• Start
  • Recenzje
  • Maja Kleszcz koncert De Luxe w Europie. Ratusz po "koronie"
  • Jarek Mikołajczyk

Maja Kleszcz koncert De Luxe w Europie. Ratusz po "koronie"

Organizowany przez Stary Ratusz w Gnieźnie koncert Mai Kleszcz, który odbył się w Restauracji Europejskiej, został wspaniale przyjęty przez większość publiczności. Po bisach spora część publiki wstała do owacji na stojąco, mimo trudnych początków było to wspaniałe wydarzenie artystyczne. Od wykonania „Nim wstanie dzień a właściwie już przy balladzie z filmu "Jan Serce" pojawił się magnetyzm.


Maja Kleszcz w repertuarze Osieckiej jest nie-efemeryczna, ale nie jest brutalistyczna bywa piosenkach z płyty Dudzie — Graczowi, znajdziemy w niej jednak podobną pełnokrwistość.

Pierwsze piosenki siadały słabiej, wszystko szło w punkt, trochę jednak można było odnieść wrażenie, że wpadliśmy jakimś tunelem na luksusowy, ale jednak dancing. Powietrze pomiędzy sceną a publiką gęstniało bardzo wolno.

Z czasem jednak koncert nabrał impetu. Wykręcone wykonanie „Nim wstanie dzień przełamało pewne odium sali, poza jednym stolikiem emerytowanych nauczycieli, nikt już nie próbował zakłócić odbioru. Przeplatały się elementy piosenki aktorskiej i bluesa z jazzowym graniem.

Fantastyczni instrumentaliści pomogli płynąć Mai w swoim stylu, chyba dojrzalszym od dokonań z Kapelą ze Wsi Warszawa, nieco innych ekspresyjnie niż z Kwartetem Prowincjonalnym. Świetny spójny image Mai, piękne, choć niezwykle wyrafinowane w prostocie buty, i sukienka przywodząca na myśl etno, ale też ekspresję tancerek fado, w zestawie z białymi koszulami instrumentalistów (szkoda, że nie wszystkich) tworzyły również obraz De Luxe. Niezwykle spójny wygląd Mai Kleszcz tworzył całość z wykonywanymi piosenkami. Konkretny wokal, niestroniący od zabaw i maniery, kiedy trzeba, podparty był z lędźwi. 

Niby piosenki estradowe, a jednak królowało prawdziwe nieartystowskie śpiewanie. Mało tu było umizgów do publiczności, raczej po prostu szacunek do Osieckiej, ale i do publiki. Fantastyczne momentami pobrzmiewające klezmerską wykonanie “Niech żyje bal”, wydobyło ukryte sensy tego utworu. 

Przyjęta przez artystkę konwencja De Luxe przywodziła na myśl klimat przedwojennych ekskluzywnych knajpek gdzie królował jazz i blues. Maja Kleszcz zbliżała się w partiach bluesowych bardziej do cesarzowej Betssie Smith niż Sarah Vaughan. Były co zrozumiałe w odniesieniu do Smith - momenty podobieństw do Janis Joplin. Cały czas jednak śpiewała dla nas Maja Kleszcz, której udało się zwłaszcza wielkie hity, uwolnić od piętna Maryli Rodowicz i innych pierwszych wykonawców.

Ta część sali, (na szczęście większa), która wstała do owacji, była najlepszą recenzją koncertu. 

 

Gdyby następnym „pokój nauczycielski i działaczy przenieść na balkon - byłoby doskonale. Warto jednak zauważyć, że „dziewczyny z Ratusza" nie bały się zwrócić uwagi tym, którzy się zapominali. Europejska jest dobrym miejscem na takie koncert, tyle że jak Jan Babczyszyn w Poznańskim "Pod Pretekstem" powinno się tu zamykać bar w momencie rozpoczynania koncertu.

Stary Ratusz w bardzo dobry sposób powrócił po covid 19. O całym Wielkopolskim Festiwalu Miejskim w ramach, którego odbył się koncert w odrębnym artykule.

Jarek Mixer Mikołajczyk