• Jarek Mikołajczyk

Po prostu Gaba Kulka!!!

Prosi się by napisać, to był bardzo dobry koncert i na tym zamknąć recenzję wczorajszego wydarzenia. Wobec piękna rozwiązują się języki jedynie domorosłym krytykom, którzy chcą się pochwalić swoją rzekomą wrażliwością i wiedzą. Media jednak boją się ciszy. Pomińmy więc na tyle na ile się da wszelkie skojarzenia, zostawmy opowieści kuluarowe, że niby trochę jak Tori Amos albo może jak Kate Bush, choć pewnie podobieństwo do jednej i drugiej pani by się znalazło, może jeszcze do Kristin Hersh. Gaba Kulka to po prostu Gaba Kulka. A długi koncert podczas offeliadowego wieczoru był Piękny. Jakoś tak boimy się tego słowa. Bo napisać fajny, dobry czy nawet zajebisty jest łatwiej, w zasadzie znaczy prawie to samo, a jednak Piękno to sprawa absolutna i bezdyskusyjna. Piękno nie zależy od gustów, guścików i upodobań...Ale też taki niezależny od tego „co się komu podoba” był koncert Kulki i jej muzyków. Praktycznie od pierwszego kawałka na scenie zbudował się wyrazisty i przemyślany spektakl, a od bauhausowskiego "All We Ever Wandet Was Everything" między muzykami i publiką było "to Coś” co czasem nazywa się chemią, a co de facto trudno określić. Trudno też nie zgodzić się z samą Gabą – obecnie gra z wybitnym zespołem. Potężna, choć przecież jeszcze młoda sekcja rytmiczna: Wojtek Traczyk – bas i Robert Rasz – perkusja, jest chyba tym co pozwala artystce na totalną swobodę w swoich piosenkach. Rzecz w tym, że dzięki solidnemu „rytmowi” Gaba może pozwolić sobie na wiele, może tak bardzo teatralizować swój śpiew, rozpinając go po całej szerokości od: delikatnej infantylności (coś jak siostry Casady) przez niemal kabaretowe śpiewanie (w dobrym rozumieniu kabaretu) po mocne niemal neurotyczne energetyczne partie. Na tę swobodę pozwala też warsztat – ale to sprawa oczywista i bezdyskusyjna. Niesamowicie wiele wnosi do tego co dzieje się dźwiękowo Wacław Zimpel – klarnecista znany głównie z projektów z muzyką improwizowaną. Choć nie pojawiał się we wszystkich utworach wczorajszego koncertu, tam gdzie był - był w 100% na miejscu. Gaba Kulka? Cokolwiek by napisać będzie brzmiało albo jak laurka, albo jak jakiś truizm. Ale co tam, prawda czasem wydaje się banalna, ale nie przestaje być piękna. Niesamowicie ogarnia swoje klawisze, z niebywałym wdziękiem bawi się grając na ukulele. Wokalnie płynie bez żadnych przeszkód – czarując publikę, swoboda z jaką bawi się własnym głosem - pokazuje, że potężny warsztat daje artyście prawdziwą wolność. Nawet gdy te jakby nie patrzeć piosenki typu np. Shark zahaczają o eksperyment – nie ma w tym żadnego silenia się na oryginalność, ogólnie nie ma żadnego silenia się - po prostu wszystko płynnie z lekkością. Piękny koncert. Jeśli można mówić o momentach doskonałych...Było ich co najmniej kilka. Wspomniany Bauhaus. Rewelacyjna wersja Sexy Doll (Republiki). Pełen mocy przedostatni kawałek regularnego koncertu z motoryką post punkową i wybitną pracą Traczyka i Rasza. Transowość puls i pazur. Gdyby tak zamknąć oczy zdałoby się, że Gabie i Zimplowi towarzyszy sekcja wszech czasów, no i tylko otwarte szeroko z wrażenia oczy sprawiły, że nie było widać Holgera i Jakiego, ale na ucho można by się zakładać..Gaba Kulka po raz kolejny pokazała, że artysta totalny, nie musi robić umizgów do publiki, mimo że płyta Wersje wyszła kilka dni temu pozwoliła sobie na zagranie z niej kilku utworów, pokazując zupełnie nowy materiał. Dobrze dobrane piosenki na bis... To był piękny koncert miejscami wręcz absolutnie.

Mixe®

PS. Tak wiem, napisałem jak rozentuzjazmowana licealistka. Jakże się jednak cieszę, że są jeszcze po tych "tysiącach" wysłuchanych koncertów chwile, gdy czuję się jak małolat, który pierwszy raz wybrał się na dobry koncert. Cieszę się też, że jako "facet z prowincji" nie muszę się przejmować co sobie pomyślą...