• Jarek Mikołajczyk

(Nie)zbuntowani słuchacze

Grunt to Bunt opisaliśmy już z punktu widzenia Staszka. Inaczej jednak widzi świat człowiek 40 letni, inaczej młoda dziewczyna. Warto więc, poświęcić imprezie jeszcze jeden artykuł. Bo trudno nie zgodzić się, że to młode pokolenie ma prawo mówić tak jak nasza redakcyjna koleżanka: "Nie chcemy słyszeć tego od pokolenia, które wielokrotnie zwiększyło podziały klasowe, zniszczyło środowisko i doprowadziło gospodarkę do ruiny." Niezależnie od tego, że jest to grube uproszczenie "straconego pokolenia", które dorastało w PRL-u. (JMM)

--

Trudno jest wrócić do pisania po tak długiej przerwie. Ale pozwolę sobie zrelacjonować i podsumować Przegląd Muzyków Prawdziwych o wdzięcznym tytule „Grunt to Bunt” na którym miałam okazję być w piątek. Ochrzczenie przeglądu taką nazwą było dla mnie widoczną polemiką z pytaniem: czy w dzisiejszych czasach można jeszcze wyrażać swój bunt muzycznie i właściwie – przeciwko czemu ten bunt kierować.

Początkowo pogoda sprzyjała i przegląd wystartował zgodnie z planem na amfiteatrze eSTeDe. Plakat zapowiadał koncert OWW. Kilka dni wcześniej poznałam enigmatyczne znaczenie nazwy kapeli – Orgazm W Watykanie, ot co. Zespół zagrał obcojęzyczne i polskie covery. Nie mogę obiektywnie ocenić wykonania, bo od wokalistek wymagam trochę więcej niż od wokalistów, a tutaj nie zauważyłam nic oryginalnego i charyzmatycznego. Muzycznie chłopaki wiedzą co robią, nawet Wiśnia, który gra na perkusji i w tym czasie śpiewa do mikrofonu. Na finał, ku uciesze części słuchaczy, zagrali utwór coverbandu Arka Satana - Chce Zwiedzac Anal. Osobiście życzę kapeli stworzenia własnych kawałków i muzycznego doskonalenia się, bo covery nie pozwalają się rozwijać.

Drugim punktem przeglądu był koncert stosunkowo młodej kapeli – Demencji. Mimo niewielkiego stażu zabrali już grupę wiernych fanów i nagrali kilka własnych kawałków. Nie zabrakło kultowej „Jadzi”, którą słuchacze zaśpiewali wraz z wokalistą. Niektóre z tekstów przypominają tematyką psychobillowe klimaty; krew, przegryzanie tętnicy, krew, wydłubywanie oczu i krew. Duet z Autrezem pokazał, że Demencja nie boi się eksperymentować. Rap i punk rock może brzmieć fajnie, osobiście widziałabym w tym kawałku więcej funky i jeszcze więcej zabawy na scenie. Demencja zdaje się wiedzieć czego chce, stara się mieć dobry kontakt z publicznością, ale muszą sami zadbać o to, by kiedyś wybić się poza gnieźnieńskich słuchaczy (nie ubliżając gnieźnieńskim słuchaczom, którzy zostali na amfiteatrze nawet pomimo deszczu;)).

Na scenie pojawiły się się 3 Funty z Czerniejewa i przestawili nas muzycznie na reggae, które porywało ludzi do bujania się. Sympatyczny wokal, zgrabnie zagrane muzyczne kompozycje i wieczorny klimat uspokoiły i wyciszyły ludzi. Poprawnie, dokładnie, przyjemnie – nie wiem nawet co więcej mogę dopowiedzieć. Chętnie usłyszę ich jeszcze nie raz.

Po występach lokalnych zespołów – mieliśmy okazję usłyszeć kapelę z Poznania. Envia, bo tak się nazywa ta kapela, była dla mnie zagadką. Przed koncertem dowiedziałam się, że grają metal. „Aha, metal...” pomyślałam, a gdy pytałam „jaki?”, to nikt już nie znał odpowiedzi. Czekaliśmy z niecierpliwością, aż na scenie zjawił się wokalista w masce. Skojarzenie z SlipKnotem było nieuniknione, więc czekaliśmy na Nu-Metal i dostaliśmy Nu-Metal. Wokalista dość ciekawie operował swoim głosem, a muzycy pozwalali sobie łoić w instrumenty z całych sił. Była to miła muzyczna odskocznia.

A następnie przyszło się montować na scenie Big Up. Kapeli, która osiągnęła ostatnio sukces na Ostróda Reggae Festiwal. Dla mnie byli idealnym uwieńczeniem całego przeglądu. Wpadające w ucho riffy, bujające dźwięki, no i ten eteryczny głos wokalistki... Zebranym pod sceną zrobiło się gorąco i tańczyli w krótkich rękawkach – mimo późnej godziny i jesiennej aury. Big Up pokazało, że potrafi rozruszać widownię nawet w niesprzyjających warunkach. Słuchacze opuścili amfiteatr w dobrych humorach i za apetytem na kolejny cykl koncertów.

Tylko gdzieś w tym momencie zapala się lampka – gdzie ten cały bunt? Wracamy wieczorem do domu, odpalamy TV, albo czytamy wieści ze świata na popularnym portalu informacyjnym. Jarocin nie wróci, nie będziemy się buntować przeciwko ówczesnemu systemowi. Na koncert założymy glany, katany i postawimy irokeza. Ale w poniedziałek znów wrócimy do szkoły czy pracy, zmyjemy mroczny makijaż, uczeszemy irokeza, a wyjściową skórę odwiesimy do szafy w której będzie czekała na kolejny koncert. Jedziemy na Przystanek Woodstock, sprzeciwiamy się komercji i zdzieramy gardło krzycząc „Punk's not dead” i „Fuck the System”. A potem chwytamy do ręki Coca-Colę, a wracając – wstępujemy do McDonalda. My, Millenialsi, Dzieci Internetu, swój manifest wyrażamy za pomocą lajków na portalu społecznym. Możemy sprzeciwić się postępowi, albo nauczyć się dobrze go wykorzystywać. Ale nie chcemy słuchać, że jesteśmy najgorsi, że nie niesiemy nic ze sobą. Nie chcemy słyszeć tego od pokolenia, które wielokrotnie zwiększyło podziały klasowe, zniszczyło środowisko i doprowadziło gospodarkę do ruiny.

Anita Grzybowska

Parafrazując Buczkowskiego, wrocławskiego poetę młodego pokolenia:

Swój bunt każdy nosi w sobie.