. Zaczynam domniemywać, że pierwsza część była jedynie kontrastem. Niestety zarysowanie postacie – kompletnie bez symboliki. Brak niuansów, przymróżenia oka. Jeżeli jedynym środkiem wyrazu jest przerysowanie stereotypu, to mamy do czynienia z kabaretem. Tyle tylko, że kabaret jest śmieszny. W kabarecie "Reżyser" może być przedstawiony jako przerysowany rozkapryszony metrosexualny - hermafroda. Gwiazda może być w kabarecie jołopem, jołopszym niż w rzeczywistości...ale w teatrze? Jakby się uprzeć to niby też. Tylko trzeba się zdecydować czy ma być na śmiesznie czy na poważnie - z głębszą treścią. Tu jednak trudno powiedzieć, czy koncepcja była nietrafiona, czy aktorzy nie unieśli?. Wydaje się, że na tę część był pomysł. Ta część była też szansą dla aktorów. Tu mieli pole manewru. Czy zabrakło im wiary w słuszność reżysera? W takiej konwencji, kiedy reżyser przewraca do góry nogami i zszywa na nowo dramat – sampluje, nie ma miejsca na brak wiary w wizję reżysera. To forma, która wymaga ryzyka i pójścia za reżyserem totalnie. Może nie koniecznie aż do tak realistycznych drżeń jak ostatnie kobiety w stroju sado-maso. Inaczej widać fałsze, pewną zachowawczość. Sceny z celebrytami, bronią się mimo wszystko, choć nie jest to porywająca obrona, momentami rzetelny teatr - mimo wcześniejszych uwag. Przyzwoita gra obu pań ze świata celebrytów, a prezenterka po prostu jest prezenterką, trudno mówić o kreacji – taka rola. Mężczyzna – Reżyser Wojciech Kalinowski ma kilka dobrych momentów. Bardziej jednak z tych na wizji niż z priva. Zastanawiająca tylko gra aktora, który gra Aktora. Łukasz Chruszcz – w sumie przecież naprawdę dobry aktor, nie zagrał nic czego nie zagraliby grzejący ławę członkowie drużyny Fredry. Niedyspozycja, albo tak ustawiona rola? - Nie wiem. Jasne gdyby tak zaprosić Bolca – niestety Grzegorz Borek od paru lat nie żyje, czy może... choć lepiej nie - Lubosa, - rozumiem jeden gracz z ekstra ligi podnosi poziom zespołu. Jedynym wytłumaczeniem obecności Łukasza Chruszcza tego wieczoru było coś co nie powinno się zdarzyć. Tak to prawda Łukasz sprawdził się wokalnie.

 

Poprosiłem syna żeby mnie uszczypnął. Błagam powiedz, że to się nie dzieje naprawdę.

 

Tego się nie robi, nawet nie tłumaczy się tego dlaczego się tego nie robi. "Moja i Twoja nadzieja" zaśpiewana w spektaklu "Miedzy nami dobrze jest"? Nie, nie była to prowokacja, nie była to nadzieja, nie był to pastisz. Niczego nie wzmocniła, nie uwypukliła. Czymkolwiek miała być ta piosenka nie powinna była wystąpić, dośpiewana z takim rozmachem, tak do końca...Cholera przecież to jest tak czytelny znak wystarczyło zanucić...kilka fraz...wtedy może by była wzmocnieniem... kontrastem...

No i po co ten ksiądz nie ksiądz znowu

 

Chyba najbardziej niekonsekwentna scena. Skoro wykastrowano już tekst Masłowskiej z kontekstów jej ujęcia Polski B w pierwszej części, to dlaczego teraz nagle dostajemy niemal skrzyżowanie wieców partii wodzowskich z monologiem romantycznym. Tu dostajemy teks nie zdeformowany - czytelny. Ponownie bez niuansów, bez przeniesienia dowcipu. Skądinąd niezła scena zbudowana ciekawie...Interakcja między postacią wędrowca – niby księdza - niby radia a Małej Metalowej Dziewczynki...ładne to skakanie przez MMD na dachu wraku samochodu. Problem mam z tym uśmierceniem...Ostatnie wejście Danieli Zybalanki – Jaśko chyba już mniej osadzone niż w pierwszej części...przydało by się zrytmizować, a może klasyczne: klauzula – średniówka.

 

Disney mi się podoba

 

Na koniec trochę zamierzonego kiczu. Wbrew pozorom po tym wszystkim co było - padający śnieżek i Mała Metalowa Dziewczynka przypominająca raczej infantylną postać z bajek jest bardzo teatralna mimo swojej pretensjonalności.

 

Opowieść Waligórskiego mimo momentów przeciętnych, czasem po prostu słabych teatralnie - ma w sobie i te dobre chwile. Bywają chwile teatru przyzwoitego, a nawet dobrego. Nie jest to oczywiście: ani teatr awangardowy, ani poszukujący, chyba takim nie miał być. Oczywiście szkoda, że genialny tekst stał się sałatką a'la Piotr Waligórski – myślę jednak, że nie dlatego, że sałatka niedobra, a dla tego, że ten tekst prosi się by przy nim nie majstrować. Z drugiej strony pewnie można by pójść na łatwiznę, nie majstrować - przeczytać i ludzie boki by zrywali, tylko czy o łatwiznę chodzi w teatrze? Nie mniej premiera "Masłowskiej" miała być tym co sprawi, że młodzi ludzie wypełnią teatr, tylko Masłowskiej tu prawie nie ma. Gdyby jednak ten brak Masłowskiej w Masłowskiej nie przełożył by się na walory artystyczne przedstawienia pierwszy wstałbym do owacji. Nie wstałem. 

 

Nie ma powodów do trwogi o oglądającą ten spektakl dziatwę ostatnich klas gimnazjum ani o licealistów. Sceny z dziewczyną w stroju sado-maso (ubraną, a nie roznegliżowaną): plucie krwią (sokiem z buraków) momentami raczej niedopracowane niż drastyczne...Dziatwa, rodzice i nauczyciele na co dzień w TV mają większą jatkę. Polski nikt nie opluł – co najwyżej pominął. Premiera na wejście nowego Fredry chyba jednak zrobiona z pewną dozą lęku. Miało być trzęsienie ziemi, a zadrżały tylko szklanki w naszych mieszczańskich kredensach. Chyba lepiej by było gdyby zadrżały jedynie od walorów artystycznych, a nie dla zasady, że Masłowska albo, że dym. Nie ukrywam - chciałem wyjść kilka razy. Nie ukrywam - nie zrobiłem tego. Niestety spektakl jest nierówny. 

 

Dzięki dość niewyważonej recenzji i stronniczej bardzo w pewnym piśmie wielkopolskim i dzięki kilku zgorszonym dyrektorom szkół i wydziałów trochę tąpnęło w Gnieźnie. Z drugiej strony cel nowej dyrekcji został osiągnięty spektakl budzi emocje. Ubolewam, że nie wypływające z inscenizacji, a jakiś chorych rozgrywek poza-spektaklowych i towarzysko-urażonych. Dyrekcja podjęła ryzyko, sztuka bez ryzyka to Fell czy Krawczyk. Niestety w tej sztuce z ryzykiem bywają luty bez miękkich lądowań.

 

Teraz czas na prawdziwy sprawdzian. Kto się boi Virginii Woolf?. Jeśli teraz Fredro wystawi kawał solidnego teatru – ten dym, już nie ze spektaklu, opadnie. Wtedy porozmawiamy o sztuce teatru.

Jarosław Mixer Mikołajczyk

zdjęcia: Dawid Stube www.fotostube.pl