• Jarek Mikołajczyk

Mark Whitfield Trio - jazzowe wydarzenie 2013

Na promocję koncertu zapewne Hotel Atelier nie miał wiele czasu. Tak bywa, kiedy wybitny artysta ma jakąś dziurę w trasie i jest okazja. Podejście do tematu wymaga albo pasji abo ryzyka - bywa, że to kwestia jednego i drugiego. Zostawmy jednak wartość pozamuzyczną występu Mark Whitfield Trio w Piwnicy Jazzowej przy Tumskiej 5. O tym już pisaliśmy. Pisanie zaś o samych muzykach w dobie, gdy każdy sobie może wygooglać, też już nie kręci - nie mamy potrzeby popisywać się wiedzą, kiedy przestała być wartością samą w sobie. Abstrahujemy więc od konotacji muzycznych zarówno gitarzysty Marka Whitfielda jak basisty Jamesa Genusa czy grającego na bębnach Krzysztofa Zawadzkiego. Nie da się jednak pominąć paru skojarzeń i umiejętności całego tria.

Trzeba przyznać, że chyba nikt z obecnych już po pierwszych kawałkach nie miał muzykom za złe, że obsuwa startu nie była mała. To co zagrało trio Whitfielda bezsprzecznie było po prostu jazzem - niemal w całej jego rozciągłości. W dużej mierze klimat narzucała obecność lidera i jego instrument, nie zabrakło jednak momentów gdy panowie wymieniali się "na prowadzeniu". Zdecydowanie jednak nie tylko gra ale i ekspresja sceniczna Marka Whitfielda budowały dynamikę koncertu. Płynne zmiany zarówno klimatów jak i tempa sprawiły, że niezależnie czy muzycy bawili się delikatnie bossanovymi lub swingującymi dźwiękami, czy zbliżali się w stronę fuzion i jazz rocka nie było miejsca na przypadkowe dźwięki i nudę. Nie było też "tapet", elevator music. Fuzion, w wykonaniu Tria, zresztą choćby ze względu na instrumentarium, nie znalazłoby odzwierciedlenia w potocznym rozumieniu elektrycznego jazzu, było bliższe rozumieniu fuzion jako pomieszania stylistyki. Takie rozumienie tego gatunku jest bliższe Jamesowi Genusowi, co podkreśla w wywiadach. Gęste dźwięki bębnów i basu często zdominowane delikatną i finezyjną gitarą, mimowolnie przywodziły dziesiątki skojarzeń na myśl, począwszy od klimatów Georga Bensona przez miejsca, w których gdyby odezwało się charakterystyczne piano, popłynęli byśmy w klimaty Hancocka, z którym zresztą i Whitfield i Genus - grywali. Bohaterowie tego wydarzenia grali niesamowicie swobodnie - to oczywiście zrozumiałe w ich przypadku, to jednak co było uderzające, by porwać publiczność nie ograniczali się jedynie do kilku efektownych zagrywek, jak to zdarza się niekiedy gwiazdom. Można powiedzieć, że królowało efektywne, a nie efekciarskie granie. Solowe partie każdego z muzyków nie osadzały się na podejściu - "to teraz wam pokażę", a raczej na totalnej zabawie: formą, dźwiękiem i tematem i co jest podstawą jazzu - interakcji i to nie tylko pomiędzy muzykami, ale też z publicznością. Pierwszy set zaskakiwał zdecydowanie techniką i to nie tylko Marka Whitfielda. Mimo wszystko, nie było tu wirtuozerskich popisów dla samego popisu. Kunszt raczej czarował, niż przytłaczał. W drugim secie zdecydowanie ciężar przeniósł się na ekspresyjność gry i swobodę, był mimo wszystko bardziej zwarty i energetyczny. Radość grania, która emanowała z Tria i fakt, że totalnie widać było, jak dobrze panowie nie tylko świetnie czują się z sobą na scenie, ale też dobrze im się gra w Piwnicy Atelier. Bisy i świetna atmosfera po koncercie były tylko dopełnieniem tego niewątpliwie jazzowego wydarzenia roku w gnieźnieńskiej kulturze 2013.

Pozostawmy więc wrażenia i dywagacje na rzecz krótkiego fragmentu poniżej. 


MixeR (Jarek Mikołajczyk)